Strona główna

Mapa strony

Moje publikacje






POLACY W KAZACHSTANIE
1940-1946

Deportacje 1940-1941

Liczba deportowanych

Status deportowanych

Warunki egzystencji

Wyżywienie

Mieszkanie

Odzież i obuwie

Praca

Stan zdrowia

Pomoc i samopomoc

Otoczenia a Polacy

Postawy i nastroje

Życie religijne

Nastroje zesłanych


Na stronie

Historia Rosji i ZSRR

Konflikt rosyjsko-czeczeński

System represji w ZSRR

Historia GUŁagu

Masowe deportacje w ZSRR

Deportacje Polaków do ZSRR

Polacy w Kazachstanie

Wschodnie losy Polaków

Kresy Wschodnie

Przesiedlenia Polaków z ZSRR

Dzieje myśli politycznej

Z najnowszych dziejów Polski

Z dziejów Wrocławia




Zdrowotność zesłańców

Gehenna zesłania, począwszy od niezwykle trudnych warunków transportu do miejsc przymusowego osiedlenia, wywarła ogromny wpływ na stan zdrowia deportowanych. W czasie podróży wielu zesłańców zapadało na różne choroby, będące przede wszystkim skutkiem bardzo złego żywienia oraz długotrwałego, wielotygodniowego przebywania w zatłoczonych wagonach, w warunkach sanitarnych uniemożliwiających elementarne zabiegi higieniczne. Na to nakładały się czynniki wynikające z sytuacji atmosferycznej: przenikliwe zimno panujące w czasie deportacji lutowej, a w dużej mierze i kwietniowej, a dokuczliwy upał w obu wywózkach czerwcowych. Kilkudziesięciostopniowy mróz przy wysoce niedostatecznym ogrzewaniu wagonów powodował, że wiele osób przemarzało lub przynajmniej przeziębiało się. Dla najmniej odpornych, a więc przede wszystkim dla dzieci i osób w podeszłym wieku, oznaczało to zagrożenie życia, tym bardziej, że żadna lub nikła opieka medyczna uniemożliwiała skuteczne leczenie najbardziej nawet prozaicznych przypadków chorobowych. W warunkach transportu plagą stały się choroby przewodu pokarmowego. Ich źródłem był z jednej strony głód, a przynajmniej niedostateczne żywienie w wielu transportach, z drugiej strony charakter pożywienia, nie do przyjęcia zwłaszcza dla dzieci, starców i osób cierpiących już wcześniej na dolegliwości gastryczne, których było wśród deportowanych niemało. Stłoczenie wielu osób w słabo wentylowanych wagonach, niemożliwość odbywania zabiegów higienicznych, a nadto stała styczność z prymitywną ubikacją były nieuniknionymi źródłami chorób zakaźnych. Plagą zesłańców już w czasie jazdy były świerzb i wszawica.

Sytuacja taka powodowała w konsekwencji zgony, które w najwyższym stopniu dotknęły najmniej odpornych na choroby i trudy podróży, a więc niemowlęta, małe dzieci, starców i osoby niedomagające już w momencie wysiedlania. Pytanie jak liczne były przypadki śmiertelne jest jednym z najtrudniejszych, przed jakimi stają badacze tej problematyki. W źródłach proweniencji polskiej spotyka się zwykle szacunki bardzo wysokie i do obiegowych sądów należy przekonanie o zdziesiątkowaniu deportowanych. Dane zebrane przez polskie Ministerstwo Informacji i Dokumentacji wskazywały właśnie na śmiertelność sięgającą 10 % zesłańców. Jednak szacunki te oparte były przede wszystkim na obserwacjach samych deportowanych, często przekazywanych z ust do ust, kumulujących w efekcie liczby zgonów dostrzeżone przez współtowarzyszy dramatu. Zawarte w relacjach informacje nakazują dużą ostrożność przy formułowaniu ogólniejszych wniosków. Bardzo często ich autorzy już wówczas, a także później, z perspektywy wielu lat, wskazywali na liczne - jednakże nie zawsze określone konkretną liczbą - przypadki zgonów w transportach, wspominali o tragicznych sytuacjach usuwania zwłok w czasie jazdy lub postojów, odnotowywali fakty zakopywania ich wzdłuż torowisk itp. Dużo rzadziej wymieniano jednak konkretne zmarłe osoby, a jeśli już padały nazwiska lub podawano opisowo dane indentyfikujące poszczególne przypadki, których relacjonujący byli naocznymi świadkami, to okazywało się, że ich liczba nie odpowiadała owym ogólnym stwierdzeniom.

