Strona główna

Mapa strony

Moje publikacje






POLACY W KAZACHSTANIE
1940-1946

Deportacje 1940-1941

Liczba deportowanych

Status deportowanych

Warunki egzystencji

Wyżywienie

Mieszkanie

Odzież i obuwie

Praca

Stan zdrowia

Pomoc i samopomoc

Otoczenia a Polacy

Postawy i nastroje

Życie religijne

Nastroje zesłanych


Na stronie

Historia Rosji i ZSRR

Konflikt rosyjsko-czeczeński

System represji w ZSRR

Historia GUŁagu

Masowe deportacje w ZSRR

Deportacje Polaków do ZSRR

Polacy w Kazachstanie

Wschodnie losy Polaków

Kresy Wschodnie

Przesiedlenia Polaków z ZSRR

Dzieje myśli politycznej

Z najnowszych dziejów Polski

Z dziejów Wrocławia




Zatrudnienie polskich zesłańców

Praca była jednym z podstawowych czynników określających życie obywateli polskich na zesłaniu. Dotyczyło to oczywiście wszystkich miejsc, do których trafili ludzie deportowani z ziem polskich w latach 1940-1941. W Kazachstanie wszakże pewne zjawiska, o których dalej będzie mowa, występowały w sposób szczególny.

Dla ludzi siłą wyrwanych z rodzinnych domów i wywiezionych w nieznany, wrogi świat, praca - zwłaszcza, jeśli wykonywano ją pod przymusem - była przede wszystkim elementem zniewolenia. Zapędzający do niej przewodniczący kołchozu, czy choćby brygadzista, stawał się symbolem systemu. Była wszakże praca także, zwłaszcza z upływem czasu, podstawowym źródłem środków do życia. W tym sensie tam, gdzie istniał nadmiar rąk do pracy, jej zdobycie stawało się ważnym celem, a ona sama - mimo wszystko - cenionym dobrem. Stawała się też płaszczyzną integracji z otoczeniem. W jej toku i w związku z nią zesłańcy wchodzili w rozmaite stosunki ze współpracownikami różnych narodowości i kultur. Zatrudnienie w specyficznych radzieckich warunkach prowadziło wreszcie do kształtowania się różnorodnych postaw, nawyków, do przewartościowań norm moralnych, do przyjmowania nowych dla ludności polskiej wzorców zachowań i wytwarzania się nowej mentalności.

Dla zasad i form zatrudnienia polskich zesłańców w Kazachstanie podstawowe znaczenie miały trzy zjawiska: formalny status poszczególnych grup zesłańczych, lokalne zapotrzebowanie na siłę roboczą oraz sztywne respektowanie zasady "kto nie pracuje, ten nie je". Przypomnijmy, że w Kazachstanie w wyniku deportacji z lat 1940-1941 znalazły się trzy grupy polskich zesłańców: spiecpieriesielency wywiezieni w lutym 1940 r., ssylnoposielency z maja-czerwcu 1941 r. oraz administratiwno wysłannyje z kwietnia 1940 r. W przypadku pierwszych dwóch kategorii robocze wykorzystanie zesłańców wpisane było w ich status. W zasadzie powinni być osiedleni w miejscach związanych z zatrudnieniem i poddani przymusowi pracy. W tym sensie charakter i miejsce ich zatrudnienia rozstrzygały się w czasie samej deportacji, a przymus pracy był zasadą regulującą ich położenie. Nie było wyboru: Polacy musieli pracować tam, gdzie zostali skierowani - w kopalni, w sowchozie, na kolei - i na takim stanowisku, jakie im wyznaczono. Zmianę pracy mógł zalecić tylko lekarz.

Odmiennie wyglądało to w odniesieniu do ostatniej kategorii. Obywatele polscy deportowani w kwietniu 1940 r. kierowani byli do osiedli pozostających pod normalną administracją państwową i od tej ostatniej zależało zarówno wykorzystanie zesłańców jako siły roboczej, jak i stworzenie im warunków egzystencji. Wielokrotnie zesłańcy osadzani byli w kołchozach i sowchozach wbrew woli ich kierownictw, dla których pojawienie się grupy składającej się w dominującej części z kobiet i dzieci przedstawiało trudno rozwiązywalny problem mieszkaniowo-żywieniowy przy mało obiecujących perspektywach pożytku z nich jako siły roboczej. Jednoczesne pojawienie się kilkudziesięciu tysięcy osób musiało rodzić trudności, a skutki tego w pierwszym rzędzie odczuwali sami zesłańcy.

Wzajemne krzyżowanie się tych zjawisk w poważnym stopniu określało rzeczywiste położenie zesłańców w konkretnych rejonach i osiedlach. Spośród zesłańców deportowanych w kwietniu 1940 r. 36 729 osób osadzono w kołchozach, 17 923 osoby w sowchozach i 8 000 w osadach przemysłowych. W rezultacie przeglądu wykorzystania siły roboczej zesłańców dokonanego przez NKWD w III kwartale 1940 r. ustalono, że większość spośród nich nie pracowała, a w efekcie nie miała środków do życia. W obwodzie pawłodarskim zatrudniono tylko 45 % zdolnych do pracy deportowanych, w obwodzie kustanajskim jedną trzecią, a podobna sytuacja istniała i w innych obwodach. Wedle tych ocen spośród osiedlonych w kołchozach 36 729 osób jesienią 1940 r. prawie nikt nie był zatrudniony przy robotach kołchozowych. Także w sochozach zatrudnienie zesłańców zmniejszyło się. Stan ten potwierdzały informacje zgromadzone przez stronę polską. Wedle polskich źródeł Kazachstan był tym obszarem zesłańczym, gdzie problem zatrudnienia deportowanych przedstawiał się wręcz tragicznie, zwłaszcza w rolnictwie. Brak pracy prowadzący do odmowy zatrudniania polskich zesłańców dokumentują także relacje osiedlonych w kołchozach i sowchozach obwodów pietropawłowskiego, kustanajskiego, semipałatyńskiego. W praktyce zatem egzekwowanie pracy w stosunku do osób uznanych za zdolne do jej wykonywania było w okresie poprzedzającym wybuch wojny radziecko-niemieckiej zróżnicowane w zależności od lokalnych potrzeb i możliwości.

