Strona główna

Mapa strony

Moje publikacje





Z powojennych dziejów Wrocławia

Kongres intelektualistów w 1948 r.

Warunki życia w mieście 1955-1956

Wrocław 1956 r. - prezentacja książki

Wydarzenia Października 1956

Sprawa Chełchowskiego



Na stronie

Historia Rosji i ZSRR

Konflikt rosyjsko-czeczeński

System represji w ZSRR

Historia GUŁagu

Masowe deportacje w ZSRR

Deportacje Polaków do ZSRR

Polacy w Kazachstanie

Wschodnie losy Polaków

Kresy Wschodnie

Przesiedlenia Polaków z ZSRR

Dzieje myśli politycznej

Z najnowszych dziejów Polski

Z dziejów Wrocławia



Warunki życia we Wrocławiu
1955-1956



Pod koniec 1955 r. we Wrocławiu mieszkało 379 tys. osób. Dzieci w wieku do lat 6 stanowiły 19,4 % wrocławian, młodzież w wieku 7-17 lat 15,5 %, osoby w wieku 18-59 lat - 60 %, a powyżej 59 lat - 4,8 %. Cechą charakterystyczną tej ludności był duży odsetek dzieci w wieku przedszkolnym, o czym zadecydowała wysoka liczba urodzeń w poprzednich latach. Wedle danych Wojewódzkiego Urzędu Statystycznego 31 grudnia 1956 r. we Wrocławiu mieszkało 386 tys. osób. Było to o ok. 25 % więcej niż w 1950 r. Ponieważ miasto zajmowało powierzchnię 225 km2 to gęstość zaludnienia wynosiła 1716 osoby na km2 . Była to wielkość porównywalna z Poznaniem i Gdańskiem, a wyraźnie niższa niż w Warszawie, Krakowie, Łodzi czy Katowicach.

W 1950 r. praca zawodowa własna lub najbliższych członków rodziny była głównym źródłem utrzymania dla 288399 mieszkańców Wrocławia, natomiast zawodowo czynnych było 144826 osób (w tym 53466 kobiet). Najwięcej spośród nich pracowało w przemyśle (49936 osób), obrocie towarowym (17909), budownictwie (17018), transporcie i łączności (12703 osób). W oświacie, kulturze i nauce zatrudnionych było 9902 osób, a w ochronie zdrowia, opiece społecznej i kulturze fizycznej 6212 osób. W 1955 r. w zakładach przemysłowych Wrocławia pracowało w sumie 59330 osób, z tego w przemyśle uspołecznionym 59308 (w zakładach państwowych 50553, a w spółdzielczych 8755 osób), a w przemyśle prywatnym 22 osoby. Ta ostatnia liczba była rażąco niska na tle innych dużych miast Polski. Rok później sytuacja nie zmieniła się zasadniczo: 569 przemysłowych zakładów uspołecznionych zatrudniało 62999 pracowników, 65 prywatnych zakładów przemysłowych miało łącznie 69 pracowników, a w 767 zakładach rzemieślniczych było ich 1236. Jak z tego wynika prywatne zakłady były w większości przedsiębiorstwami jednoosobowymi.

Istotnym problemem, poważnie rzutującym na warunki życia w mieście, był stan odgruzowania i odbudowy Wrocławia. Prace nad odgruzowaniem trwały nieprzerwanie od 1945 r. Początkowo cechowała je całkowita niemal żywiołowość, w związku z czym efekty wymykały się statystycznym ujęciom. W 1947 r. wywieziono ok. 100 tys. m3 gruzu i pozyskano ok. 15 mln cegieł. W 1948 r. znacznie wzrosła intensywność robót, które skoncentrowano w śródmieściu - usunięto wówczas w sumie 162 tys. m3 gruzu. Od 1949 r. wszystkie siły i środki były koncentrowane na odzyskaniu cegieł w związku z gwałtownym wzrostem zapotrzebowania w kraju, natomiast odgruzowanie zostało przesunięte na drugi plan i taka sytuacja utrzymywała się praktycznie do połowy lat pięćdziesiątych. W 1949 r. odzyskano wprawdzie aż 140,8 mln sztuk cegieł, ale wywieziono zaledwie 92 tys. m3 gruzu. Odzysk cegły przeprowadzano przy tym z niejednokrotnie ze szkodą dla miasta, burząc uszkodzone wprawdzie, ale wartościowe i nadające się jeszcze do odbudowy obiekty. W latach 1952-1954 wydobywano we Wrocławiu rocznie średnio po 167 mln cegieł, natomiast gruzu wywieziono w trzyleciu tym łącznie 875 tys. m3 . Były to wprawdzie liczby imponujące, ale w takim tempie odgruzowanie miasta musiało trwać jeszcze bardzo długo. Dopiero w pierwszym kwartale 1955 r. podjęto odgruzowanie m.in. terenów od kina "Śląsk" do toru kolejowego, od zaułka Wolskiego do ul. Komandorskiej, ul. Krasińskiego, Dobrzyńskiej, Mazowieckiej, Powstańców Śląskich, Przodowników Pracy, Nowowiejskiej, Wieczorka, Kościuszki, Podwala, Oławskiej, Sztabowej. Tymczasem niekończące się roboty, zwały gruzu piętrzące się wzdłuż ulic, ruiny nawet w centralnych miejscach miasta 10-11 lat po zakończeniu działań wojennych stanowiły stały przedmiot utyskiwań mieszkańców, przyczyniając się walnie do narastającej krytyki warunków życia. Stanowiło to widomy dowód niewydolności systemowej i złej organizacji pracy. Toteż problematyka ta w połowie lat pięćdziesiątych nieustannie zaprzątała uwagę władz Wrocławia.

Na początku kwietnia 1956 r. Miejska Rada Narodowa (MRN) znaczną część swej kolejnej sesji poświęciła problemowi odgruzowania. Jednakże - co podniesiono w dyskusji - ani referat, ani wypowiedzi radnych w istocie nie wniosły do tematu nowych treści. Przypominano powszechnie znane fakty, utyskiwano na mechanizmy ekonomiczne blokujące zwiększenie efektywności prowadzonych prac, wskazywano na liczne błędy organizacyjne, ale w sumie niewiele z tego wynikało, bowiem Prezydium MRN faktycznie miało niewielki wpływ na działalność przedsiębiorstw rozbiórkowych i wykorzystanie ich potencjału oraz efektów ich poczynań.

Jak szacowano na początku 1956 r., w mieście zalegało ciągle 6,25 mln m3 gruzu. Kolejne miesiące nie przyniosły zasadniczej zmiany sytuacji, mimo szerokiego nagłośnienia tego problemu i kolejnych deklaracji władz. W sierpniu 1956 r., w mieście nadal pozostawało 6 mln m3 gruzu, z tego ok. 1,8 mln m3 na terenie wyznaczonym przebiegiem linii tramwajowej "0". Wielkie nadzieje wiązano z wykonaniem uchwały Prezydium Rady Ministrów o usuwaniu zniszczeń wojennych, w myśl której Wrocław winien w latach 1956-1960 uzyskać środki pozwalające usunąć gruz ze śródmieścia. W związku z tym przygotowano odpowiednie plany i wyliczenia, w myśl których jeszcze w 1956 r. gruz miał być usunięty całkowicie z terenów znajdujących się w obrębie fosy miejskiej, rejonu pl. PKWN, z ul. Kościuszki na odcinku od ul. Pułaskiego do ul. Dworcowej oraz z północnego przyczółka przyszłego mostu Wojewódzkiego (obecnie Pokoju).

W odgruzowywaniu popełnione cały szereg błędów organizacyjnych i ekonomicznych. Zasadnicze znaczenie dla tempa i charakteru podejmowanych prac miało priorytetowe traktowanie odzysku cegły rozbiórkowej, co determinowało zasady planowania i finansowania działalności przedsiębiorstw rozbiórkowych. Dochodziło do tego, że w pogoni za cegłą wielokrotne przerzucano masy gruzu, nie wywożąc ich jednak. Powodowało to opłakane skutki dla wyglądu miasta, a przede wszystkim nie stwarzało placów budowlanych dla tak potrzebnego budownictwa mieszkaniowego. Dyktowane planami finansowymi i rzeczowymi działania przedsiębiorstw rozbiórkowych sprzyjały przy tym nieracjonalnemu wykorzystaniu i tak niezbyt bogatego sprzętu technicznego i zasobów siły roboczej. Równocześnie w ramach centralnego dysponowania cegłą ogromne ilości materiałów pochodzących z rozbiórek wrocławskich były wysyłane na teren całego kraju, podczas gdy w samej stolicy Dolnego Śląska na budowach miały miejsce liczne przestoje spowodowane właśnie brakiem cegły. Na odgruzowywaniu żerowały przy tym elementy przestępcze, dochodziło do wielu nadużyć i marnotrawstwa.