Gdyby przyjąć podany wyżej wskaźnik śmiertelności i równocześnie określoną przez instrukcje deportacyjne liczbę osób w wagonie - a więc najniższą z możliwych - to w każdym z nich musiałoby dojść średnio do 3 wypadków śmiertelnych. Ponieważ rzeczywiste zagęszczenie było najczęściej większe, przeto liczba zgonów w statystycznym wagonie winna sięgać 4-5. Jest to wielkość, która musiałaby niezwykle silnie zapaść w pamięć niemal każdego z zesłańców, bowiem każdy z nich powinien był teoretycznie zetknąć się osobiście przynajmniej z kilkoma przypadkami śmierci. Co więcej - co 2-3 rodzina musiałaby utracić kogoś już w transporcie. Tymczasem informacji o takiej skali śmiertelności w odniesieniu do jednego wagonu nie spotyka się. Częstokroć w relacja padają ogólne stwierdzenia o zgonach, ale konkretnie wskazywane są co najwyżej pojedyncze przypadki. Gdy pada jasno sformułowane pytanie o ilość zgonów w wagonie, którym indagowana osoba była transportowana, wówczas relatywnie najczęściej pada odpowiedź, że takowych w ogóle nie było lub że był jeden, rzadziej dwa. Natomiast częściej relacjonujący skłonni są twierdzić, że np. "zdarzały się, ale nie w naszym wagonie" lub "w naszym wagonie nikt nie zmarł, ale słyszałam, że ktoś umarł, to go zabrali na stacji, więcej nic mi nie wiadomo", ewentualnie "w wagonie nie było przypadków śmierci, ale słyszało się, będąc już na miejscu, że w innych wagonach tak". Skłania to do przypuszczenia, że pewna część informacji o zgonach pochodzi z drugiej ręki i wielu zesłańców zasłyszało o jednym i tym samym przypadku lub pewnej ich liczbie. Następuje zatem zwielokrotnienie liczby zgonów przez powtarzanie wiadomości o nich. Ostatnia z przytoczonych wypowiedzi wskazuje przy tym, iż informacje o przypadkach śmierci w transporcie zesłańcy uzyskiwali będąc już na zesłaniu, gdy stykali się z ludźmi, którzy byli świadkami takich wydarzeń, ewentualnie też tylko o nich słyszeli. Oczywiście uwagi te nie dają żadnych podstaw do kwestionowania i wykluczenia takich sytuacji, wagonów i transportów, w których istotnie odsetek zmarłych był wysoki, zbliżony do owych 10 %. Nie wydaje się wszakże, by nawet udokumentowanie takich przypadków mogło być przesłanką daleko idących uogólnień.

Zestawienie danych NKWD o liczbie wysiedlonych i o liczbie zesłańców w miejscach przymusowego osiedlenia w określonym terminie sugerują znacznie mniejszą liczbę zgonów w podróży, niż wynikało to z szacunków polskich. O ile np. przyjąć, że wysiedlono ok. 143 tys. tzw. "osadników", a w końcu I kwartału 1940 r. na zesłaniu było ich ok.139,5 tys., to śmiertelność w podróży i w ciągu pierwszych miesięcy zesłania sięgałaby 2,4 %, a po uwzględnieniu narodzeń w tym okresie byłaby nieco wyższa. W samym transporcie musiałaby być natomiast niższa. Niepełne, często przy tym sprzeczne dane co do liczby deportowanych, każą ten wskaźnik przyjmować także z ostrożnością, jako co najwyżej przybliżony. W sumie trudno określić jak wielkie były straty deportowanych w trakcie przejazdu do miejsc zesłania, wydaje się wszelako, że były jednak wyraźnie niższe niż pierwotnie szacowała strona polska. O ile przyjąć, że podawane przez Berię w sierpniu 1941 r. informacje o pobycie w Kazachstanie 59 787 osób z "rodzin represjonowanych" (a więc z deportacji kwietniowej) odnosiły się do tego właśnie momentu, to wynikałoby z nich, że ubytek tego najliczniejszego w Kazachstanie "polskiego" kontyngentu wyniósł do lata 1941 r. nie więcej niż 2,5 %. Dla dwóch pozostałych grup zesłanych do Kazachstanu trudniej określić tego rodzaju wskaźnik przede wszystkim z uwagi na rozbieżności co do danych wyjściowych. Jeśli przyjąć, że deportowanych z lutego 1940 r. było w sierpniu 1941 r. 5 379, to ubytek nie przekraczałby 3,06 %, co oznaczało, iż śmiertelność wyniosłaby nieco więcej.

Na ogół zesłańcy dojeżdżali do celu wyczerpani, brudni, głodni, często chorzy. Po dotarciu na miejsce osiedlenia w przypadku niektórych grup zesłańczych stosowano zabiegi dezynfekcyjne, a nawet oględziny lekarskie. W odniesieniu do deportowanych do Kazachstanu były to jednak raczej zdarzenia odosobnione, choć przynajmniej w przypadku specjalnych przesiedleńców powinny być regułą, bowiem tak nakazywały stosowne przepisy.

Wszystkie zjawiska, o których obszernie traktują rozdziały dotyczące warunków mieszkaniowych, aprowizacyjnych oraz zaopatrzenia w odzież, bezpośrednio odbijały się na zdrowotności polskich zesłańców, powodując jej zasadnicze pogorszenie i owocując wielką liczbą zgonów.

Z sanitarnego punktu widzenia poważnym zagrożeniem była plaga różnego rodzaju insektów. Wywołany przez ich ukąszenia świąd skóry był bardzo uciążliwy dla zaatakowanej tym osoby: swędzenie przeszkadzało w normalnym odpoczynku, utrudniało sen, wywoływało wreszcie stany podenerwowania. Znacznie poważniejsze były jednak inne konsekwencje świądu. Drapanie miejsc ukąszenia prowadziło do drobnych uszkodzeń skóry, które w tragicznych warunkach higienicznych, przy braku środków dezynfekcyjnych, a nawet zwykłego mydła i przy panującym wszechwładnie brudzie, bardzo często stawały się zaczynem stanów zapalnych i ropnych. Skaleczenia, stany ropne itp. przyciągały owady i insekty ze zdwojoną siłą. Stanowiło to dalszą udrękę - również psychiczną - i tak już zmaltretowanego zesłańca.