Partyjno-państwowe kierownictwo Kazaskiej SRR nie podjęło w odpowiednim czasie żadnych decyzji określających zasady postępowania z zesłańcami, w tym także ich zatrudnienia i wynagradzania. Również republikański NKWD nie występował wobec władz republiki o wydanie takich postanowień. W rezultacie lokalni sekretarze komitetów partii i przedstawiciele miejscowej administracji wydawali różne dyrektywy wedle swojego uznania. Wśród kadry kierowniczej przedsiębiorstw dostrzegalny zaś był trend do zrzucania odpowiedzialności za los zesłańców na aparat NKWD. Dokumenty NKWD jako typową w tym względzie przytaczały wypowiedź dyrektora jednego z sowchozów: "NKWD przywiózł ich, niech on ich zaopatruje w produkty spożywcze, zapewnia im pracę i buduje dla nich domy". W efekcie braku stosownych zarządzeń i wytycznych, przy nieuregulowanych zasadach wynagradzania zesłańców wielu kierowników przedsiębiorstw i przewodniczących kołchozów po porostu powtrzymywało się od zatrudniania Polaków. Nawet w trakcie letnich robót polowych w kołchozach i sowchozach nie wykorzystywano w pełni siły roboczej zesłańców. Np. w rejonie kellerowskim zatrudniono tylko 30 % zdolnych do pracy, w sowchozie Mynbułak - 50 %. Wraz z zakończeniem robót polowych w ogóle zaprzestawano zatrudniania zesłańców, co oznaczało, iż większość z nich nie miała podstaw egzystencji. Było swoistym paradoksem, że właśnie w Kazachstanie, gdzie generalnie występował deficyt rąk do pracy i dokąd zesłańców kierowano również ze względów ekonomicznych, ich wykorzystanie jako siły roboczej było - posługując się określeniem jednego z raportów NKWD - "skrajnie niezadowalające".

Tymczasem okazywało się, iż zesłańcy byli często dobrymi i wydajnymi pracownikami. W licznych kołchozach obwodu aktiubińskiego przesiedleńcy w ciągu półrocznego pobytu wypracowali po 500 i więcej dniówek, podczas gdy średnia norma kołchoźników wynosiła 300-350 dniówek. Z drugiej strony istnieją wszakże świadectwa odmienne, wskazujące, że Polacy zatrudnieni w kołchozach nie zawsze przykładali się do pracy, co czasem, zwłaszcza przy robotach zespołowych, wywoływało niechęć miejscowych robotników. "Więcej było gadania, narzekania, pretensji niż konkretnej pracy - zanotowała jedna z pamiętnikarek - i być może dlatego Rosjanie nie chcieli pracować razem z nami".

Jak już wspomniano, istotnym problemem był brak ustaleń co do zasad wynagradzania podejmujących pracę przesiedleńców. Było to szczególnie istotne w kołchozach. W tych warunkach i tę kwestię regulowano lokalnie. W niektórych kołchozach wydawano im produkty na równi z kołchoźnikami, w innych w wymiarze 50 % przydziałów dla kołchoźników, w jeszcze innych nie wydawano w ogóle, czekając na odgórne wskazówki. Zesłańcy pracowali nieraz po 3-4 miesiące nie otrzymując żadnej zapłaty. Wielokrotnie dochodziło też do oszustw i nadużyć polegających np. na zapisywaniu wszystkim zesłańcom ryczałtem po 1 dniówce miesięcznie, chociaż wielu z nich wypracowało po 10-15, a nawet więcej dniówek obrachunkowych, czy też na przyznawaniu 1 dniówki mimo wypracowania stukilkudziesięciu procent normy dziennej. Istotne znaczenie dla takiego procederu miały zalecenia władz partyjnych i administracyjnych. Na przykład pełnomocnik KC KP(b) Kazachstanu i sekretarz noworosyjskiego komitetu rejonowego wydali dyrektywę, aby przesiedleńcom zapisywać nie więcej niż pół dniówki obrachunkowej dziennie, bez względu na to jaką pracę i w jakim wymiarze wykonywali. Sekretarz rejonowego komitetu KP(b) Kazachstanu w Fiodorowce na zebraniu przewodniczących kołchozów instruował ich następująco: "Przerwać wszelką sprzedaż i wydawanie produktów spożywczych dla Polaków na poczet zapłaty za pracę, dawać im najtrudniejszą pracę, żądać wypełniania norm dwukrotnie wyższych niż w stosunku do kołchoźników, a za tak obliczoną pracę wypłacać wynagrodzenie dwukrotnie mniejsze niż kołchoźnikom". Otrzymując takie wytyczne kołchozy zaprzestawały wydawania zesłańcom jakichkolwiek produktów, kierowały ich do najgorszych prac. W efekcie zesłańcy zarabiali śmieszne wynagrodzenia. Np. 3-osobowa rodzina za dwa miesiące pracy dostała 77 rubli, poszczególne osoby otrzymywały po kilaknaście czy trzydzieści kilka rubli.

Odrębny problem stanowiło powszechnie występujące pomijanie specjalistycznego przygotowania zawodowego zesłańców. Wśród deportowanych znajdowali się stosunkowo liczni inżynierowie, lekarze, nauczyciele, agronomowie, rzemieślnicy różnych zawodów, wykwalifikowani robotnicy. Mimo wielkiego zapotrzebowania na tego rodzaju pracowników nie byli oni zatrudnieni zgodnie z kwalifikacjami. Działo się to m.in. na skutek zakazów formułowanych przez władze, a nawet poleceń zwalniania już zatrudnionych.

W relacjach zesłańców odzwierciedlenie znajduje znaczne zróżnicowanie sytuacji pod tym względem. W latach 1940-1941 dają się wyodrębnić trzy typy sytuacji:

- brak zainteresowania pracą zesłańców, a więc dobrowolność podejmowania przez nich pracy, przy bardzo różnych możliwościach jej zdobycia w konkretnych osadach;

- odmowa zatrudniania zesłańców, zwłaszcza w pierwszych miesiącach po ich przybyciu;

- stosowanie przymusu pracy.

Na to nakładał się stosunek samych zesłańców do pracy. Oczywiste było traktowanie jej przymusu jako represji. Jednakże niejednakowe położenie determinowało bardziej złożone podejście do perspektywy jej wykonywania. Początkowo przynajmniej ci spośród zesłańców, którzy przywieźli ze sobą znaczniejsze zapasy żywności, bądź dysponowali dużą ilością atrakcyjnych artykułów na wymianę, byli zdecydowanie niechętnie nastawieni do podejmowania pracy, widząc w niej wyłącznie element zniewolenia. Łudzono się przy tym nadziejami na rychły powrót do rodzinnych stron. Tam, gdzie istniała możliwość wyboru pracy, a jednocześnie kołchozy wynagradzały słabo, Polacy nie kwapili się do pracy w nich, szukając zatrudnienia w leśnictwie, różnych spółdzielniach, a nawet sowchozach, gdzie płacono mało, ale jednak płacono.

Odmiennie musieli zapatrywać się na to zagadnienie ci zesłańcy, którzy znaleźli się w miejscach osiedlenia bez znaczniejszych zasobów. Dla nich praca jawiła się przede wszystkim jako źródło środków do życia.