Dopiero w drugiej połowie 1956 r. władze miejskie zdobyły się na bardziej zdecydowane działania. Prezydium MRN we wrześniu 1956 r. postanowiło zerwać umowę z Pełnomocnikiem Akcji Robót Rozbiórkowych na dostawę cegły, jako szkodliwą dla gospodarki miejskiej. Próbowano też powiązać sprzedaż cegły ułamkowej z wywozem gruzu przez kupującego, zezwolono chłopom i spółdzielniom na wydobywanie cegły ułamkowej i innych materiałów w zamian za odgruzowanie eksploatowanego terenu. Wbrew jednak nadziejom decyzje te nie spowodowały przełomu. Do akcji odgruzowywania nie włączyli się na szerszą skalę ani chłopi indywidualni, ani zakłady pracy. W stosunkowo niewielkim zakresie roboty podjęły różne spółdzielnie, które do końca 1956 r. wywiozły ok. 8900 m3 gruzu, ale zainteresowane były głównie pozyskiwaniem cegły. W sumie 1956 r. uzyskano cegły rozbiórkowej pełnej 75,7 mln szt., a połówkowej 54,5 mln. Odgruzowano powierzchnię 337850 m2 .

Jeden z najtrudniejszych problemów gospodarki komunalnej, okresowo dramatycznie odciskający się na życiu mieszkańców i wywołujący znaczne niezadowolenie, stanowiło zaopatrzenie w wodę. Miejska sieć wodociągowa miała ok. 819 km, jednakże w końcu 1955 r. aktywna była tylko na długości 610,6 km. Poza zasięgiem miejskich wodociągów pozostawało 3,9 % mieszkańców. Ilość wody wyprodukowanej w 1955 r. sięgnęła 33,15 mln m3, z czego konsumentom dostarczono 28,6 mln m3, w tym dla gospodarstw domowych ok. 13 mln m3 . Zużycie wody przez 1 mieszkańca w 1955 r. statystycznie wynosiło we Wrocławiu 90,2 l na dobę, ale obejmowało kolosalne straty w sieci domowej, sięgające 20 %. Poborowi wody towarzyszyły poważne zakłócenia, spowodowane głównie znacznymi wahaniami ciśnienia.

W 1956 r. zakłady wodociągowe wyprodukowały 35,1 mln m3 wody i był to już kres ich ówczesnych możliwości. Zużycie wyniosło 26,7 mln m3, z tego na potrzeby gospodarstw domowych 13,2 mln m3, a na cele produkcyjne 105 mln m3 . Z tych danych wynika ogromne marnotrawstwo wody i to w sytuacji pogłębiającego się jej deficytu. W I półroczu 1956 r. odbiorcom dostarczono ledwie 82 % wyprodukowanej wody, co oznaczało, że - przy uwzględnieniu zużycia własnego zakładów wodociągowych - straty w sieci pochłonęły aż 16 % produkcji. Stan ten utrzymał się już do końca roku.

Próbą ratowania bilansu wodnego było wprowadzenie limitowania dostaw dla przemysłu. Miało to skłonić przedsiębiorstwa do oszczędności, a także być bodźcem do uruchamiania własnych ujęć wodnych, nie obciążających produkcji komunalnej. Posunięcie to przyniosło pewne zmniejszenie zużycia wody przez przedsiębiorstwa i wzrost konsumpcji w gospodarstwach domowych. Nie brakowało przy tym rozwiązań absurdalnych. Ponadlimitowe dostawy były droższe, co miało zniechęcać przemysł do korzystania z nich, ale wodociągom narzucono równocześnie zwiększony plan finansowy na sprzedaż wody dla przedsiębiorstw, co w efekcie tym właśnie dostawom nadawało szczególne znaczenie. Z drugiej strony irracjonalny był też sposób rozliczania należności za wodę dostarczaną gospodarstwom domowym, bowiem Miejski Zarząd Budynków Mieszkalnych pobierał od lokatorów opłatę stałą w zależności od powierzchni mieszkań, natomiast sam płacił według rzeczywistych wskazań wodomierzy, co prowadziło do stałych niedoborów finansowych.

O ogromnych stratach w sieci decydował jej zły stan techniczny i brak środków na remonty kapitalne urządzeń wodociągowych oraz nielegalne pobieranie wody, co czyniły zakłady komunalne, przemysł państwowy i - oczywiście - indywidualni konsumenci. Brak dbałości o sieć wodociagowo-kanalizacyjną i odpowiedniego jej zabezpieczenia powodował bardzo przykre dla mieszkańców konsekwencje, zwłaszcza zimą. Gdy na początku 1956 r. nastały silne mrozy, doszło do zamarznięcia i uszkodzenia ok. 30 % rur wodociągowych i kanalizacyjnych, a przedsiębiorstwa komunalne, nie dysponując odpowiednią ilością reglamentowanych rur, nie były w stanie usuwać powstałych awarii.

Poważnie zaniedbana była sieć melioracyjna. Rowy odwadniające miały łączną długość 196,5 km, ale pozostawały w większości w złym stanie technicznym: na długości 135,7 km wymagały one remontu, a na długości 4,3 km całkowitej odbudowy. Skutkiem tych zaniedbań był wysoki poziom wód gruntowych, co utrudniało nowe budownictwo i powodowało zamakanie istniejącej substancji mieszkaniowej. Środki przeznaczane na meliorację były absolutnie niewystarczające i następowało systematyczne pogarszanie się sytuacji. Katastrofalnie przedstawiał się system przeciwpowodziowy. Praktycznie wszystkie tworzące go urządzenia były nieczynne, a stan wałów ochronnych i przepustów nie był właściwie rozpoznany.

Miasto zasilane było w energię elektryczną z 10 źródeł o łącznej mocy 79 MW. W 1955 r. odbiorcy komunalni i drobny przemysł konsumowali 42,8 % dostarczanej energii (co dawało zużycie 282 kWh na mieszkańca), zaś reszta przypadała na odbiorców przemysłowych. Szeroko rozbudowana była sieć gazowa, obejmująca większość terenów miasta. Poza jej zasięgiem znajdowało się jedynie 4,9 % mieszkańców. Zakłady gazownicze produkowały rocznie ok. 90 mln m3 gazu, z czego gospodarstwa domowe zużywały 32,5 %.

Łączna długość wrocławskich ulic i placów w końcu 1955 r. wynosiła 801 km, jednakże tylko 670 km miało ulepszoną nawierzchnię. Długość chodników wynosiła 560 km, z czego 351 km o nawierzchni ulepszonej. Wrocławskie mosty i wiadukty w sumie miały niemal 3,5 km długości. Infrastruktura drogowo-mostowa pozostawała w złym stanie. Oceniano, iż połowa powierzchni ulic była zniszczona i wymagała niezwłocznej naprawy. Środki przeznaczane na ich utrzymanie i remonty dalece nie wystarczały - pozwalały na pokrycie 10 % potrzeb, a w planie na 1956 r. zostały przez Wojewódzką Radę Narodową (WRN) jeszcze zmniejszone o 33 % w porównaniu z rokiem 1955. Równocześnie jakość i tempo robót wykonywanych za te niewystarczające środki budziły poważne zastrzeżenia miejskich radnych, a zapewne i korzystających z ulic mieszkańców Wrocławia. Brakowało koordynacji robót, powiązania ich z zabezpieczeniem ruchu osobowego i towarowego. Niskie zarobki nie zachęcały przy tym do podejmowania pracy w przedsiębiorstwach zajmujących się utrzymaniem i remontami dróg, zatem przeżywały one nieustannie perturbacje kadrowe, co również negatywnie wpływało na poziom świadczonych przez nie usług.