Szczególnie niebezpieczne, a zarazem rozpowszechnione były wszy. Źródłem tej plagi był brak możliwości utrzymania właściwej higieny ciała i odzieży. Większość zesłańców trafiała przy tym w środowiska, gdzie wszawica była w pewnym sensie naturalnym składnikiem życia. Dla wielu z nich pierwszym szokiem w czasie zapoznawania się z otoczeniem był widok miejscowych wyszukujących w ubraniach wszy i rozgryzających je w zębach. Nawet schludnie wyglądające Rosjanki, w tym i należące do lokalnych elit, miały wszy. Z czasem zjawisko to powszedniało i przestawało Polaków razić, co nie znaczy, iż ustawali w walce z tymi towarzyszkami zesłańczego życia. Wszy były wszędzie: w odzieży, w pościeli, w kocach i kołdrach, w słomie. "Wystarczyło gdzieś usiąść w domu, a już były. Rzucały się zaciekle na każdą nową osobę, która się pojawiła".

Wobec powszechnego braku mydła i środków piorących, a w niektórych miejscach także wystarczających ilości wody, walka z tą plagą była niezwykle trudna, prowadząca raczej do ograniczania zjawiska niż jego likwidacji. Włosy krótko ścinano i wyczesywano, odzież wygrzewano w piecach chlebowych, wystawiano na mróz, trzepano, naświetlano na słońcu. Bieliznę czasem gotowano, ale rzadko, ponieważ trzeba było oszczędzać opał. Iskano się powszechnie, co stawało się wręcz swoistym rytuałem. W niektórych miejscach pobytu zesłańców można było oddawać odzież do odwszenia w specjalnych urządzeniach, tzw. "woszobojkach", często zlokalizowanych przy łaźniach publicznych, placówkach służby zdrowia itp. Pod nazwą "woszobojki" kryła się często prymitywna komora dezynsekcyjna w postaci metalowej szafy lub beczki, w której odzież poddawano działaniu wysokiej temperatury, ogrzewając owo "urządzenie" otwartym ogniem. Przy złej, nieuważnej i niefrasobliwej obsłudze prowadziło to niezwykle często do uszkodzenia, a nawet całkowitego zniszczenia odzieży. W osiedlach rosyjskich często znajdowały się tzw. banie, czyli rosyjskie łaźnie, do których miejscowi chodzili na ogół dość regularnie, a i polscy zesłańcy mogli z nich skorzystać, przynajmniej na jakiś czas pozbywając się groźnych insektów. Wszystkie te zabiegi miały jednak ograniczoną i najczęściej tylko przejściową skuteczność. "Na wszy, jak się współcześnie mówi, Ťnie było mocnychť. Żadne wyiskiwanie gnid, wygotowywanie bielizny czy prasowanie kantów i wszelkich załamań, szwów - miejsc, gdzie się one gnieżdżą, nie uwalniało nas dłużej jak na kilka godzin. One po prostu tam były. Na podłodze, na ścianach, na ławce, może i na suficie. Wydaje się, że jedynie powietrze i woda były wolne od tej zmory". Podobne stwierdzenia znajdujemy i w innych relacjach: "[...] nieodłącznymi towarzyszkami były wszy. Były w głowie i na wzgórku łonowym, w bieliźnie i ubraniu, w skarpetach, onucach i walonkach, w słomie, na której spaliśmy. W kołdrach i kocach, w kożuchach; słowem wszędzie. Były też u wszystkich, z którymi się kontaktowaliśmy".

Rozpowszechniony był także świerzb. Z braku lekarstw stosowano domowe środki: po myciu gorącą wodą, nacierano ciało popiołem z drzewa brzozowego, co dawało efekt ługu. W ługu prano też odzież, a bieliznę gotowano. Przynosiło to pewne, ale ograniczone efekty.

Stały kontakt z wszami był nie tylko przyczyną dokuczliwego świądu i naruszał poczucie estetyki. Stanowiły one bardzo poważne zagrożenie epidemiczne jako nosicielki tyfusu plamistego. Tyfus towarzyszył zesłańcom od początku pobytu, nasilając się szczególnie w okresach głodu, gdy wycieńczone organizmy z łatwością poddawały się zakażeniu. Katastrofalne rozmiary zachorowalność na tyfus plamisty osiągnęła też w okresie wielkiej wędrówki Polaków z północy na południe. Tłumy wymęczonych, głodnych, wycieńczonych, brudnych - bo nie było warunków do utrzymywania higieny ciała i odzieży - ludzi podróżowały towarowymi pociągami, koczowały na dworcach, placach i miejskich skwerach. Stwarzało to wyjątkowo korzystne warunki dla rozpowszechniania się wszawicy, a w dalszej kolejności tyfusu. O przebiegu i walce z epidemią czytamy w specjalnej notatce z 26 czerwca 1942 r., przygotowanej przez Dział Opieki Społecznej polskiej ambasady: "Władze sowieckie walkę z tyfusem sprowadziły do formalnego zarządzenia, że nikt nie może otrzymać biletu kolejowego bez zaświadczenia o przejściu dezynfekcji tzw. sanobrabotki. Zarządzenie to dlatego raczej było formalne, że tylko w większych miastach były łaźnie - dezynfektory, a i to często działające połowicznie. Chcący dostać się do takiej łaźni musiał często wyczekiwać pod jej drzwiami do 2-ch dni. Normalnie kwitł tylko sprawnie handel sprawkami o przejściu dezynfekcji, a zawszenie panujące w pociągach pozostało bez zmian.