Część zesłańców zetknęła się wręcz odmową zatrudnienia w kołchozach. Niekiedy zakaz zatrudniania był motywowany rzekomą obawą przed sabotażem. Jeśli w danym osiedlu istniało zapotrzebowanie na siłę roboczą, po jakimś czasie pozwalano Polakom podejmować pracę, co było ważne ze względów ekonomicznych, ale także dlatego, że - jak napisała jedna z pamiętnikarek - "bezczynność zabijała nas psychicznie i fizycznie". Czasem sytuacja zmieniała się już latem 1940 r. w związku ze szczytem prac polowych, kiedy indziej dopiero na wiosnę 1941 r.

Tam, gdzie zesłańcom odmawiano zatrudnienia w kołchozach, sytuacja nie była najgorsza, jeśli choć w części mogli znaleźć pracę u kołchoźników w ich obejściach, czy na działkach przyzagrodowych. Wiosną i latem plewili i okopywali warzywa, następnie dokonywali ich zbiorów, pomagali przy sprzątaniu domu i w pracach gospodarczych, zajmowali się produkcją kiziaku dla gospodarzy. Najczęściej była to praca w zamian za jedzenie i mieszkanie. Wbrew pozorom nie były to przy tym wcale zajęcia lekkie. Np. jedna z zesłanek wymienia wśród swych obowiązków jeżdżenie z pszenicą i prosem do młyna, po siano w step i po drewno (nawet przy 50 oC mrozu), karmienie cieląt, dojenie krów, dostarczanie do gospodarstwa wody ze studni, pomoc w pieczeniu chleba, utrzymanie podłogi przez częste zaciąganie jej nawozem krowim, czyszczenie pieca itp.

Próbowano zajmować się też rękodzielnictwem na rzecz kołchoźników: kobiety i starsze dziwczęta szyły sukienki dla kołchoźnic, na drutach robiły swetry czy skarpety.

Władze niektórych kołchozów starały się znaleźć zatrudnienie dla zesłańców, mimo że stanowiło to dla nich poważny problem. Przynajmniej dla części deportowanych Polaków miało to wymiar nie tylko dręczącej eksploatacji, ale i pozytywnego rozwiązania, dającego nadzieję na uzyskanie minimalnych środków egzystencji.

Niektórzy Polacy zetknęli się z obojętnością co do ich pracy. Miejscowe czynniki nie wykazywały zainteresowania tym czy zesłańcy pracowali, czy nie. Oznaczało to brak przymusu, ale i brak zobowiązań ze strony lokalnych władz. Rzadziej kierownicy gospodarstw rolnych zachęcali do podejmowania pracy oferując korzystne warunki, np. w postaci wydawania codziennie po 1 kg chleba na dorosłego oraz po 0,4 kg na dzieci, a także po 1 l mleka na osobę.

Część zesłańców zamieszkałych w kołchozach podejmowała tam od początku pracę dobrowolnie. Kobiety z małymi dziećmi jeśli mogły wybierać, często wolały jednak pracować u kołchoźników, bowiem otrzymywały za to niezłe, a nawet dobre pożywienie dla siebie i dzieci. Nie zawsze od razu dostrzegano natomiast niebezpieczeństwa związane z sezonowością zatrudnienia w gospodarstwach kołchoźniczych i brakiem zaopatrzenia na zimę.

Nawet jeśli przymusu pracy nie było, to prędzej czy później do podejmowania różnych zajęć zmuszała konieczność życiowa. Polacy sami musieli sobie wowczas znaleźć zatrudnienie, co nie zawsze było sprawą prostą. Podejmowali stałą pracę w kołchozach czy sowchozach, stacjach maszynowych, wiejskich zakładach przetwórczych. Innych przyjmowano do pracy tylko okresowo w czasie nasilenia robót sezonowych, czy też do wykonania określonych zadań np. wykopania rowów melioracyjnych, zbebrania plonów, zgromadzenia opału dla miejscowych instytucji, np. dla szkoły.

O ile tam, gdzie brakowało pracy, w lecie udawało się jeszcze znaleźć jakieś zatrudnienie, choćby dorywcze, to zimą było znacznie gorzej: poza odśnieżaniem i opieką nad bydłem nie było pracy. W gospodarstwach hodowlanych bydłem w stajniach opiekowali się jednak głównie ci, którzy wrócili z letnio-jesiennych wypasów. W kołchozach i sowchozach nastawionych na produkcję roślinną, dodatkowi pracownicy, zwłaszcza kobiety, rzadko byli potrzebni. Wzywano ich co najwyżej do tzw. "sniegozadierżanii", tj. tworzenia na polach pryzm śniegowych, ukształtowanych w ten sposób, aby wiatry nawiewały na nie kolejne warstwy śniegu, który tając w czasie roztopów nawadniał grunt pod uprawy. Mężczyźni mogli zimą czasem liczyć jeszcze na pracę przy omłotach. Kobiety i podrostki zatrudniani byli również do przywożenia ze stert pozostawionych latem na łąka i polach siana i słomy na paszę dla zwierząt hodowlanych.

Polskie kobiety poszukiwały w takiej sytuacji źródeł dochodu świadcząc usługi krawieckie i dziewiarskie: przędły wełnę owczą, robiły swetry i skarpety, wyszywały także chusteczki dla miejscowych panien oraz prześcieradła dla gospodyń. Tego typu zajęcia podejmowano zarówno tam, gdzie pracę, zwlaszcza zimą znaleźć było trudno, jak i tam, gdzie istniał jej przymus, ale wynagrodzenie nie starczało na przeżycie i konieczne było poszukiwanie dodatkowych źródeł dochodu lub pożywienia w naturze.

W relacjach stosunkowo najczęściej jednak potwierdzany jest przymus pracy. Różnie ustalany był krąg osób, wobec których go stosowano. Zwłaszcza dolna granica wieku była określana dość elastycznie przez lokalnych decydentów: w jednym miejscu do pracy przymuszano nawet 8-letnie dzieci, w innym 12-letnie, jeszcze gdzie indziej dopiero 14-15-letnie.

Najczęściej tuż po przyjeździe zapowiadano zesłańcom, że w ZSRR obowiązuje zasada "kto nie pracuje, ten nie je", że nie przyjechali w gości, lecz do ciężkiej pracy i że właśnie pracą mają okazję zmazać swoje winy, jakich dopuścili się rzekomo wobec władzy radzieckiej. Odpowiednio przygotowanym propagandowo funkcyjnym pracownikom radzieckich przedsiębiorstw nie obce były i takie zachowania: "Brygadier Makarow z twardym wyrazem twarzy pokazał w kierunku cmentarza i zwracając się do nas Polaków powiedział (co zrozumieliśmy): ŤBędziecie tak tu pracować, aż się krwią zalejecie i tam będzie wasze miejsceť. Na początek nie było to zbytnio zachęcające, potem okazało się, że tak go nauczono, a on sam nie był wcale taki zły".