Istotnym wyznacznikiem poziomu życia w mieście była komunikacja zbiorowa. Niestety, także i pod tym względem społeczeństwo Wrocławia nie było rozpieszczane. Komunikacja miejska nie była pierwszoplanowym zagadnieniem dla władz Wrocławia, czego dowód stanowił brak perspektywicznego planu jej rozwoju. Nie najlepsza była kondycja Miejskiego Przedsiębiorstwa Komunikacyjnego. Liczba posiadanych przez nie środków przewozowych praktycznie się nie zmieniała w kolejnych latach, bowiem uzyskiwane wozy zastępowały jedynie sprzęt wycofywany z eksploatacji. Wobec rosnącej liczby mieszkańców musiało to oznaczać obniżanie się poziomu świadczonych usług przewozowych.

W końcu 1955 r. komunikacja miejska we Wrocławiu dysponowała 366 wozami tramwajowymi i 43 autobusami. Tabor ten obsługiwał 96 km linii tramwajowych i 77 km linii autobusowych. Na 1 km linii przypadało zatem 3,8 wozu tramwajowego i 0,56 autobusu. Nie były to wskaźniki odbiegające od innych dużych miast: w Łodzi wynosiły one odpowiednio 3,6 i 0,58, w Poznaniu 3,8 i 0,56, w Krakowie 5,2 i 0,52, tylko w Warszawie były wyraźnie wyższe - 7,4 i 1,2. Trudno też uznać za gorszą w porównaniu z innymi miastami sytuację wrocławskiego MPK, jeśli porównać ilość posiadanego taboru do liczby przewiezionych pasażerów. W 1955 r. z usług miejskiego przewoźnika skorzystało 211486 tys. osób. W stolicy Dolnego Śląska liczba wozów na 100 tys. pasażerów wynosiła 0,19, podczas gdy w Poznaniu 0,21, w Łodzi 0,15, w Krakowie 0,14, w Warszawie 0,13.

W 1956 r. łączna długość tras komunikacyjnych wzrosła o 2,8 %: długość linii tramwajowych pozostała bez zmian, a autobusowych zwiększyła się o 5 km. Był to najmniejszy przyrost w porównaniu z innymi dużymi miastami. W połowie 1956 r. MPK dysponowało 373 wozami tramwajowymi i 50 autobusami. W drugim półroczu stan tabory zmienił się tylko nieznacznie i 31 grudnia 1956 r. MPK eksploatowało 380 wozów tramwajowych i 51 autobusów. W 1956 r. z usług wrocławskiego MPK skorzystało tylko o 4,3 % więcej osób niż w roku poprzednim (220581 tys. pasażerów - 211390 tys. w komunikacji tramwajowej i 9191 tys. w komunikacji autobusowej). Główny ciężar przewozów pasażerskich nadal ponosiła trakcja tramwajowa i ona także najsilniej odczuwała wzrost liczby pasażerów. O ile np. w I kwartale 1955 r. przewieziono tramwajami 48638,7 tys. pasażerów, to w I kwartale 1956 r. - 66551 tys. W trakcji autobusowej przyrost wyniósł w tym czasie 608,5 tys. osób. W I półroczu 1956 r. przewieziono tramwajami 103818,8 tys., a autobusami 4369,7 tys. pasażerów. Ogromną większość przewozów stanowił transport pracowników do i z miejsc zatrudnienia, bowiem we wszystkich trakcjach tylko 69635 tys. pasażerów przetransportowano na podstawie biletów jednorazowych.

Cena normalnego biletu jednorazowego na tramwaj wynosiła 45 gr, a na autobus 75 gr. Owe pięciogroszowe końcówki stanowiły niejednokrotnie przedmiot konfliktu w momencie zakupu biletu, bowiem konduktorzy często nie wydawali 5 gr reszty na skutek rzeczywistego, bądź pozorowanego braku bilonu. Toteż w listopadzie 1956 r. Miejska Rada Narodowa podjęła uchwałę o podwyższeniu cen biletów odpowiednio do 50 i 80 gr, przeznaczając kwoty uzyskane z tej podwyżki na odbudowę i konserwację wrocławskich zabytków.

O ile poza godzinami szczytu ilość taboru, jakim dysponowało MPK wystarczała do obsłużenia mieszkańców miasta, to w okresach nasilonych przewozów przepełnienie było ogromne i normalnym widokiem były "winogrona" ludzi wiszących na stopniach tramwajów. Remedium na to władze widziały w zróżnicowaniu godzin rozpoczynania pracy przez wielkie zakłady oraz w działaniach ograniczających przemieszczanie się pracowników miedzy dzielnicami. W planie na rok 1956 WKPG zapisała w związku z tym: "Wojewódzka Rada Związków Zawodowych, prezydia rad narodowych będą w przyszłości starać się przy lokalizacji zakładów pracy, przy wydawaniu przydziałów mieszkań, przy kierowaniu ludzi do pracy itp., ażeby pracownicy mieszkali możliwie najbliżej swoich zakładów pracy".

Stan taboru pozostawiał wiele do życzenia - był on bardzo już wyeksploatowany, a przy tym ogromnie różnorodny, co utrudniało remonty. W ciągu pierwszych 10 powojennych lat wrocławskie MPK otrzymywało wozy tramwajowe używane wcześniej w innych miastach, a więc częściowo wyeksploatowane. Większość taboru autobusowego stanowiły pojazdy, które przekroczyły już przewidziane dla nich normy eksploatacji i tylko dzięki usilnym zabiegom kierowców i mechaników w ogóle jeździły. Ich awaryjność była jednak znaczna. Na zaburzenia przewozu pasażerów poważny wpływ miało istnienie pojedynczych torowisk na niektórych trasach, co ograniczało tam liczbę wprowadzanego taboru, a nadto w wypadku jakiejkolwiek awarii skutkowało wielkimi zakłóceniami w ruchu.

Miejski przewoźnik stale borykał się też z problemami kadrowymi, co wpływało z kolei na poziom świadczonych usług. Do pewnej poprawy sytuacji pod tym względem przyczyniła się dopiero regulacja płac przeprowadzona w II kwartale 1956 r.

Najpoważniejszym problemem wrocławian była sytuacja mieszkaniowa. W 1950 r. we Wrocławiu było 77,7 tys. mieszkań, a ich strukturę można uznać za relatywnie korzystną, bowiem aż 88,7 % stanowiły lokale, w których na 1 izbę przypadało do 2 osób. Z wielkich miast polskich korzystniejsze pod tym względem wskaźniki wykazywał jedynie Gdańsk, natomiast w pozostałych ośrodkach było znacznie gorzej: np. w Warszawie powyżej 2 osób na izbę było w 44,6 % mieszkań, w Poznaniu - w 21 %, w Łodzi - w 35,3 %, w Krakowie - w 27,6 %. Dane statystyczne jednak tylko w pewnym stopniu odzwierciedlały rzeczywistość. W latach 1951-1955 we Wrocławiu oddano do użytku (z nowego budownictwa oraz z odbudowy) ok. 28 tys. izb mieszkalnych, ale w tym samym okresie ubyło na skutek całkowitej dekapitalizacji ok. 27 tys. izb. W efekcie w końcu 1955 r. zasoby mieszkaniowe Wrocławia wynosiły 231300 izb, czyli tylko o 1100 więcej niż 5 lat wcześniej. Zagęszczenie w mieszkaniach wrocławskich wyniosło średnio już 1,55 osoby na izbę, ale znacznie wyższe było w tzw. budynkach zdrowych, gdzie sięgało 2,2 osoby na izbę, podczas gdy w budynkach zniszczonych w jednej izbie mieszkało średnio 1,3 osoby. Na początku 1956 r. w Wydziale Kwaterunkowym MRN znajdowało się ok. 8,5 tys. wniosków mieszkaniowych dotyczących w sumie ok. 25 tys. osób. Społeczna komisja zakwalifikowała 550 z tych wniosków do kategorii wymagających niezwłocznego załatwienia. Nie odzwierciedlało to rzeczywistych potrzeb, bowiem nie objęto tym zestawieniem wniosków zawierających uchybienia formalne. Jak szacowano w połowie 1956 r., w mieście było 10 tys. rodzin bez mieszkań. W końcu roku w Wydziale Kwaterunkowym Prezydium MRN zalegało już blisko 20 tys. wniosków o przydział mieszkania. W tych warunkach niezwykle pilnym zadaniem było rozwijanie budownictwa mieszkaniowego, zwłaszcza, że prognozy demograficzne przewidywały dynamiczny przyrost mieszkańców miasta.