W kołchozach, gdzie przebywała większość ludności polskiej, zarażenie się jednego człowieka pociągało za sobą zarażenie się reszty rodziny, a za nią często wszystkich innych polskich mieszkańców kołchozu, podatnych zarażeniu tyfusem. Zdarzały się wypadki, że całe rodziny zapadały na tyfus, przy czym śmiertelność przekraczała 50 %". Główne centra epidemiczne znajdowały się wprawdzie w Uzbekistanie, ale i Kazachstan nie był wolny od tej strasznej choroby. Także do tego obszaru można odnieść zawartą we wspomnianym dokumencie charakterystykę losów chorych: "Przepełnione szpitale nie mogły pomieścić chorych. Nowo dowiezieni często czekali swojej kolejki po kilka dni leżąc na podłodze zanim opróżniło się jakieś wolne miejsce. Zwalniano ze szpitali prawie natychmiast po minięciu kryzysu, gdy gorączka spadła. Narażało to rekonwalescentów osłabionych chorobą na zaziębienie się i często śmierć z zapalenia płuc lub z innych komplikacji pochorobowych. Szpitale nie rozporządzały prawie żadnymi lekarstwami potrzebnymi do podtrzymania chorego w walce z tyfusem".

Na obszarze Kazachstanu można wskazać ogniska tyfusu zanotowane m.in. w 1942 r. w obwodzie pietropawłowskim, w obwodzie czimkienckim, gdzie zmarło ok. 2,5 tys. osób (w tym tylko w rejonie frunzeńskim 400 spośród 1 400), w obwodzie ałmaackim, gdzie epidemia przebieg miała dość łagodny i nie zanotowano masowych zgonów, w 1943 r. w obwodzie kustanajskim, w 1944 r. w obwodzie dżambulskim i w Karagandzie, w 1944 i 1945 r. w obwodzie aktiubińskim. Zapewne takich sytuacji i rejonów ogarniętych epidemią było znacznie więcej, a ogólna skala ofiar tyfusu jest trudna do ustalenia.

Poważnym zagrożeniem dla zbiorowisk zesłańczych był także dur brzuszny, szerzący się poprzez bezpośredni kontakt z chorym albo przez spożycie zakażonej wody lub żywności. Z reguły nie najlepsze, a często złe lub bardzo złe warunki sanitarne stwarzały korzystne warunki dla pojawiania się ognisk epidemicznych duru. Brakowało często ujęć wody zdatnej do picia. W wielu miejscach studnie głębinowe były nieliczne, a korzystanie z nich utrudnione, zwłaszcza zimą, z uwagi na duże odległości. W osadach położonych nad rzekami powszechnie korzystano z ich wód również do celów spożywczych. Najpowszechniejszą ubikacją była ta "za stodołą", co zimą nie było niebezpieczne z sanitarnego punktu widzenia, jednak latem stwarzało znaczne zagrożenia. Powstawaniu ognisk epidemicznych sprzyjał także głód towarzyszący zesłańcom. Owładnięci nim ludzie spożywali wszystko, co nadawało się do zjedzenia, w tym także odpadki, resztki ze stołówek, mięso padłych zwierząt itp. Leczenie duru brzusznego w przeciętnych warunkach cywilizowanego świata nie stwarzało w tym okresie większych problemów i nie było skomplikowane. Sprawą zasadniczą jest wszakże zapewnienie choremu odpowiedniego komfortu: łóżka w czystym i dobrze wentylowanym pomieszczeniu oraz lekkostrawnej, a zarazem pożywnej diety, bogatej w płyny. W warunkach zesłania było to najczęściej całkowicie nierealne, a chorzy pozostawali przeważnie w tych samych pomieszczeniach co zdrowi i skazani byli na "normalne" pożywienie. W zestawieniu z brakiem pomocy medycznej i lekarstw prowadziło to do ciężkiego przebiegu choroby i licznych zgonów. Na przykład w Semipałatyńsku i okolicach dur brzuszny był przyczyną 31 % wszystkich zarejestrowanych tam zgonów w okresie od 21 czerwca 1940 r. do listopada 1941 r. Niezwykle groźne były też komplikacje związane z przebyciem duru i wyczerpaniem organizmu. Najczęściej bywało to zapalenia płuc, które w istniejących warunkach także w wielu wypadkach prowadziło do śmierci.

Mniejsze znaczenie niż choroby zakaźne miały w Kazachstanie choroby dróg oddechowych. Zapalenie płuc występowało jako wynik powikłań, a także samoistnie. Jakkolwiek brak danych do określenia odsetka zachorowań, to pewne fragmentaryczne informacje pozwalają jednak widzieć znaczenie tej choroby, zwłaszcza w połączeniu z innymi. Wedle polskich ocen w obwodzie semipałatyńskim w okresie poprzedzającym amnestię zapalenie płuc łącznie z chorobami serca było powodem 18% zgonów. Zapalenie płuc było chorobą niebezpieczną dla życia z kilku powodów. Organizmy zesłańców były osłabione stałym niedożywieniem i wyczerpującą pracą, co czyniło groźną niemal każdą chorobę. Zwłaszcza ludzie starsi byli narażeni na skutki działania ostrego klimatu i w ich wypadku zapalenie płuc często okazywało się chorobą śmiertelną.

Chorobą nękającą dużą część Polaków deportowanych w głąb ZSRR była malaria. Zapadano na nią przez cały czas pobytu w ZSRR i na znacznej części obszaru zesłania. Jednakże na niektórych terenach endemiczny charakter występowania malarii powodował stałe zagrożenie ludności polskiej, w znacznym stopniu przyczyniając się do poważnego pogarszania się jej ogólnego stanu zdrowotnego, wycieńczenia, a tym samym istotnego zmniejszenia odporności na inne choroby. Kazachstan należał do obszarów szczególnie nasilonego występowania malarii. Dotyczyło to zwłaszcza obwodów południowych, ale i północy. O ile na obszarach występowania malarii w okresach nieepidemicznych chinina była osiągalna w placówkach służby zdrowia, o tyle w obliczu masowych zachorowań jej zapasy okazywały się niewystarczające.