W ZSRR obowiązywały zasady dyscypliny pracy, grożące drakońskimi karami grzywny, więzienia lub obozu za spóźnienia, a tym bardziej za opuszczenie dnia roboczego. Przepisy te stosowano bardziej lub mniej rygorystycznie, zwłaszcza przed wybuchem wojny radziecko-niemieckiej, ale zdarzały się i przypadki potrącania części wynagrodzenia, i stawianie przed sądami.

Zatrudnieni w rolnictwie pracowali zgodnie z rytmem życia gospodarstw. Pracowano przez 6 dni, a siódmy był wolny, z tym wszakże, że nie był on wolny równocześnie dla wszystkich pracowników. Mogło się zdarzyć i często się zdarzało, iż wśród pracujących z jednej rodziny każdy miał dzień wolny kiedy indziej. Niektóre relacje wskazują jednak, iż w kołchozach np. w obwodzie pietropawłowskim pracowano bez dni wolnych, oprócz Nowego Roku, 1 Maja, 7 listopada i 4 grudnia (rocznica konstytucji stalinowskiej). Nikt nie słyszał o przepisach prawa, bhp, odzieży ochronnej.

Na ogół praca w kołchozach i sowchozach trwała po 10-12 godzin dziennie: od 7 rano lub wcześniej do wieczora, z półgodzinną przerwą obiadową. Dzień roboczy wydłużał się do 16 i więcej godzin w okresie wielkich kampanii polowych, zwłaszcza sianokosów i żniw, gdy bardzo często mobilizowano do pracy na równi z dorosłymi także dzieci. Tylko gdzieniegdzie w największe upały w południe urządzano dłuższą przerwę. Czasem natomiast przedłużano pracę na noc i pracowano przy światłach kombajnów i traktorów.

Bardzo często zatrudnienie w polu łączyło się z wyjazdem wraz z brygadą na znaczne nawet odległości od miejsca zakwaterowania. W okresie wykonanywania określonego zadania brygada tam pracowała, jadła i spała, korzystając z barakowozów, baraków, lub po prostu ad hoc skleconych szałasów. Polacy wykonywali bardzo różne prace: obsługiwali konne zgrabiarki do siana i żniwiarki, powozili zaprzęgami przy transporcie ziarna do spichrzów i na pryzmy, obsługiwali wieloskibowe pługi, brony, siewniki, ale najczęściej wykonywali ciężkie prace ręczne, takie jak grabienie siana i przerzucanie go na sterty, ręczne formowanie snopów i układanie ich, zbieranie słomy i przerzucanie jej na wielkie sterty. Przydzielano im też wiele prac pomocniczych, jak np. dowożenie wody i paliwa. W dużej mierze były to prace przekraczające siły i umiejętności zesłańców, często ledwie kilkunastoletnich podrostków bądź kobiet, które nigdy wcześniej nie miały do czynienia z tego rodzaju zajęciami, a nawet pracą fizyczną w ogóle. Oczywiście polscy zesłańcy nie pracowali tylko przy wielkich akcjach polowych. Zajmowali się wieloma pracami na stałe, czy też doraźnie kierowani byli do rozmaitych robót. Pielili młodą pszenicę, słoneczniki, warzywa i inne uprawy, zajmowali się ogrodami warzywnymi w kołchozach i sowchozach, grabili, przerzucali i wozili siano, przygotowywali kiziak i saman, oporządzali i wypasali bydło, czyścili obory i stajnie, budowali i konserwowali systemy irygacyjne i melioracyjne, budowali drogi polne, wykonywali różne prace budowlane i porządkowe, zimą prowadzili odśnieżanie budynków i dróg wewnętrznych oraz zabezpieczali pola i drogi na okres roztopów.

Koszmar pracy przy pieleniu pól obsianych pszenicą znalazł takie odzwierciedlenie w jednej z relacji: "Wożono nas rodzinami na ogromne pole rosnącej pszenicy kołchozowej, zasianej prawdopodobnie przez autochtonów. Każdy dostawał odmierzony przydział na osobę, a jak wiadomo było nas poza starszym bratem i siostrą, jeszcze dwie młodsze siostry. [...] Po wytyczeniu patykami z ostu, zabraliśmy się całą rodziną do pracy. Pszenica była zarośnięta piołunem a przede wszystkim ostem. Szliśmy w oddaleniu od siebie, wytyczonym pasem, wyrywając co poza pszenicą rosło. Były połacie cale porośnięte ostem i to było najgorsze w tej pracy. Zanim ostet był młody to się najwyżej zerwało, zostawiając w ziemi korzeń. Wszystko jednak rosło z upływem dni tak szybko, jakby czuło, że lato tu jest bardzo krótkie, szczególnie oset często mnie przerastał, a razem z tym grubiała łodyga na końcu ktorej zasychały liście razem z kolcami. Taki oset ręką zerwać było gorzej aniżeli wyrwać, zwłaszcza kiedy było sucho i ziemia twarda. Siedzieliśmy wszyscy w takim skrawku godzinami, zostawić nie było można, gdyż brygadzista sprawdzał i takiej roboty nie zaliczył, a więc zarobki były mniejsze, ktore mimo wszystko liczyły się, będąc jedyną możliwością na wykupienie przydziałowego chleba, 400 gram dla dorosłego, 200 gram dla osoby niepełnoletniej, wtedy, kiedy metry były takie same na wszystkich".

We wspomnieniach zesłańców utrwalił się pogląd, iż kierowano ich z reguły do prac ciężkich i uciążliwych, od których stronili miejscowi kołchoźnicy. Do takich z pewnością należał obowiązek dostarczania zimą ze stert pozostawionych w stepie siana i słomy dla zwierząt hodowlanych. Niejednokrotnie tę ciężką, a z uwagi na możliwość zabłądzenia i na grasujące stada wilków także niebezpieczną pracę, Polacy (w dużej mierze kobiety) musieli wykonywać przy największych śniegach, a nawet w czasie buranu. Brak kwalifikacji i doświadczenia czynił ciężką pracę jeszcze trudniejszą do wykonania. Ileż wysiłku w przerzucanie snopów zboża musiała włożyć pochodząca z inteligenckiej rodziny kobieta, która nigdy wcześniej nie miała do czynienia z widłami, nim nauczyła się sprawnie posługiwać tym podstawowym narzędziem? Ile znoju wymagało nabycie jakiej takiej sprawności w kierowaniu zaprzęgiem wołów? Kierowano też Polki nawet na cały sezon do nawadniania pól, przy której to pracy Rosjanki wytrzymywały najwyżej 2 tygodnie. Praca polegała na przesuwaniu ciężkimi szpadlami zwałów mokrej ziemi, tak by zmienić bieg wartkiego strumienia wody tłoczonego przez pompę. Praca trwała od wczesnego ranka z przerwą południową, gdy słońce było w zenicie, do nocy. Wystarczyła chwila nieuwagi dla rozprostowania pleców, by strumień przerwał tamę i rozmył groblę, a to było karane naprawianiem szkód w przerwie obiadowej.