W 1955 r. Dyrekcja Budowy Osiedli Robotniczych przekazała miastu 3081 izb, a Wydział Gospodarki Komunalnej w ramach budownictwa rozproszonego - 506 izb. Budownictwo z kredytów Wydziału Gospodarki Komunalnej koncentrowało się na Sępolnie i Biskupinie, a budownictwo DBOR w centrum miasta, w rejonach ulic Nowowiejskiej, Kościuszki, Powstańców Śląskich i Rynku.

Plan etapowy budownictwa mieszkaniowego na lata 1956-1960 zakładał wybudowanie we Wrocławiu ok. 52700 nowych izb, jednakże plan 5-letni zredukował tę liczbę do 28100. Wobec przewidywanego równocześnie ubytku starych mieszkań finalny przyrost stanowić miało w 1960 r. 14400 izb. W tym samym czasie liczba mieszkańców Wrocławia miała wzrosnąć o 67000 osób, co w konsekwencji oznaczało dalszy wzrost zagęszczenia mieszkań do 1,7 osoby na izbę. Plan etapowy zakładał, iż w 1956 r. oddanych zostanie do użytku 6810 izb mieszkalnych, w tym 3270 izb z budownictwa komunalnego, ale w wyniku korekt w planie 5-letnim i planach rocznych wielkości te zostały obniżone. Szczególnie drastycznie odbiło się to na budownictwie komunalnym, którego plan inwestycyjny na 1956 r. przewidywał już ledwie 325 izb. Program inwestycyjny Wrocławskiej Spółdzielni Mieszkaniowej przewidywał w 1956 r. wybudowanie 638 izb, ale nie został zatwierdzony przez Centralny Związek Spółdzielczy, w efekcie czego budownictwo spółdzielcze w ogóle nie ruszało z martwego punktu. Ostatecznie w 1956 r. oddano do użytku 2620 (wg innych danych 2640) nowych izb wobec 3920 (wg innych danych - 4032) planowanych. 2251 izb wybudowała DBOR, a 369 izb pochodziło z budownictwa komunalnego.

Jakkolwiek planowane nakłady finansowe i rzeczowe na rozwój budownictwa w stolicy Dolnego Śląska były niewystarczające w stosunku do potrzeb, to z drugiej strony przyznawane już kredyty inwestycyjne i tak nie były w pełni wykorzystywane. W 1954 r. z przydzielonych w planie 21,37 mln zł na wydatki inwestycyjne w mieście wykorzystano tylko 74,9 %. W kolejnych latach sytuacja się nieco pod tym względem poprawiała: w 1955 r. z planowanych 27,16 mln zł wydatkowano 84,5 %, a w 1956 r. limit inwestycyjny wynoszący 35,44 mln zł (w tym na budownictwo mieszkaniowe 23,4 mln zł) wykorzystano w 96,9 % (w zakresie budownictwa mieszkaniowego w 98,2 %).

Prawie w każdym wypadku termin oddania inwestycji do użytku przesuwał się, w najlepszym razie o I kwartał, a jedną z podstawowych tego przyczyn był niedostatek materiałów budowlanych. Jednocześnie jednak Miejska Komisja Planowania Gospodarczego w 1956 r. stwierdziła, iż "marnotrawstwo z trudem zdobytych materiałów budowlanych jest zatrważające".

Budowano nie tylko za mało, ale budowano przy tym źle. Oddawane mieszkania posiadały liczne braki i usterki, przede wszystkim w zakresie wykonawstwa instalacji elektrycznych, gazowych i wodociągowych oraz w elementach stolarki budowlanej.

Ogromnym problemem był we Wrocławiu stan istniejących już budynków. Na koniec 1955 r. zasoby mieszkaniowe (poza hotelami, internatami itp.) obejmowały 231,3 tys. izb. Spośród 202 tys. izb pozostających we władaniu MZBM 85 tys. wymagało kapitalnego remontu, a 83 tys. remontu średniego. W ok. 100 tys. izb stwierdzono zagrzybienie. Liczby te świadczyły o katastrofalnym stanie budynków mieszkalnych. W sumie w połowie 1956 r. w mieście około 200 tys. izb wymagało różnego rodzaju remontów, a aż 60 tys. izb było podstemplowanych, a więc na tyle uszkodzonych, że ich użytkowanie wymagało specjalnych zabezpieczeń. Ze względu na zagrożenie w latach 1952-1955 postanowiono o eksmisji lokatorów z 6,9 tys. izb, ale w praktyce decyzje pozostawały na papierze, bowiem z powodu braku mieszkań przekwaterowania prowadzono w bardzo niewielkim zakresie. Na początku 1957 r. 3700 budynków było uznanych za zagrożone zawaleniem. Nie były to tylko urzędnicze oceny, bowiem faktycznie dochodziło do przypadków zawalania się zamieszkanych domów. Wprawdzie brak danych, by pociągnęło to za sobą ofiary w ludziach, ale kolejne dziesiątki rodzin znajdowały się bez dachu nad głową, co wymagało specjalnych działań i wydłużało okres normalnego oczekiwania na przydział lokali.

Był ten stan skutkiem nie tylko zniszczeń wojennych, ale także polityki remontowej prowadzonej w poprzednich latach. W okresie 1945-1954 powstały na tym polu ogromne zaniedbania, będące po części skutkiem dysproporcji między wielkimi potrzebami zniszczonego miasta, a ograniczonymi środkami na jego odbudowę i utrzymanie, a po części wynikające z fałszywej polityki i błędów ekonomiczno-organizacyjnych zarówno władz miejskich, jak i wojewódzkich i centralnych. Dopiero od roku 1955 podjęto szerzej zakrojone działania poprawiające kondycję wrocławskich budynków. W tymże roku do remontu przeznaczono ponad 400 budynków o 12280 izbach, z czego wyremontowano 364 budynki o 10995 izbach, a w pozostałych roboty przeciągnęły się na I kwartał 1956 r. Mimo niewykonania planu i tak remontem objęto 3201 izb więcej niż w roku 1954. Nie wykonując planu remontów nie wykorzystano w tymże roku przyznanych już środków finansowych w wysokości 1,9 mln zł. Sytuacja niewiele pod tym względem zmieniła się w 1956 r. Plan finansowy kapitalnych remontów wykonano wówczas w całej gospodarce komunalnej w 94,8 %, ale w zakresie remontów substancji mieszkaniowej zaledwie w 74,5 %. W planie remontów kapitalnych i zabezpieczających było 691 budynków o 17037 izbach, a koszt robót miał wynieść 67142200 zł. Wyremontowano jednak znacznie mniej. Ile dokładnie nie wiadomo, bowiem dostępne dane różnią się znacznie między sobą i mówią o 473-543 budynkach z 11428-11524 izbami. Remontami bieżącymi objęto ok. 4400 izb. Powody niewykonania planu to: niewydolność organizacyjna Zarządu Gospodarki Komunalnej, braki dokumentacyjne, deficyt siły roboczej, materiałów budowlanych i instalacyjnych, niedostatki organizacji pracy i "niedołęstwo w przedsiębiorstwach remontowo-budowlanych", marnotrawstwo i kradzieże.

Gorset przepisów prawa budżetowego był tak sztywny, iż przekreślał jakiekolwiek szanse na racjonalne gospodarowanie. Tak charakteryzował ten stan jeden z radnych: "Specyfikacja budżetowa jest taka, że np. w kredytach na konserwację jest tyle na dachówkę, tyle na papę dachową i nie wolno zamiast dachówki nabyć papy i na odwrót. Przepisy dotyczące wynagrodzeń są takie, że żaden dekarz z ekipy naprawczej WZBM nie wejdzie na dach, by założyć pierwszą dachówkę, które się obsunęła i nie zatka tej pierwszej dziury, przyczyny grzyba, bo za to otrzymałby niespełna złotówkę wynagrodzenia. Z powodu absurdalnych przepisów trzeba czekać, aż zawalą się całe metry kwadratowe dachu, by opłaciło się robotnikom wejść na dach i wymienić poszycie. Wtedy jednak pierwsze stropy już uległy przegniciu i trzeba prowadzić remont zabezpieczający. Tak więc dzięki absurdalnym przepisom skazani jesteśmy drogo remontować". Remonty kapitalne i zabezpieczające nie przebiegały prawidłowo także pod względem terminowości rozpoczęcia i zakończenia oraz jakości wykonania robót, np. w I półroczu 1956 r. zakończono remonty w 138 budynkach, ale 30 % z nich na skutek usterek nie oddano do użytku. Mnożyły przypadki niewłaściwego nadzoru technicznego i nadużycia.