Na porządku dziennym były także różnego rodzaju choroby przewodu pokarmowego: biegunki (ponos), czerwonka, zatrucia itp. Ponos, trapiący ludzi podczas głodu, a powodujący szybkie odwodnienie, niejednokrotnie prowadził do śmierci. Niekiedy, jak np. w przypadku czerwonki, przybierały one epidemiczny charakter, pociągając za sobą ofiary śmiertelne. Ich przyczyną, obok zakażeń, było także spożywanie nieodpowiedniego pokarmu, np. zbieranych wiosną zeszłorocznych kłosów, co niekiedy wywoływało ropiejące wrzody, gorączkę, a nawet wypadki śmiertelne.

Tragiczne następstwa - głównie na skutek braku właściwej opieki medycznej i odpowiednich leków - miały choroby zakaźne właściwe wiekowi dziecięcemu, przede wszystkim odra i szkarlatyna. Już zimą 1940/1941 straszliwa epidemia odry pojawiła się w obwodzie akmolińskim, powodując śmierć wielu dzieci, a w niektórych rodzinach nawet wszystkich. Wiosną 1942 r. odra pojawiła się w obwodzie akmolińskim. Dramatyczne były następstwa epidemii tej choroby w obwodzie pietropawłowskim zimą 1943/1944. Np. w Ilince w ciągu dwóch tygodni zmarło czterdzieścioro dzieci i ponad 100 osób dorosłych.

Znaczna część zesłańców cierpiała na rozmaite schorzenia wynikające ze stałego niedożywienia, a zwłaszcza niedoboru witamin. Rozpowszechniony był szkorbut (tzw. cynga), spowodowany brakiem witaminy C. Choroba ta, objawiająca się przede wszystkim zmianami w obrębie jamy ustnej, w wypadku nieleczenia mogła prowadzić do nieodwracalnych następstw w całym organizmie i nawet do śmierci. Sytuacja z reguły poprawiała się latem i jesienią, gdy dostępne były różnego rodzaju dziko rosnące rośliny nadające się do konsumpcji, a także warzywa uprawiane na przydzielonych działkach, bądź w ogrodach kołchozowych i sowchozowych. Natomiast jednostronna dieta zimowa i wczesnowiosenna sprzyjała gwałtownemu wzrostowi zachorowań. Niektórzy zesłańcy, jeśli mogli, starali się zaopatrzyć na ten okres w środki zabezpieczające przed chorobą, np. gromadząc latem bogate w witaminę C jagody, które przechowywano na zimę w beczkach zalanych wodą.

Efektem niedożywienia była czyraczność - czyraki pojawiały się pod pachami, na szyi i w innych najbardziej niedogodnych miejscach, ograniczając poruszanie się.

Niedobór witaminy A wywoływał ślepotę zmierzchową (kurzą ślepotę). Przy leczeniu uciekano się niekiedy do mądrości miejscowej medycyny ludowej, starano się zdobyć tran lub wątrobę zwierzęcą, ale z reguły było to bardzo trudne. Mimo takiej dolegliwości ludzie nią dotknięci musieli pracować, bowiem w przeciwnym razie narażeni byli na utratę i tak skromnych przydziałów żywności, co w konsekwencji pogłębiało stan chorobowy.

Chroniczne niedożywienie prowadziło ostatecznie do skrajnego wycieńczenia (dystrofii) kończącego się zgonem. Obok epidemicznych chorób zakaźnych wycieńczenie spowodowane stałym niedożywieniem i głodem było z pewnością najczęstszą przyczyną śmierci.

Opieka medyczna nad zesłańcami w Kazachstanie była identyczna, jak w stosunku do pozostałych mieszkańców, co najwyżej stosunek personelu bywał niekiedy gorszy. W 1941 r. w republice służba zdrowia dysponowała 24 286 łóżkami szpitalnymi,, czyli na 1000 mieszkańców przypadały 4 miejsca. Dysproporcje między miastem a wsią były jednak znaczne. O ile w osiedlach miejskich wskaźnik ów przekraczał 8, to na wsi nie sięgał nawet 2 łóżek na 1000 mieszkańców. W Kazachstanie pracowało w 1941 r. ponad 2,1 tys. lekarzy. Poza szpitalami obsługiwali oni 31 ośrodków zdrowia, 952 instytucje ambulatoryjno-polikliniczne i 445 wiejskich placówek lekarskich. Sieć tę uzupełniały placówki bez obsady lekarskiej: 146 felczerskich ośrodków zdrowia oraz 1 782 felczerskie i akuszerskie punkty medyczne. W okresie wojny liczba placówek zdrowia nieznacznie wzrosła. W 1945 r. istniały np. 183 felczerskie i 91 lekarskich ośrodki zdrowia, 532 placówki wiejskie, 2 031 punktów felczerskich i akuszerskich. Liczba lekarzy w republice zwiększyła się do 2 536, a łóżek szpitalnych do 26 524. W większości wsi posiadających własną radę (sielsowiet) istniały placówki medyczne, w których najczęściej pracowali felczerzy. W większych osiedlach zatrudnieni byli na stałe, w innych dojeżdżali periodycznie. Wedle dość zgodnych ocen zesłańców ich kwalifikacje były przeważnie niezwykle niskie, a niekompetentne działania prowadziły niekiedy do nieodwracalnych następstw. Zdarzały się nawet tak drastyczne przypadki, jak założenie opatrunku gipsowego na otwarte złamanie, co doprowadziło ostatecznie do amputacji kończyny. Najbliższy lekarz rezydował nierzadko w odległości kilkudziesięciu kilometrów. Do najbliższego szpitala było często jeszcze dalej. Dla zesłańców były to odległości ogromne, bowiem nie dysponowali własnymi środkami transportu, a uzyskanie ich z przedsiębiorstw lub od miejscowej ludności nie było sprawą łatwą. Te wiejskie lub małomiasteczkowe szpitale były z reguły bardzo prymitywne i w trudniejszych przypadkach nie były w stanie zapewnić ani odpowiedniej diagnostyki, ani terapii. Do lepszego szpitala w większym mieście odległości były już tak wielkie, że przebycie ich dostępnymi zesłańcom środkami lokomocji zabierało często kilka dni. Oznaczało to, że możliwości uzyskania fachowej, specjalistycznej pomocy w krytycznych sytuacjach były więcej niż ograniczone.