Nie oszczędzano przy tym dzieci. To one gromadziły nawóz, pracowały w transporcie kołchozowym, wypasały bydło, plewiły uprawy. Gdy wzeszło zboże dzieci zaangażowano dwyrywania chwastów: ustawione obok siebie w odległości 3-4 m szły przez pole, ręcznie wyrywając osty i piołuny. "Po tak ciężkiej robocie każdy miał pozdzieraną skórę na dłoniach, kolce ostu sterczały na ciele, a po dojściu do miejsca, gdzie znajdowała się woda i zupa, ze zmęczenia padaliśmy z nóg, nie mając siły na jedzenie". W jednym z kołchozów norma dzienna, jaką dostała 3-osobowa "brygada dziecięca" wynosiła dwumetrowy pas pola długi na 1,5 km. Wiosną dzieci używano do walki z plagą myszy, co polegało na wciskaniu szmat nasączonych trucizną do mysich nor. Powodowało to przypadki zatrucia dzieci toksycznymi oparami. Na szeroką skalę dzieci były wykorzystywane do polowania na rozplenione susły. Norma dzienna (dniówka robocza) wynosiła np. dostarczenie 10 skórek. 11-letni chłopak w lecie pracował jako poganiacz wołów, wyrabiał cegłę, zwoził w lecie i w zimie saniami siano, woził produkty żywnościowe z fermy, pracował jako stajenny i nocny pastuch, od wczesnej wiosny do pierwszych śniegów, gdy bydło wyprowadzano na górskie pastwiska odległe o 300-400 km, mieszkał tam pod namiotem zrobionym z trzciny.

Wiele prac było normowanych, tzn. ustalona była norma dzienna, której wykonanie warunkowało zaliczenie dniówki roboczej, a zarazem uprawniało do odpowiedniego przydziału chleba. W wypadku wykonania normy dostawało się np. 500 g chleba, a gdy norma nie była wykonana - tylko 300 g. Na obrachunku dniówkowym opierał się cały system rozliczania pracy i wynagrodzenia w kołchozach. Normy były wyśrubowane i trudne do wykonania, a zarazem istniał system premii mających motywować do ich przekraczania. W warunkach permanentnego deficytu towarów i pieniędzy system ten był niejednokrotnie jedynym źródłem uzyskania niektórych dóbr. Aby uzyskać zaliczenie normy prace wykonywano więc niedbale, uciekano się do rozmaitych oszustw np. opuszczano przy orce co drugą bruzdę, uprawy pielono tylko z grubsza, albo tylko z brzegów, pozostawiając nie tknięte wnętrze pola, byle zaliczyć kolejny hektar itp.

Jak już wspomniano, z rozliczaniem pracy wiązał się szczególnie istotny dla zesłańców zatrudnionych w kołchozach problem wynagrodzenia. Formalnie nie mogli oni wstępować do kołchozów, a tym samym nie mieli prawa do wynagrodzenia w naturze, tzn. w produkcji roślinnej i hodowlanej. Jako robotnicy najemni powinni otrzymywać wynagrodzenie pieniężne. Rzeczywistość pod tym względem, jak i pod wieloma innymi, odbiegała jednak od przepisów. Były wprawdzie kołchozy, w których istotnie Polakom obiecywano zapłatę pieniężną (np. w wysokości 3 rb. za dniówkę), odmawiając świadczeń rzeczowych, niezwykle rzadko jednak wynagrodzenie w kołchozach przybierało taką formę. Miało to raczej miejsce przy zatrudnianiu zesłańców do wykonania konkretnych zadań, niż na stałe. W wielu koćhozach, zwłaszcza mniej zasobnych w ogóle nie wypłacano żadnego wynagrodzenia, szczególnie przed zbiorami. Bywało zresztą, że nie płacono i w sowchozach, ograniczając się do świadczeń żywieniowych, bądź wydawania w zarobku w naturze.

Najczęściej pracowano w kołchozach "za życie", tj. za przydział chleba, pożywienie wydawane w czasie pracy w polu lub prawo do korzystania ze stołówki, w której otrzymywali talerz zupy, czasem ponadto trochę chudego mleka (abratu) i mąki. Niekiedy za wypełnienie konkretnych zadań wydawano pewną ilość produktów: np. zboża lub słomy za udział w żniwach, czy ziemniaków za pracę przy wykopkach. Ponieważ przynajmniej w części kołchozów stosowano wobec zesłańców rozliczenia podobne jak wobec kołchoźników, teoretycznie mogli oni jeszcze liczyć na jesienne wynagrodzenie z tytułu wykonanych dniówek roboczych, naliczanych im w czasie pracy. Zależało to jednak od wyników produkcyjnych całego kołchozu i nierzadko - zwłaszcza w biedniejszych kołchozach - bywało fikcją. Gdzie indziej jesienią każda osoba pracująca, w zależności od wykonanej normy skrupulatnie obliczonej, dostała "wypiskę" w wysokości od 30 do 100 kg zboża, co oczywiście w perspektywie zimy i wiosny było kroplą w morzu potrzeb. Nawet w zasobnych kołchozach w wypadku złych plonów wynagrodzenie za dniówkę bywało niskie i nie przekraczało 0,5 kg zboża, a z tego potrącano za wydawany wcześniej chleb. Bywało, że za całe wynagrodzenie wypłacone po żniwach stawał pud (16 kg) zboża. Gdzie indziej za cały sezon pracy przy hodowli bydła można było otrzymać zaledwie 1,5 puda (tj. 24 kg) pszenicy i tyle owczej wełny, że starczyło na jedną parę pimów (wojłokowego obuwia zimowego), których zrobienie kosztowało zresztą pud pszenicy. Częstokroć natomiast, mimo ciężkiej pracy w polu od wiosny do jesieni, w ostatecznym obliczeniu okazywało się, że liczba przepracowanych normatywnych dniówek nie wystarczała na pokrycie kosztów żywienia, noclegu w kołchozowym wozie i transportu, a zatem robotnik powinien dopłacić kołchozowi za swoje utrzymanie. Jako akt dbałości władzy prezentowano umożliwienie odpracowania brakujących dniówek potrzebnych na pokrycie długu, co w praktyce prowadziło jednak do fikcyjności i oszustw na dużą skalę. Wynagrodzenie w naturze miało zarówno dobre, jak i złe strony. Większe ilości dóbr uzyskiwało się w tym systemie - ale tylko w dobrych kołchozach i przy w miarę uczciwym kierownictwie - po zamknięciu roku obrachunkowego, natomiast do tego momentu kierownictwo kołchozu mogło tylko wydawać w formie zaliczek pewne ilości produktów spożywczych. Dla Polaków, nie dysponujących przecież własnymi rezerwami czy działkami przyzagrodowymi, zaliczki te w postaci chleba, mąki, ziarna czy ziemniaków były daleko niewystarczające. Z drugiej strony jednak, wedle większości relacji za pieniądze na ogół i tak nie można by było wiele kupić, więc forma świadczeń w naturze była dogodniejsza. Trzeba je było jednak uzupełniać artykułami zdobywanymi drogą wyprzedaży dobytku i w zamian za pracę u kołchoźników.