Mieszkańcom Wrocławia doskwierały poważne trudności zaopatrzeniowe i zła organizacja handlu. W połowie 1955 r. w mieście istniały 1094 placówki handlu uspołecznionego, w tym 677 państwowych i 417 spółdzielczych. Była to liczba niewystarczająca, rozwój sieci handlowej napotykał jednak znaczne trudności związane nie tylko ze szczupłością środków inwestycyjnych pozostających w gestii przedsiębiorstw handlowych, ale także z ogólnym stanem Wrocławia, a zwłaszcza ze ślamazarnie postępującą odbudową i odgruzowaniem. Dziesiątki sklepów likwidowano, ponieważ budynki, w których się mieściły przeznaczano do rozbiórki. W tych warunkach stałym, choć w założeniu wprowadzanym doraźnie, składnikiem krajobrazu miejskiego, także w centrum, stały się różnego rodzaju prowizoryczne kioski i stragany.

Na początku 1956 r. istniejąca we Wrocławiu sieć handlu detalicznego i żywienia zbiorowego była nadzorowana przez 44 przedsiębiorstwa handlowe i gastronomiczne, spośród których tylko 18 podlegało Prezydium MRN. Ponadto istniało 76 prywatnych przedsiębiorstw handlowych, 2 prywatne zakłady żywienia zbiorowego, 29 rzemieślniczych zakładów cukierniczych połączonych ze sklepami oraz 11 prywatnych piekarń. Działały 1143 sklepy uspołecznione (753 państwowe i 390 spółdzielczych), w tym 631 spożywczych, a w tzw. sieci drobnodetalicznej złożonej z kiosków i straganów funkcjonowały 644 punkty sprzedaży (w tym 248 przemysłowych). Na jeden sklep ogólnospożywczy przypadało 1454 mieszkańców, na sklep mięsno-wedliniarski 3170 mieszkańców, na sklep owocowo-warzywny - 8700 mieszkańców, a na 1 kwiaciarnię aż 100000 mieszkańców. Nie lepiej było w pionie handlu artykułami przemysłowymi: na jeden sklep odzieżowy przypadało 5330 mieszkańców, na sklep chemiczno-perfumeryjny 23800 mieszkańców, a na pasmanterię aż 50 tys. mieszkańców. Dla wyrównania tych dysproporcji wiele placówek ogólnospożywczych prowadziło sprzedaż warzyw i owoców oraz artykułów chemicznych. W końcu 1956 r. handel uspołeczniony obejmował 814 sklepów państwowych i 327 spółdzielczych, a więc łącznie 1141 placówek, z których 648 działało w branży spożywczej. Ponadto w sieci drobnodetalicznej istniało 648 punktów sprzedaży. Handel prywatny rozwinął się do 305 punktów sprzedaży, na co składało się 170 placówek obrotu artykułami przemysłowymi (w tym 68 samodzielnych sklepów, 84 stoiska w hali targowej i 18 stoisk na targowiskach) i 135 placówek handlujących artykułami spożywczymi (w tym 98 sklepów i 37 stoisk na targowiskach).

Rozmieszczenie placówek handlowych było bardzo nierównomierne. W centrum miasta ich sieć była stosunkowo gęsta i w opinii władz wystarczająca, a mimo to tam właśnie lokowano większość nowych sklepów. Dyrektorzy przedsiębiorstw handlowych wręcz wzbraniali się przed uruchamianiem punktów sprzedaży na peryferiach i konieczne były zdecydowane interwencje administracyjne, by rozbudować tam sieć sklepów. Mieszkańcy dzielnic peryferyjnych doświadczali także wyraźnie gorszego zaopatrzenia. Niezadowalający był stan sanitarny znacznej części placówek handlowych. O ile sklepy MHD i MHM pod tym względem prezentowały na ogół niezły poziom, to sklepy PSS - jak oceniono - "w przeważającej ilości znajdują się w antysanitarnym stanie". Zagrożenie sanitarne stwarzała też znaczna liczba rozmaitych kiosków ulicznych, w większości nie dysponujących odpowiednim wyposażeniem. W dyskusji nad sprawozdaniem z wykonania planu gospodarczego za 1955 r. "podnoszono niską kulturę handlu miejskiego, źle urządzone wystawy, nieestetyczne wnętrza, tak że miasto Wrocław wyróżnia się jako ostatnie na liście miast wojewódzkich".

Nową tendencją związaną z procesem przemian społeczno-politycznych w Polsce miało być rozszerzenie zakresu działania tzw. prywatnej inicjatywy. 11 września 1956 r. kwestią rozwoju handlu prywatnego we Wrocławiu zajmowało się Prezydium MRN. Przyjęto wówczas stanowisko, iż koncesje bez ograniczeń winny być wydawane na prowadzenie handlu kwiatami oraz artykułami warzywno-owocowymi z uwagi na niedostateczne zaopatrzenie rynku i niemożliwość pełnego zaopatrzenia ludności przez handel uspołeczniony. Udzielanie zezwoleń na handel innymi artykułami spożywczymi miało następować w zależności od lokalnych warunków i potrzeb, a zwłaszcza w tych przypadkach, gdy w bezpośrednim sąsiedztwie sklepu prywatnego nie było sklepu uspołecznionego. W przypadku handlu towarami przemysłowymi należało zezwalać na handel prywatny tylko, gdy miał on uzupełniać handel uspołeczniony i wprowadzać do obrotu wytwory rzemieślników i chałupników, przy czym w zezwoleniu miała być ściśle określona branża, na którą wydawana była koncesja. Prywatnym sklepom miano przydzielać jedynie takie lokale, które nie nadawały się dla handlu uspołecznionego. Jakkolwiek postępowanie władz nie otwierało prywatnym kupcom zbyt szerokich możliwości, to jednak w ciągu następnych miesięcy sieć prywatnego handlu szybko się rozwinęła. Jak już wspomniano, w końcu 1956 r. w mieście istniało 305 prywatnych punktów sprzedaży, a nadto 11 prywatnych zakładów zbiorowego żywienia. Do połowy lutego ogólna liczba prywatnych sklepów wzrosła do 414. Ten gwałtowny i żywiołowy rozwój prywatnego handlu zaniepokoił władze, zwłaszcza, że miały miejsce przypadki przekazywania sklepom prywatnym lokali użytkowanych przez handel uspołeczniony (w 1956 r. zlikwidowano w związku z tym 5 sklepów państwowych i 13 spółdzielczych). Miejska Komisja Planowania Gospodarczego oceniając wykonanie planu na 1956 r. w zakresie obrotu towarowego i żywienia zbiorowego stwierdziła, że "bezplanowy wzrost placówek sektora III nie spełniał czynnika uzupełniającego sieci handlu uspołecznionego, bowiem sieć ta powstała w dzielnicach dostatecznie nasyconych siecią handlu uspołecznionego i tak przy ul. Jedności Narodowej powstało 13 sklepów z galanterią, przy ul. Ruskiej 10 sklepów z galanterią" . 25 lutego 1957 r. Prezydium Rady Narodowej miasta Wrocławia podjęło decyzje ograniczające dalszą ekspansję prywatnych kupców, a praktycznie uniemożliwiające powstanie nowych sklepów prywatnych w Śródmieściu i na Starym Mieście. W efekcie w końcu I półrocza 1957 r. prywatnych placówek było mniej niż w końcu 1956 r. - tylko 293 (136 spożywczych i 157 przemysłowych).

Wiele do życzenia pozostawiał stan zaopatrzenia sklepów. Dotyczyło to zarówno placówek spożywczych, jak i branż przemysłowych. Okresowo pojawiały się ograniczenia dostaw wielu artykułów, na skutek czego rosły kolejki i dezorganizacja rynku. Sytuacja taka utrzymywała się od lat, stając się zmorą mieszkańców, zresztą nie tylko Wrocławia.