Lekarze i felczerzy w punktach medycznych w bardzo wielu wypadkach nie dysponowali odpowiednimi lekami. Standardowym wyposażeniem były aspiryna, chinina i tabletki od bólu głowy, a i to nie zawsze. W ograniczonym stopniu mogli też opatrywać nawet stosunkowo lekkie urazy, bowiem ilość środków opatrunkowych była zwykle niewystarczająca, a jedynym szeroko dostępnym środkiem dezynfekcyjnym była jodyna. Ludność nie była w stanie medykamentów kupić we własnym zakresie, bowiem apteki, nawet jeśli znajdowały się w pobliżu - a często było do nich równie daleko jak do lekarza - zaopatrzone były więcej niż skromnie. Nie zawsze zresztą zesłańcy mieli za co dokonać zakupów. Kończyło się więc w najlepszym wypadku na przysłowiowej już aspirynie. Chorzy w dużej mierze skazani byli na leczenie domowymi sposobami i na zdolności obronne organizmu.

Także w osiedlach przy zakładach przemysłowych warunki sanitarne i opieka medyczna była na bardzo niskim poziomie. Za typowy można uznać przykład kombinatu "Majkainzołoto" w obwodzie pawłodarskim, gdzie istniało znaczne skupisko polskich zesłańców. 1 września 1940 r. znajdowało się tam 1 104 osób, spośród których pracowało 618, 348 osób były to dzieci do lat 16, zaś 138 - starcy i matki obarczone wielodzietnymi rodzinami. W ciągu pierwszego półrocza osiedlenia zmarły 43 osoby, głównie starcy oraz dzieci na szkarlatynę, a wedle oceny naczelnika Oddziału Ekonomicznego pawłodarskiego Obwodowego Zarządu NKWD śmiertelność i zachorowalność zwiększała się. Rosła liczba chorych, głównie na szkorbut, ogólne wycieńczenie, choroby przewodu pokarmowego. W końcy sierpnia zarejestrowano oficjalnie ponad 80 takich przypadków. Odnotowywano również zachorowania na dur brzuszny. Oto charakterystyczny fragment raportu wspomnianej komórki NKWD, a więc czynnika zapewne nie przejaskrawiającego dramatyzmu sytuacji: "Obsługa medyczna specjalnych przesiedleńców postawiona jest skrajnie niezadowalająco, z powodu niedostatku personelu medycznego chorzy nie otrzymują w porę pomocy medycznej, codziennie po 10-20 i więcej osób odchodzi z ambulatorium nie otrzymując żadnej pomocy. Istnieje znaczna liczba chorych nie mogących przybyć do ambulatorium z powodu stanu zdrowia, a ambulatorium odmawia obsługiwania chorych w domu z uwagi na niedostatek personelu medycznego, [zatem] tacy chorzy pozostają bez pomocy medycznej. Zatłoczenie w pomieszczeniach, zamieszkiwanie osadników w antysanitarnych warunkach poważnie zagraża rozprzestrzenieniem się epidemii, przeciw czemu nie prowadzi się działań profilaktycznych". Zesłańcami zajmowało się dwóch młodych i niedoświadczonych lekarzy, w tym jeden deportowany z Polski student medycyny jeszcze bez dyplomu, a obwodowy i rejonowy wydziały zdrowia nie nadzorowały ich pracy. Sprawami tymi nie interesowały się - ku oburzeniu NKWD - ani dyrekcja kombinatu, ani miejscowa organizacja partyjna.

Warunki leczenia szpitalnego były bardzo zróżnicowane. Trafiały się nawet małe, prowincjonalne szpitaliki, wprawdzie prymitywnie wyposażone, w których jednak zaangażowanie i dbałość personelu stwarzały dobrą atmosferę, a chorym dawały nadzieję na poprawę stanu zdrowia. Pobyt w szpitalu miał czasem, ale nie zawsze, pewne znaczenie dla poprawy ogólnej kondycji chorego: po pierwsze - nie musiał on pracować, a po drugie - zdarzało się, że największą korzyścią z hospitalizacji było odkarmienie delikwenta. Jeśli wydawano trzy posiłki dziennie, a menu przedstawiało się jak w jednym z opisanych przypadków (rano szklanka mleka z chlebem, na obiad barszcz albo kapuśniak i kasza z tłuszczem, na kolację kaszę z kukurydzy albo barszcz, a nadto do picia kompot z suszonych jabłek), to nic dziwnego, że niezależnie od stanu zdrowia pobyt w szpitalu oznaczał bardzo wiele.