Gdy nie było pracy, kołchozy na ogół nie poczuwały się do żadnych świadczeń na rzecz zesłańców. Toteż musieli oni, zwłaszcza w okresie od późnej jesieni do wczesnej wiosny, szukać zajęć mogących przynieść choćby i minimalne ilości środków spożywczych. Głównie była to praca na działkach przyzagrodowych kołchoźników i w ich obejściach, o czym była już mowa. Źródłem dochodu żywności zesłańców zamieszkałych na wsi bywały rzemieślnicze umiejętności zesłańców, często nabyte już na zesłaniu. Nieocenione były zwłaszcza umiejętności krawieckie i dziewiarskie, szczególnie, gdy zesłańcy dysponowali materiałami, bądź zdatną do przerabiania odzieżą.

Częstokroć zimą zesłańcy nie mogli pracować z zupełnie innego, a nie mniej zasadniczego powodu: nie mieli odpowiedniej odzieży i obuwia. To skazywało na pozostanie w domach i jedynym źródłem dochodu (w praktyce - żywności) bywało rękodzieło na rzecz mieszkańców kołchozu.

Położenie zesłańców zatrudnionych w sowchozach było nieco odmienne. Formalnie znajdowali się oni w sytuacji niemal identycznej, jak inni pracownicy państwowych gospodarstw rolnych. Formy i charakter pracy były bardzo podobne do kołchozów, natomiast wynagrodzenie w zasadzie powinno być pieniężne. W praktyce bywało bardzo różnie. Wielu zesłańców wspomina, iż w ogóle nie otrzymywało wynagrodzenia, lub otrzymywało je nieregularnie, ze znacznymi opóźnieniami, sięgającymi nawet paru miesięcy. Było ono z reguły bardzo niskie. Kobieta pracująca jako woziwoda 10 godzin dziennie za pracę otrzymywała początkowo 60 rb., a później 90 rb. miesięcznie, co nie wystarczało na utrzymanie, zwłaszcza, że część żywności trzeba było kupować po cenach bazarowych. Matka z córką za dwa miesiące pracy otrzymały razem 230 rb, pomocnik traktorzysty w czasie żniw dostawał 2,5 rb. za hektar. W magazynach zbożowych od tony ziarna nasypanego w worki (wraz zaszyciem tychże) płacono 75 kopiejek, a zarobienie ponad 1,5 rubla dziennie było niepodobieństwem. Zimą wynagrodzenie za pracę w sowchozowych garażach wynosiło np. 250 rb., ale w oborze, przy oporządzaniu bydła, tylko 30-60 rubli miesięcznie, a zarobek przekraczający 100 rb. uważany był za dobry. W okresie letnim za wypas bydła można było zarobić do 300 rb. Jak się te zarobki miały do cen bazarowych niezwykle trudno orzec, bowiem zarówno wynagrodzenie w sowchozach, jak i ceny były zróżnicowane lokalnie. Np. wiadro otrąb na wolnym rynku kosztowało w tym czasie 100 rb., wiadro ziemniaków - 120 rb., 8 kg prosa - 150 rb. Z zarobionych pieniędzy robotnicy sowchozowi część musieli przeznaczyć na wykupienie 500 g przydziału chleba i obiadu w stołówce. Często zresztą należność za posiłki wydawane w czasie pracy, za obiady w sowchozowej stołówce i za produkty wydane robotnikom, a także za noclegi w sowchozowych barakowozach w czasie robót polowych po prostu potrącano z naliczonego wynagrodzenia. Zdarzało się więc i w sowchozach, że po całym okresie letniej pracy zarabiali oni zesłańcy dostawali 3-4 ruble, a nawet popadali w długi wobec sowchozu.

Zimą sowchozy potrzebowały przy tym znacznie mniej pracowników niż latem, więc uzyskanie tam zatrudnienia - szczególnie przez kobiety, a te wszak dominowały wśród polskich zesłańców - stawało się często problemem. Z drugiej strony zatrudnienie warunkowało możliwość zaopatrywania się w sowchozowym sklepiku w reglamentowane towary, także żywnościowe, a także dawało prawo do zakupu sowchozowego kiziaku. Dlatego kobiety polskie zmuszone były często zgłaszać się nawet do ciężkich robót związanych z odśnieżaniem lub wspomnianym już tzw. sniegozadierżanijem.

Praca w sowchozie stwarzała możliwość nielegalnego skorzystania z produkowanej tam żywności. Zatrudnieni przy hodowli drobiu podbierali jaja lub celowo je tłukli, bowiem umożliwiało to ich zjedzenie, a także wynosili ziarno przeznaczony na karmę. Pracujący w ogrodach sowchozowych przynosili do domu dynie, ogórki i pomidory. Ci, którym udało się trafić do obór, po kryjomu doili krowy i korzystali z paszy. Pozwalało to nie tyle zaspokoić potrzeby żywieniowe, ile przeżyć kolejny dzień zesłania.

Poza rolnictwem polscy zesłańcy zatrudnieni zostali w m.in. w kolejnictwie, zwłaszcza na linii kolejowej Akmolińsk-Kartały. Część Polaków skierowano tam do pracy bezpośrednio po przyjeździe do Kazachstanu w 1940 r., inni trafili tam później (głównie wiosną i na początku lata 1941 r.), przesiedleni m.in. z obwodów pawłodarskiego, kustanajskiego, pietropawłowskiego. Zatrudnieni na takich stacjach jak Atbasar, Jesil, Dżałtyr i innych mniejszych, zesłańcy zajmowali się przeładunkiem żwiru, węgla, kamieni, desek, cegieł, wapna, cementu, oczyszczaniem wagonów, naprawą torów, w zimie odśnieżaniem torów i odkopywaniem pociągów uwięzionych w zaspach. Pracowano także przy budowie i remontach zabudowań kolejowych. Praca trwała od ośmiu do kilkunastu godzin dziennie, często po prostu do wykonania konkretnego zadania lub wypełnienia normy dziennej. Miesięczne zarobki sięgały 280 rb., co pozwalało na niewiele więcej niż wykupienie przydziału żywności. Z zapłatą nierzadko przy tym zalegano, co powodowało nawet odmowę pracy. Jeśli było to zorganizowane i solidarne - przynosiło efekty.