Wiosną 1956 r. na rynku występowały braki kaszy perłowej, mąki ziemniaczanej, kisieli, mięsa, tłuszczów zwierzęcych, przetworów warzywnych, warzyw i owoców, galanterii czekoladowej. Nagminny był niedobór napojów gazowanych i piwa. Okresowo występowały niedostatki mleka. Jego dostawy były nieregularne, a ilości niewystarczające: np. w drugiej połowie kwietnia i na początku maja 1956 r. pokrywały zapotrzebowanie tylko w 70 %, nadto mleko często było niskiej jakości. W lecie wystąpiły braki mąki wrocławskiej, a także zup w kostkach, makaronów, konserw rybnych, a także masła. Od 1955 r. poprawiała się sytuacja pod względem zaopatrzenia mieszkańców Wrocławia w pieczywo. Jeszcze w 1954 r. często występowały jego braki. W 1955 r. zdarzały się one już sporadycznie, a w 1956 r. pieczywa raczej nie brakowało, ale jego asortyment nie w pełni odpowiadał oczekiwaniom klientów, a czas dostaw oraz jakość była szczególnie często przedmiotem krytyki społecznej.

Istotny wpływ na zaopatrzenie wrocławian w żywność miały dostawy masy towarowej rozdzielanej centralnie. W 1956 r. zanotowano w większości grup artykułów spożywczych znaczne odstępstwa od zaplanowanych wielkości. Np. w styczniu nie zrealizowano 20 % dostaw marynat, w lutym nie dostarczono aż 78 % przydziału dorszy i 24,1 % wędzonych ryb, w marcu dostawy filetów rybnych sięgnęły ledwie 21,5 % planu. W całym I półroczu 1956 r. plan dostaw masła został zrealizowany w 94,9 %, jaj w 96,2 %, tłuszczów zwierzęcych w 98,7 %, dorszy w 64,3 %, ryb wędzonych w 89,3 %, kaszy perłowej w 31,1 %, pęcaku 67,6 %.

Fatalnie przedstawiało się zaopatrzenia ludności w warzywa i owoce. Nieurodzaj ziemniaków w 1955 r. spowodował zgromadzenie niedostatecznych zapasów zimowych, a silne mrozy pogorszyły dodatkowo sytuację. W I kwartale podaż ziemniaków na rynku uważano za katastrofalnie niską. Sklepy najczęściej otrzymywały je zaledwie dwa razy w tygodniu i niemal natychmiast sprzedawały całą dostawę. Wiosną sytuacja nieco się poprawiła, a w maju zapotrzebowanie pokrywane było w zasadzie w 100 % i uruchomiono sprzedaż placową ziemniaków bez ograniczeń, ale nadal w poszczególnych sklepach zdarzały się braki, co tłumaczono trudnościami transportowymi. W miesiącach zimowych nie lepiej wyglądała podaż innych warzyw. Np. w pierwszej dekadzie lutego zamiast planowanych 45 t cebuli dostarczono jedynie 400 kg. Niewystarczające było zaopatrzenie w warzywa smakowe (seler, pietruszkę, por), marchew, buraki, sałatę, rzodkiewkę oraz w owoce. Brakowało nowalijek: sałaty, cebulki świeżej, ogórków i rzodkiewki. Braki starano się uzupełniać przez bezpośredni skup nadwyżek rolnych, ale dawało to ograniczone rezultaty i nie likwidowało braków rynkowych. Nawet w pełni sezonu owocowo-warzywnego w mieście brakowało tego rodzaju artykułów.

Miejski Handel Mięsem wykonał plan I półrocza w 1956 r. tylko w 36 %, mimo że w lutym 1956 r. Wydział Handlu Prezydium WRN aż o 90 % zmniejszył pulę mięsa kierowaną do sklepów PSS i MHD. Placówki MHM niemal zyskały monopol w tej branży, co spowodowało gwałtowne zwiększenie się tam kolejek i wywołało niezadowolenie społeczeństwa. W styczniu 1956 r. dostawy mięsa na rynek wrocławski były mniejsze o 90 ton niż w styczniu 1955 r., a dostawy wędlin aż o 111 t. Również w lutym i na początku marca, a więc w okresie przedświątecznym, zaopatrzenie w mięso i wędliny kształtowało się poniżej poziomu z 1955 r. Jakkolwiek już w kwietniu 1956 r. dostawy były o ponad 15,5 % wyższe niż rok wcześniej, to jednak odczuwalna poprawa miała miejsce dopiero w maju, kiedy do sklepów Wrocławia trafiło 505 ton mięsa (w kwietniu 355 t). W czerwcu nastąpiło zaś - w ocenie władz - nasycenie rynku, zwłaszcza za sprawą podaży mięsa wieprzowego. Przydziały wędlin wynosiły przeciętnie 352 tony miesięcznie i były stabilne.

Porównanie całego I półrocza 1956 r. z I półroczem 1955 r. pod względem zaopatrzenia w artykuły spożywcze wypadało jednak nieźle: mąki pszennej było na rynku więcej o 17,4 %, masła o 5,2 %, mięsa o 23 %, wędlin o 12 %, śledzi solonych o 103, 6 %. Jedynie podaż serów była niższa o 2 %, a jaj o 5 %.

Obok braku towarów utrapieniem konsumentów była ich niska jakość. Obserwowano wprowadzanie do obrotu mleka o zaniżonej zawartości tłuszczu a często skwaszonego, pieczywa wyprodukowanego bez przestrzegania receptur, wędlin o zwiększonej zawartości wody i produkowanych z gorszych gatunków mięsa niż należało.

Nie lepiej było pod względem zaopatrzenia w artykuły przemysłowe. Na początku 1956 r. dostawy artykułów włókienniczych i obuwia nie pokrywały nawet 30 % planu obrotów. Szczególnie silnie odczuwalny był brak wyrobów z jedwabiu, materiałów i wyrobów wełnianych, bielizny damskiej i dziewczęcej, płócien, pościeli, chodników, dywanów, aksamitów, półbutów damskich i dziecięcych, obuwia filcowego i letniego, konfekcji damskiej i dziecięcej, wyrobów skórzanych. Poważne braki występowały w zakresie artykułów gospodarstwa domowego: naczyń emaliowanych i ocynkowanych, najprostszych wyrobów drewnianych jak deski do jarzyn i mięsa, wałki do ciasta, łyżki, a także wyrobów szklanych (szklanki, kieliszki), żarówek, przyborów toaletowych. W wielu wypadkach rozdzielniki na towary określonego rodzaju były wykonywane tylko wartościowo, a nie asortymentowo., np. rozdzielniki na szkło realizowano szkłem prasowanym, a brakowało szkła stołowego. Nie zrealizowano asortymentowo rozdzielników na materiały wełniane, jedwabne i bawełniane oraz na obuwie. Równocześnie w sklepach gromadziły się spore niekiedy ilości tzw. towarów niechodliwych, których z uwagi na gatunek czy fason nikt nie chciał kupić. Tylko w sklepach MHD-Odzież wartość takich towarów, oszacowano na 14 mln zł, a w sklepach MHD - Włókno i Obuwie na 13 mln zł. Przedsiębiorstwa handlowe w pogoni za wykonaniem planu opierały swą gospodarkę na towarach droższych, obciążonych wyższą marżą, nie dbając odpowiednio o wprowadzanie do obrotu artykułów przynoszących im mniejszy zysk jednostkowy, co fatalnie odbijało się na zaopatrzeniu sklepów, pogłębiając braki na rynku i - co za tym idzie - niezadowolenie społeczeństwa.

Władze miejskie zdawały sobie sprawę z niedobrej sytuacji i próbowały szukać rozwiązań, a w każdym razie stworzyć wrażenie zainteresowania sprawą. Organizowano np. narady aktywu partyjno-gospodarczego, na których formułowano wiele krytycznych uwag na temat zaopatrzenia, złej organizacji handlu, niewłaściwego rozmieszczenia placówek oraz zgłaszano liczne postulaty w tym zakresie. Niekiedy zresztą postulaty owe miały kuriozalny charakter: np. wobec niedoboru ziemniaków proponowano zwiększyć podaż kapusty kiszonej.

Prawdziwą plagą placówek handlowych i gastronomicznych były manka powstające w wyniku nieuczciwości pracowników. W 1955 r. tylko w przedsiębiorstwach handlowych podległych Prezydium MRN wyniosły one ponad 1,6 mln zł.