Statystycznie przeważają relacje o spartańskich, wręcz prymitywnych, urągających zasadom higieny i terapii, warunkach w szpitalach kazachstańskich. Perspektywa znalezienia się tam budziła niejednokrotnie obawy, zwłaszcza, że oznaczała oderwanie od rodziny. "Zachorowałam na ostre zapalenie stawów i dwa tygodnie leżałam (w szpitalu w Semipałatyńsku) bez doktora i lekarstw, na podłodze, dopiero później dali łóżko" - napisała jedna z byłych pacjentek. - "Teraz już jest mi lepiej, ale nie mogłam chodzić przeszło miesiąc. 20 lipca wyszłam ze szpitala. Ale to wystarczy, więcej już bym do sowieckiego szpitala nie poszła, bo nie dość, że byłam bez Mamusi, to jeszcze słowa po rosyjsku nie umiem. A jedzenie też okropne". Szpitale mieściły się często w zupełnie nieodpowiednich budynkach, zatłoczone do granic możliwości sale z piętrowymi pryczami częstokroć nie mieściły wszystkich chorych i ci leżeli po prostu na podłodze, często będącej klepiskiem. W jednej z relacji spotykamy taki oto opis szpitala dziecięcego: "Warunki higieniczne były straszne. Na sali były dzieci z otwartą gruźlicą z dezynterią. Dzieciom tym dawano lekarstwa tą samą łyżką. Lekarka przychodziła do dzieci z papierosem w ustach. Nieraz też bywała nietrzeźwa. Lekarstwa dawano chorym rano, wszystkie naraz, strzykawki były nieszczelne i brudne". Brakowało nie tylko wykwalifikowanych kadr, ale także medykamentów i wręcz podstawowego wyposażenia. Nie zawsze i nie wszędzie prawidłowo funkcjonowała aprowizacja, a warunki higieniczne niekiedy urągały wszelkim w tej mierze zasadom.

Nie brak oczywiście i wspomnień o lekarzach i pielęgniarkach w najpełniejszy i najpiękniejszy sposób starających się wypełnić posłannictwo swego zawodu, jakże często jednak bezsilnych wobec choroby z uwagi na panujące warunki. Byli i tacy, którzy starali się pomagać chorym nawet za cenę konfliktów z administracją, także wtedy, gdy obrona interesu chorego wymagała sporego wysiłku, energii i uporu. Lekarze w ludzkich odruchach wykazywali niekiedy także zainteresowanie rodziną chorych, a zwłaszcza ich dziećmi, np. ordynując szczególnego rodzaju lekarstwo w postaci podwójnych porcji obiadowych, aby chory mógł podzielić się z dzieckiem. W praktyce oznaczało to ratowanie zdrowia, a nawet życia obojgu. Zdarzały się wszelako dobrze przez zesłańców zapamiętane wypadki odmowy udzielenia pomocy, czy częstsze: biurokratycznego podchodzenia do potrzebujących jej. Jeden z zesłańców tak przedstawił - dość charakterystyczny, jak się wydaje - sposób postępowania: "Po przyjściu do przychodni lub szpitala sanitariuszka lub felczer mierzył temperaturę. Jedna z moich rozmówczyń z rejonu beskaragajskiego wspomina, że u nich podchodziło się do okienka, a felczerka przez to okienko pacjentowi do ust wkładała termometr. Po chwili wyjmowała go, odczytywała temperaturę, kazała pokazać gardło i najczęściej polecała iść do pracy...".

Służba zdrowia niewydolna na codzień, zupełnie załamywała się w wypadku wybuchu epidemii, zwłaszcza tyfusu. Szpitale nie były w stanie przyjąć większości chorych. Organizowano zatem prowizoryczne izolatoria, najczęściej w pomieszczeniach w ogóle nie przystosowanych. Oto obraz z obwodu aktiubińskiego w 1944 r.: "Chorych na tyfus wywożono drabiniastym wozem z garścią słomy, wrzucając jednych na drugich. W sąsiedniej wsi w szkole urządzono izolatorium: przywożonych ludzi rozbierano do naga, strzyżono nożycami do strzyżenia owiec, przebierano w męskie koszule i upychano w salach na klepisku, niemal jednego na drugim, taki był tłok. [...] Nie podawano żadnych leków, nie było żadnej opieki i pomocy. Kto przetrzymał kryzys, uczył się chodzić wychodząc na podwórze. Obok leżały nagie trupy przykryte warstwą słomy, czekając na pochówek".

Często zresztą chorzy nie trafiali do szpitali czy izolatoriów, lecz pozostawali bez opieki lekarskiej, zdani na łaskę otoczenia. Gdy tyfus w tym samym czasie dosięgał całą rodzinę, sytuacja stawała się niemal beznadziejna, zwłaszcza, że absencja w pracy pozbawiała środków do życia. Powodowało to, że rekonwalescenci po ledwie przebytym kryzysie chorobowym nierzadko podejmowali pracę, by utrzymać członków rodziny pozostających w gorszym stanie. Wobec braku lekarstw i pomocy medycznej tylko od siły organizmów zależało, czy byli w stanie przebyć chorobę.

Pewna poprawa w zakresie opieki medycznej objęła część skupisk polskich w okresie istnienia polsko-radzieckich stosunków dyplomatycznych i działania placówek związanych z polską ambasadą. Mimo trudności kadrowych, finansowych i zaopatrzeniowych oraz nie zawsze przychylnego stosunku władz radzieckich, starano się wówczas tworzyć w niektórych większych skupiskach polskie placówki opieki zdrowotnej. S.Kot stwierdził, iż do likwidacji delegatur, tj. do czerwca-lipca 1942 r., zdołano zorganizować "46 szpitalików i 16 ambulatoriów". Natomiast oficjalne sprawozdanie końcowe ambasady, uwzględniające stan z 15 lutego 1943 r. wymieniło tylko 5 szpitali, 76 punktów pierwszej pomocy i 41 punktów medycznych. Jaka ich część przypadała na Kazachstan trudno precyzyjnie odpowiedzieć, bowiem uniemożliwiają to specyficzne zasady podziału geograficznego ZSRR przyjęte we wspomnianym dokumencie. Wyodrębniono tam mianowicie subregion "Południe", do którego zaliczono obok Kirgizji, Uzbekistanu, Turkmenii i Tadżykistanu, także cztery południowe obwody Kazachstanu (czimkiencki, dżambulski, kzyłordyjski i ałmaacki), natomiast pozostałe objęto nazwą "Kazachstan". Na obszarze "Południa" zlokalizowanych było 5 szpitali, 62 punkty pierwszej pomocy i 37 punktów medycznych, natomiast na obszarze "Kazachstanu" 4 punkty pierwszej pomocy i 2 punkty medyczne. Znamy równocześnie dane dotyczące organizacji polskiej opieki zdrowotnej wg stanu na 1 grudnia 1942 r. Wedle nich placówki tego rodzaju rozmieszczone były w Kazachstanie następująco:

w obwodzie kustanajskim- 1 ambulatorium (Kustanaj),

w obwodzie pawłodarskim- 1 szpital (Pawłodar),

w obwodzie kzyłordyjskim- 1 ambulatorium (rejon   nowokazaliński)

w obwodzie czimkienckim- 2 szpitale (1 w rejonie    szaulderskim i 1 w rejonie    lengierskim),

 3 ambulatoria (2 w rejonie    lengierskim, 1 w rejonie    turkiestańskim),

  6 punktów sanitarnych w rejonie    dżuwalińskim,

w obwodzie dżambulskim- 1 ambulatorium (w rejonie    merkeńskim).

W sumie zatem w Kazachstanie miały istnieć 3 szpitale, 6 ambulatoriów i 6 punktów sanitarnych. Z tych dwóch zestawień wynikają liczby nie przystające do siebie i nieporównywalne już choćby z uwagi na stosowaną terminologię. W każdym razie liczba polskich placówek medycznych nie przekraczała kilkunastu na obszarze ogromnego kraju, przy czym zdecydowana ich większość zgrupowana była w obwodzie czimkienckim. Była to oczywiście kropla w morzu rzeczywistych potrzeb i tylko nieliczni Polacy mieli możliwość uzyskać pomoc w tych placówkach. Z drugiej wszakże strony przynajmniej ta grupa ową pomoc uzyskała, a częstokroć była to kwestia przeżycia lub uniknięcia trwałego uszczerbku na zdrowiu. Powszechniejszą formą pomocy dla chorych było ich dożywianie przez delegatury i mężów zaufania w poszczególnych miejscowościach oraz dystrybucja lekarstw otrzymywanych w ramach darów zagranicznych, w tym witamin i preparatów witaminowych oraz szczepionek, min. przeciw tyfusowi. Tam gdzie było to możliwe starano się także w radzieckich szpitalach umieszczać polski personel, aby zagwarantować w ten sposób hospitalizowanym obywatelom polskim możliwie najlepszą i najstaranniejszą opiekę.

Problem opieki medycznej nad ludnością polską podjął następnie Związek Patriotów Polskich. W miarę rozwoju organizacji starano się wypracować pewien system w tym zakresie. Przy komórkach Związku tworzono sekcje opieki nad chorymi. Zgodnie z ogólniejszą tendencją ZPP do rozwijania form samopomocy, również i ten odcinek działalności opierano w dużej mierze na takich zasadach. Organizowano pomoc sąsiedzką dla chorych, angażowano do tego grupy młodzieży szkolnej. Starano się o zapewnienie im wsparcia materialnego, zwłaszcza w postaci dodatkowych posiłków oraz lekarstw. Przybierało to różne formy, w zależności od lokalnych warunków i możliwości. Tak więc np. codziennie kilka rodzin przygotowywało posiłki dla chorych, a młodzież dostarczała je pod wskazanymi adresami, wyszukiwano ofiarodawców obiadów i dostarczano je do mieszkań chorych lub do szpitali, angażowano pielęgniarki środowiskowe itp. Tam, gdzie to było możliwe zabiegano o pozyskanie do współpracy polskiego personelu medycznego, w oparciu o który udawało się niekiedy stworzyć lub przejąć istniejące w okresie działalności ambasady placówki ochrony zdrowia - poradnie lekarskie i ambulatoria. Organizowano także konsultacje u polskich lekarzy zatrudnionych w radzieckiej służbie zdrowia czy też społeczne dyżury tych lekarzy w lokalach ZPP, a nawet w prywatnych mieszkaniach. ZPP w oparciu o zasoby pozyskiwane z darów zagranicznych oraz przydziały władz radzieckich zorganizował sieć polskich apteczek, a także przesyłał pewne ilości medykamentów do mniejszych skupisk polskich lub aptek radzieckich, z których korzystała ludność polska. W ramach opieki nad dziećmi zabiegano o zapewnienie kontaktów personelu medycznego z instytucjami opiekuńczymi i oświatowymi prowadzonymi pod auspicjami Związku, organizowano w miarę możliwości przeglądy lekarskie dzieci w niektórych skupiskach.

Wszystkie te działania miały ograniczony zasięg i skuteczność, nie były na ogół prowadzone systematycznie, a pozostające do dyspozycji ZPP środki i kadry były niewspółmierne do potrzeb. Niemniej, zwłaszcza w dużych skupiskach, przynosiły realną pomoc, której znaczenie w bezmiarze ludzkich nieszczęść było nie do przecenienia.

Wieloletni pobyt na zesłaniu przyniósł ze sobą dramatyczne następstwa. Tragiczne przeżycia odbijały się trwale na zdrowiu zesłańców, przypominając o sobie różnymi dolegliwościami przez następne dziesięciolecia.




Strona główna

Mapa strony

Moje publikacje