Szczególnie ciężka była praca na budowie linii kolejowych. Pracowano po 12 a nawet więcej godzin. Praca miała trwać 7 dni w tygodniu, ale zdarzały się wypadki oporu przeciw pracy w niedziele, dyktowane m.in. względami religijnymi. Co ciekawe, jeśli wierzyć relacjom, przynosiło to efekty w postaci rezygnacji z przymusu pracy w niedziele. Czasem zaś pracę w niedziele premiowano dodatkowymi przydziałami chleba. Polaków zatrudniano przy budowaniu nasypów, układaniu torów, budowie obiektów kolejowych, załadunku i wyładunku materiałów budowlanych. Praca odbywała się na ogół całkowicie ręcznie, łącznie z przemieszczaniem ogromnych ilości ziemi i układaniem szyn. Niejednokrotnie transporty materiałów nadchodziły w nocy i wtedy trzeba było je rozładowywać. Była to praca ponad siły, zwłaszcza dla kobiet, kobiet niedożywionych, nienawykłych do wysiłku fizycznego.

Zesłańcy pracowali także w przedsiębiorstwach przemysłowych Kazachstanu: w kopalniach, w cegielniach, przy przetwórstwie wełny baraniej, w przetwórstwie spożywczym, przy wyrębie nielicznych lasów. I w tych wypadkach potwierdzała się zasada, iż przydzielano im najczęściej prace najcięższe i najgorzej płatne. Np. w kobiety zatrudnione w fabryce przędzalniczej musiały przenosić wełnę w normatywnej ilości 7 ton, a miesięczne wynagrodzenie wynosiło 100 rubli, w fabryce konfekcji dziennie należało uszyć 7 sukien przy wynagrodzeniu 0,5-1 rb. za sztukę, w cegielni przy czyszczeniu pieców i wywożeniu gorących cegieł na taczkach zarabiano 2-3 rb. dziennie. Do pracy angażowano nie tylko nielicznych mężczyzn i dorosłe kobiety, ale także młodzież kilkunastoletnią, a nawet dzieci od lat 10, którym powierzano prace pomocnicze.

Przy tym wszystkim miały jednak miesjce i przypadki ludzkiej solidarności, pozwalającej przetrwać w najtrudniejszych warunkach. Oto np. 16-letnia dziewczyna została zatrudniona w aktiubińskiej w wytwórni lalek, gdzie zarabiała 60 rb. miesięcznie. Podstawową zaletą tej pracy była nie płaca, ale możliwość otrzymywania kartek na chleb. Dzięki rekomendacji innego Polaka-zesłańca trafiła jednak pod opiekę Ukraińca kierującego lakiernią w fabryce mebli. Ten nie tylko zapewnił jej przyjęcie do nowej pracy, ale zadbał o awans i wynagrodzenie w wysokości 200 rb. Mimo, że nie potrafiła porządnie wykonywać nominalnie należących do niej obowiązków "nikt w całej lakierni nie zaprotestował przeciw oczywistej bzdurze, jaką było zatrudnienie mnie na stanowisku majstra. [...] Wszyscy zatrudnieni to zesłańcy - Rosjanie, Ukraińcy, Białorusini. Wszyscy oni otaczali mnie milczącą opieką. Dostawałam pracę na miarę sił małej, wychudzonej szesnastolatki".

Stosunkowo spore możliwości zarobkowania i utrzymania się miały w tym okresie samotne kobiety. Łatwiej niż wielodzietnym rodzinom było im znaleźć lepszą kwaterę. W najgorszym wypadku za pomoc w pracach domowych mogły liczyć na kawałek chleba i talerz barszczu lub łapszy. Jeśli znajdowały zatrudnienie w państwowym przedsiębiorstwie lub kołchozie, otrzymywały przydział żywności (głównie chleba), którym nie musiały się z nikim dzielić. Wzięciem cieszyły się krawcowe i panie obdarzone talentami dziewiarskimi, które stawały się nierzadko wręcz "dyktatorkami mody", szyjąc wedle polskich fasonów dla żon miejscowych prominentów, lub robiąc na drutach pożądane przez nie sweterki, bluzeczki czy szale w różne atrakcyjne wzory. Zdolności hafciarskie i bieliźniarskie wykorzystywane były przy wyszywaniu rubaszek, bluzek, serwet, bielizny damskiej. Polki sprzedawały ten towar na bazarach w mgnieniu oka. Szybko się jednak wyczerpały przywiezione zapasy materiałowe, a wraz z tym skurczyły się możliwości takiego zarobkowania. Wiele kobiet w poszukiwaniu środków do życia dla siebie i najbliższych wyprawiało się po prośbie od kołchozu do kołchozu, od chałupy do chałupy, prosząc o jajko, garść mąki czy ziarna, o ziemniak lub inne warzywo.

Poważne zmiany w położeniu polskich zesłanców w Kazachstanie przyniosła druga połowa 1941 r. Były one następstwem wybuchu wojny radziecko-niemieckiej oraz podpisania układu Sikorski-Majski, który zaowocował amnestią dla obuwateli polskich pozbawionych wolności na terytorium ZSRR.

Wybuch wojny i jej dalszy przebieg spowodował zmiany w zakresie zatrudnienia. W dość szybkim tempie zaczęło ubywać mężczyzn wcielanych do armii. Tym samym poczęło wzrastać zapotrzebowanie na siłę roboczą, częściowo tylko rekompensowane napływem ludności ewakuowanej z terenów objętych działaniami wojennymi. Nie oznaczało to, iż wzrost ten rozkładał się równomiernie między miasto i wieś i w takim samym stopniu był odczuwalny we wszystkich rejonach Kazachstanu i we wszystkich miejscach osiedlenia Polaków. Jesienią 1941 r. rozpoczęły się na masową skalę żywiołowe ruchy migracyjne ludności polskiej: zarówno łagierników i więźniów zwalnianych z miejsc odosobnienia, jak i zesłańców. Zasadniczy kierunek tych masowych wędrówek przebiegał z północy na południe, zwłaszcza ku rejonom formowania armii polskiej. Równolegle następowały przemieszczenia Polaków w obrębie poszczególnych obwodów i rejonów, przy czym zarysował się wyraźny trend do przesuwania się ludności polskiej ze wsi do miast. Bywały przypadki, iż z danego kołchozu czy sowchozu wszyscy, lub niemal wszyscy Polacy przenosili się do ośrodków miejskich. Niejednokrotnie zarówno na skutek żywiołowego ruchu ludności, jak i działań władz radzieckich, powstawały poważne perturbacje na rynku pracy poszczególnych obwodów i miejscowości. Podczas gdy w jednych rejonach pojawiał się wyraźny brak rąk do pracy, zwłaszcza z chwilą rozpoczęcia wiosennych robót rolnych w 1942 r., to w innych, szczególnie na południu Kazachstanu, ale i w obwodach semipałatyńskim i pawłodarskim poważne rozmiary osiągało bezrobocie ludności polskiej, spowodowane m.in. napływem ludności niemieckiej deportowanej z Powołża.