W połowie 1955 r. mieszkańcy Wrocławia mogli korzystać z ponad 300 stołówek pracowniczych i studenckich oraz 69 otwartych zakładów gastronomicznych. Również i pod tym względem potrzeby miasta nie były zaspokojone i czyniono starania mające na celu poprawę tego stanu rzeczy. W połowie 1956 r. we Wrocławiu istniało już 79 otwartych, tzn. powszechnie dostępnych, placówek żywienia zbiorowego, w tym 29 restauracji (1 kategorii "S", 5 kategorii I, 8 kategorii II i 15 kategorii III), 11 kawiarni (2 kategorii I, 2 kategorii II i 7 kategorii III), 18 barów, 10 jadłodajni i 11 barów mlecznych. Rok 1956 był pod względem rozwoju sieci gastronomicznej wyjątkowo korzystny, bowiem aż 6 placówek powstało w ramach nowego budownictwa. 1 stycznia 1957 r. sieć zakładów zbiorowego żywienia obejmowała 84 placówki, w tym 59 restauracji, barów i jadłodajni, 10 kawiarni, 15 barów mlecznych. Nie zaspokajało to potrzeb mieszkańców, a poważnym mankamentem był fakt, że aż 85 % tej sieci znajdowało się w centrum miasta, co oznaczało, iż peryferie praktycznie były ich pozbawione. Dla charakteru tych placówek znamienny był fakt, iż prowadzące je przedsiębiorstwo - Wrocławskie Zakłady Gastronomiczne - wykonywało w nich plan obrotów przeciętnie aż w 50 % (a w niektórych placówkach nawet w 85 %) poprzez obrót alkoholem.

Stan większości tych palcówek nie odpowiadał wymaganym warunkom, niektóre dyskwalifikując w ogóle jako zakłady zbiorowego żywienia. Swego rodzaju standardem było długie oczekiwanie na obsługę, zimne dania, brudne obrusy i nakrycia, niezgodne z recepturą porcje. Gdy w marcu 1956 r. Prezydium MRN omawiało sytuację we Wrocławiu pod względem czystości i porządku uznano, że w zakładach żywienia zbiorowego stan sanitarny "pozostawiał bardzo wiele do życzenia". Ocenę taką sformułowano, mimo że w 1955 r. w Śródmieściu, gdzie znajdowało się stosunkowo najwięcej tych zakładów, niemal wszystkie placówki żywienia zbiorowego (oprócz restauracji "Polonia") zostały wyremontowane. W zasadniczym stopniu istniejący stan wynikał z charakteru lokali, w których zakłady te się mieściły: w większości nie dysponowały one odpowiednim zapleczem na magazyny, szatnie, obieralnie itp., co rzutowało zresztą nie tylko na stan sanitarny, ale i poziom produkcji gastronomicznej. Około 20 % zakładów właśnie z powodu braku zaplecza kwalifikowało się do zamknięcia. Wiele nieprawidłowości było rezultatem zaniedbań pracowników i kierownictw poszczególnych placówek.

Bardzo źle przedstawiała się we Wrocławiu sytuacja pod względem poziomu usług świadczonych przez instytucje użyteczności publicznej działające w sferze oświaty i wychowania oraz ochrony zdrowia. W połowie lat pięćdziesiątych szczególnie drastycznie wystąpił brak szkół podstawowych. W latach powojennych dopuszczono do zajęcia wielu budynków po szkołach niemieckich na cele pozaszkolne oraz na szkoły zawodowe. Od 1950 do 1955 r. w mieście nie przybyła ani jedna szkoła podstawowa, tymczasem szybko rosła liczba dzieci w wieku szkolnym. Dopiero w 1956 r. oddano do użytku dwie nowe placówki. Od 1955 r. Wydział Oświaty Prezydium MRN podejmował usilne starania o odzyskanie przynajmniej niektórych dawnych budynków szkolnych. W 1956 r. udało się rewindykować 6 szkół. Wszystko to jednak zasadniczo nie zmieniało dramatycznej sytuacji. W roku szkolnym 1955/1956 w 53 szkołach, liczących 775 oddziałów i zatrudniających 719 nauczycieli, uczyło się 35344 dzieci. Obciążenie pomieszczeń szkolnych przekraczało średnio 61 uczniów na salę lekcyjną, a zdarzały się placówki, w których wynosiło 85, a nawet 100 uczniów. Powodowało to wprowadzania nauki na trzy zmiany, a władze miejskie realnie brały pod uwagę niebezpieczeństwo znacznego rozszerzania się tej praktyki, bowiem liczba dzieci nadal miała wzrastać. Istotnie - rok kalendarzowy 1956 miasto zamknęło wprawdzie ze zwiększoną do 59 liczbą szkół podstawowych, lecz naukę w nich pobierało już 36605 uczniów (a łącznie z klasami 1-7 w szkołach 11-letnich - 42299 uczniów). Liczba szkół wzrosła zatem o 11 %, ale liczba uczniów o blisko 20 %.

Nie najlepsze, a często wręcz bardzo złe, były w szkołach warunki sanitarno-higieniczne. Wiele było budynków starych, wyeksploatowanych, nie dostosowanych do potrzeb szkolnictwa, nie remontowanych. Zdarzały się obiekty z sanitariatami położonymi na zewnątrz budynków, nieopalanymi, gdzie zimą zamarzały ścieki i gromadziły się nieczystości. Wprawdzie już zatwierdzone plany przewidywały budowę 35 nowych budynków szkolnych, ale pierwsze z nich miały powstać dopiero w 1959 r.

W latach 1950-1955 we Wrocławiu przybyły tylko 4 średnie szkoły ogólnokształcące. W końcu 1956 r. było ich 13, a liczba uczniów wynosiła 2923. Obawy budził jedynie stan tych placówek, które połączono ze szkołami podstawowymi, bowiem istniejąca dysproporcja między liczbą dzieci w klasach licealnych a liczbą dzieci w klasach podstawowych czyniła te pierwsze tylko dodatkiem do drugich. W szkołach ogólnokształcących odczuwano znacznie silniej niż w podstawowych brak pomocy naukowych, nawet najbardziej elementarnych. Zjawiskiem niepokojącym był w liceach znaczny odpad, który sięgał 20 %. Bez powtarzania klasy szkoły średnie kończyło ledwie 50 % uczniów.

Miasto było przeciążone szkołami zawodowymi różnych typów. W roku szkolnym 1955/1956 było ich 44. Zajmowały 552 izby lekcyjne, kształcąc 15949 uczniów, co dawało 29 osób na jedno pomieszczenie lekcyjne. Nie bez racji zwracano wówczas uwagę, iż nawet przy uwzględnieniu specyfiki szkolnictwa zawodowego stwarzało to tym szkołom znacznie lepsze warunki od szkolnictwa podstawowego i ogólnokształcącego (42 osoby na klasę).

Nie lepiej przedstawiała się sytuacja w zakresie wychowania przedszkolnego. Jak oceniano, dla zaspokojenia potrzeb niezbędnych było ok. 12,5 tys. miejsc w tego typu placówkach, a miasto dysponowało ledwie połową tej liczby. 1 stycznia 1956 r. czynnych było 75 przedszkoli z 188 oddziałami, w których opiekę zapewniono 6339 dzieciom. W I półroczu liczbę miejsc zwiększono do 6800, ale w dalszym ciągu wiele zgłoszonych dzieci nie mogło być przyjętych. Największy brak miejsc odczuwano w dzielnicach Stare Miasto i Śródmieście. Nabór w 1956 r. pokazał, że brakowało tam co najmniej 1000 miejsc. Znaczna część przedszkoli były to placówki przyzakładowe. Według stanu z końca 1956 r. Wydział Oświaty Prezydium WRN prowadził tylko 34 przedszkola z 3479 miejscami. Przedszkola znajdowały się często w nieodpowiednich lokalach, nie zapewniających wychowankom należytych warunków i opieki.

Według stanu na koniec 1956 r. we Wrocławiu pracowało 805 lekarzy medycyny, 227 lekarzy dentystów, 179 farmaceutów, 109 felczerów, 780 pielęgniarek o pełnych uprawnieniach i 136 położnych. Był to więc potencjał znaczny, zwłaszcza gdy wziąć pod uwagę obecność wielu specjalistów, w tym kadry Akademii Medycznej. Pamiętać jednak należy, że wrocławska służba zdrowia obsługiwała nie tylko miasto, ale także, zwłaszcza jeśli chodzi o usługi specjalistyczne, cały region dolnośląski.

Organizacja lecznictwa otwartego oparta była na rejonizacji przeprowadzonej jeszcze w 1953 r. i obejmującej poszczególne dzielnice miasta. W mieście działało 117 przychodni lekarskich (w tym 67 przyzakładowych) oraz 314 poradnie (w tym 119 przyzakładowych). Oznaczało to, iż znaczna część placówek lecznictwa otwartego była dostępna jedynie dla określonych grup pracowniczych, a nie dla ogółu mieszkańców miasta. W sumie we wszystkich przychodniach i poradniach udzielono w ciągu roku 2 723 802 porad, a zatem statystyczny wrocławianin w 1956 r. siedmiokrotnie korzystał z ich usług. W przychodniach przyzakładowych udzielono 516254 porad, a więc tylko 18,9 % ogólnej ich liczby. Lekarze przepracowali łącznie w systemie lecznictwa otwartego 670214 godzin. Poprzez rozwój przyzakładowej służby zdrowia i odciążenie w ten sposób przychodni rejonowych zamierzano osiągnąć poprawę sytuacji w lecznictwie otwartym. Nie przynosiło to jednak widocznych efektów w postaci ułatwienia dostępu mieszkańców do lekarza. Nadal przychodnie rejonowe były zatłoczone, pacjenci oczekiwać musieli na przyjęcie w dużych kolejkach, a czas przeznaczany na jedną poradę był bardzo krótki - wszystko to z oczywistymi skutkami dla poziomu świadczonych usług. Do tego dochodziły nagminne przypadki nieprzestrzegania czasu pracy przez personel medyczny, co jednak tylko w części wynikało z jego niedbalstwa czy braku troski o pacjentów. W znacznej mierze było to następstwem niewłaściwej organizacji pracy oraz równoległego zatrudnienia lekarzy w wielu placówkach lecznictwa otwartego i zamkniętego. Niedobra sytuacja materialna służby zdrowia nie tylko bezpośrednio odbijała się na poziomie usług medycznych, ale sprzyjała również różnego rodzaju nadużyciom. Zasady organizacji pracy i rozliczania z wykonanych zadań, mnożenie różnego rodzaju wskaźników przy niskich zarobkach i słabym wyposażeniu przychodni prowadziły do rozszerzania się wielu zjawisk niekorzystnych dla poszczególnych pacjentów i zarazem negatywnie wpływających na funkcjonowanie i wydolność całego lecznictwa otwartego. Lekarze rejonowi nie zawsze potrafili i chcieli należycie spełniać swe zadania. Na porządku dziennym były wypadki odsyłania do poradni specjalistycznych z dolegliwościami banalnymi, łatwo poddającymi się zdiagnozowaniu i leczeniu przez lekarza pierwszego kontaktu. Efektem było przeładowanie poradni specjalistycznych, co odbijało się na możliwości udzielania tam pomocy rzeczywiście jej potrzebującym.

Bardzo trudna była też sytuacja we wrocławskim szpitalnictwie. Od 1948 r. liczba szpitali nie zwiększała się, zmieniała się jedynie liczba oddziałów oraz łóżek. W mieście znajdowało się 14 szpitali, z których jednak tylko 2 miały status szpitali miejskich i podlegały władzom Wrocławia, 6 dalszych pozostawało pod nadzorem WRN, a pozostałe były szpitalami klinicznymi. We wrześniu 1955 r. ogólna ilość łóżek szpitalnych w mieście wynosiła 4765, a w końcu roku następnego - 4929. W trakcie całego 1956 r. leczyło się we wszystkich wrocławskich szpitalach 75718 pacjentów. Gdyby wszystkie miejsca szpitalne mogły być wykorzystywane wyłącznie przez mieszkańców miasta, sytuacja nie byłaby najgorsza. Jednakże ok. 25 % pacjentów stanowiły osoby spoza Wrocławia, a na niektórych oddziałach (ortopedia, urologia) leczeni byli także chorzy z innych województw. Szpitale kliniczne z uwagi na swe funkcje dydaktyczne tylko częścią swego potencjału świadczyły usługi medyczne dla miasta i faktyczna liczba łóżek szpitalnych pozostających do dyspozycji mieszkańców wynosiła we wrześniu 1955 r. 3616. W efekcie często zdarzało się, że pacjenci nie mogli dostać się do szpitala natychmiast, gdy wymagał tego stan zdrowia, lecz w przypadkach nie nagłych oczekiwali w kolejce, niekiedy całymi miesiącami. Na przyjęcie na oddział ortopedii w przypadkach nie nagłych należało nawet czekać około 2 lat.

Nie odpowiadało potrzebom rozmieszczenie szpitali: dzielnice Psie Pole, Fabryczna i Krzyki w ogóle nie miały na swoim terenie szpitali ogólnych. Szpitale im. Gromkowskiego i im. Rydygiera mieściły się w pomieszczeniach nie odpowiadających potrzebom szpitalnym i stale prowadzone tam remonty i adaptacje pochłaniały poważne sumy, bez jakościowej poprawy sytuacji. Placówki szpitalne miały znaczne kłopoty z wyposażeniem, zwłaszcza w sprzęt medyczny, ale także w urządzenia techniczne (pralnie, kotłownie, kuchnie), bieliznę, sprzęty kuchenne, meble. Niewystarczające były stawki dzienne na wyżywienie i leki, a nadto istniały trudności zaopatrzeniowe, zwłaszcza w odniesieniu do żywności spełniającej wymogi dietetyczne. Personel nie zawsze też dokładał starań, by w tych trudnych warunkach należycie wywiązywać się z obowiązków. Wyżywienie w szpitalach było na ogół mało urozmaicone i niesmaczne, a dania gorące były często zimne. Zdarzało się serwowanie posiłków w brudnych naczyniach. Odbijało się to zarówno na medycznej, jak i socjalnej stronie świadczonych usług, wywołując uzasadnione niezadowolenie samych chorych, jak i ich rodzin.

Istniejąca baza lokalowa szpitali (tzn. mierzona liczbą łóżek na oddziałach), choć uboga i nie odpowiadająca potrzebom wielkiego miasta i regionu z nim związanego, nie mogła być w praktyce w pełni wykorzystana i niekiedy całe sale były wyłączane z użycia z uwagi na braki wyposażenia i niemożliwość prowadzenia na oddziałach bardziej skomplikowanego leczenia. Szwankowała również organizacja pracy. Np. w dużym szpitalu im. Rydygiera w minimalnym stopniu wykorzystywane były łóżka na oddziale okulistycznym: spośród 34 miejsc zajętych było tam średnio ledwie 8. Na oddziale chirurgii dziecięcej na 50 miejsc wykorzystywanych było średnio 38. Natomiast pozostałe oddziały były pełne, a w czasie ostrych dyżurów wręcz przepełnione.

Dramatycznie przedstawiała się sytuacja w zakresie opieki nad małymi dziećmi. W połowie 1956 r. wrocławska służba zdrowia posiadała w sumie 2,2 tys. miejsc w żłobkach, podczas gdy dzieci w tym wieku było blisko 34 tys. W żłobkach miejskich, tj. podległych Wydziałowi Zdrowia Prezydium MRN, miejsc było zaledwie 871, zaś resztą dysponowały żłobki przyzakładowe. W końcu roku sytuacja była tylko nieznacznie lepsza: 38 żłobków miało w sumie 2334 miejsca, a z tego 1449 przypadało na 24 żłobki przyzakładowe. Była to sytuacja zdecydowanie gorsza niż w innych większych miastach regionu, takich jak Świdnica, Wałbrzych czy Jelenia Góra.

Jak wynika z tego krótkiego przeglądu, nie obejmującego przecież wszystkich zagadnień, życie mieszkańców Wrocławia było pod każdym względem trudne. Jakkolwiek podejmowano działania mające ten stan poprawić, to jednak większość usług komunalnych pozostawała na poziomie odbiegającym od potrzeb, źle działały tak ważne sektory życia społecznego jak oświata i służba zdrowia. Poważnym problemem było nabywanie artykułów codziennego użytku, w tym znacznej części żywności. Rodziło to oczywiście poważne skutki społeczne, decydując o wysokim poziomie niezadowolenia ludności.




Strona główna

Mapa strony

Moje publikacje