Tam gdzie występowało pierwsze z wspomnianych zjawisk powszechnie i bezwzględnie egzekwowano przymus pracy wobec coraz szerszego kręgu osób. Niejednokrotnie robiono to tylko po to, aby uczynić zadość zaleceniom władz, nie zawsze bowiem warunki pozwalały na sensowne wykorzystanie całej siły roboczej, zwłaszcza zimą w kołchozach i sowchozach.

Specyficzna sytuacja powstała w południowych obwodach Kazachstanu (czimkienckim, dżambulskim i ałmaackim), a po części i w obwodzie semipałatyńskim. Na południu obywatele polscy pojawili się dopiero jesienią 1941 r. częściowo żywiołowo, napływając tam po zwolnieniu z więzień, obozów i zesłań w północnych rejonach ZSRR (głównie z obwodów archangielskiego i wołogodzkiego oraz z Komi ASRR), częściowo przymusowo przesunięci z Uzbekistanu. Do kołchozów południowych republik radzieckich, w tym i do południowego Kazachstanu trafili oni w okresie jesienno-zimowym, tj. u schyłku lub już po zakończeniu sezonu polowego, gdy zapotrzebowanie na siłę roboczą gwałtownie malało, a nie odczuwano jeszcze w pełni skutków poboru do wojska, gdyż mobilizacja Kazachów i Uzbeków rozpoczęła się dopiero na wiosnę, zaś napływ ewakuowanej ludności rosyjskiej zwiększał podaż rąk do pracy. Obywatele polscy osiedlając się w kołchozach południowego Kazachstanu nie mieli zatem widoków na rychłe uzyskanie wynagrodzenia, a równocześnie na skutek ogólnego wyczerpania nie byli na ogół w stanie intensywnie pracować i osiągać wydajności takiej, jak ludność miejscowa. Czynniki te zrażały ich samych do pracy, a także powodowały niechęć ze strony władz kołchozowych. Część ludności polskiej odnosiła się zresztą negatywnie do jakiegokolwiek zatrudnienia, licząc czy to na szybki pobór do armii gen. Andersa, czy też na rychły wyjazd za granicę, bądź wreszcie na pomoc ze strony władz polskich. Niewątpliwie istotny wpływ na takie postawy miał też brak odpowiedniej odzieży i obuwia. W efekcie liczba niepracujących była znaczna i w samej tylko Ałma-Acie wynosiła na początku 1942 r. kilka tysięcy osób, co oznaczało brak szans na znalezienie tam zatrudnienia. Z drugiej strony aparat delegatury w tejże Ałma-Acie utrzymywał na podstawie opinii czynników radzieckich, iż Polacy w kołchozach tego obwodu na ogół nie uchylali się od pracy, w przeciwieństwie do osób narodowości żydowskiej, która w większości grupowała się jednak w miastach. Brakowało pracy także w obwodzie semipałatyńskim.

Z drugiej strony istnieją źródła mówiące, iż w 1941 r. w obwodzie dżambulskim obywatele polscy byli w kołchozach traktowani na równi z innymi, tj. tak samo pracowali i otrzymywali takie samo zaopatrzenie jak miejscowi. Polacy osiągali wydajność 400-500, a nawet 700 dniówek. Jest to jednak informacja o tyle wątpliwa, iż ludność polska w obwodzie dżambulskim znalazła się dopiero po amnestii, zatem nie wydaje się by w 1941 r. możliwe było wypracowanie 700 dniówek roboczych.

Po wybuchu wojny radziecko-niemieckiej warunki pracy uległy poważnym zmianom, przy czym charakter tych zmian nie zawsze jednozncznie rysował się - zwłaszcza początkowo - ludności polskiej w poszczególnych przedsiębiorstwach. Pogorszenie bezpośrednio odczuto przede wszystkim w rolnictwie, co wynikało ze zbiegnięcia się konsekwencji wybuchu wojny z okresem nasilenia prac polowych. W efekcie w wielu sowchozach i kołchozach zostały zniesione dni wolne od pracy. Odchodzenie kolejnych roczników mężczyzn na front powodowało, iż ich dotyczasowe stanowiska obejmować musiały kobiety, a w rosnącym stopniu także dzieci. Już latem 1941 r. do prac polowych na szeroką skalę wykorzystywano młodzież szkolną począwszy od 12 roku życia. O ile sam ten fakt nie stanowił nowości, to było nią nie praktykowane wcześnie angażowanie dzieci do pracy w brygadach polowych na długie okresy wysyłanych poza miejsca stałego zamieszkania. Dzieci wypasały bydło, pracowały w oborach, produkowały saman, zbierały kiziak, odtłuszczały mleko, wykonywały wiele innych prac gospodarczych, a przede wszystkim w okresie intensywnych prac polowych wykonywały czynności z nimi związane, nawet orały i bronowały.

Warunki pracy na roli znacznie się przy tym pogorszyły. Coraz słabsze było wyżywienie, także brygad polowych, które były pod tym względem raczej uprzywilejowane. Początkowo nie odczuwały one załamania poziomu żywienia, które było główną formą wynagrodzenia. Jeszcze zimą 1941/1942 r. zdarzało się, że brygady zatrudnione przy młocce ubiegłorocznych zbiorów otrzymywały częstokroć wystarczające ilości chleba i nawet dwa razy dziennie zupę mięsną. Wiosną 1942 r. sytuacja zaczęła się wyraźnie różnicować. W zasobniejszych kołchozach robotnicy wyruszający na sianokosy otrzymywali niezłe wyżywienie np. chleb i mleko na śniadanie, kartoflankę z kluskami okraszoną odrobiną słoniny na obiad i chleb i mleko na kolację. Gdzie indziej i dla takich brygad zaczęło brakować nawet chleba i pracującym wydawano tylko zacierkę, czasem łapszę.

W coraz większym stopniu utrudniona była praca w polu, choćby z tego względu, iż na potrzeby armii z kołchozów i sowchozów zabrano ciągniki, samochody i konie. Zboża nie zbierano już kombajnami, lecz koszono jak się dało i układano w sterty, a dopiero zimą młócono, nieraz aż do wiosny. Jedyną siłą pociągową w wielu gospodarstwach rolnych pozostały niezwykle powolne i trudne w prowadzeniu woły, a jeszcze więcej niż dotąd prac trzeba było wykonywać ręcznie, przy rosnącym fizycznym wyczerpaniu zesłańców i całej ludności.

Brak w pełni sprawnej siły roboczej i sprzętu decydował o słabych efektach gospodarki rolnej. W niejednym kołchozie, mimo skrajnego eksploatowania ludzi, nie potrafiono zebrać i zagospodarować plonów, co w dalszej kolejności - przy bezwględnym egzekwowaniu dostaw państwowych - prowadziło do zmniejszania się ilości produktów na bieżące wyżywienie robotników oraz na jesienne rozliczenie za całoroczną pracę. To zaś oznaczało głód.

Poza rolnictwem zatrudnienie było równoznaczne z prawem do kartek na żywność. Przydziały były wprawdzie głodowe, ale bez nich przeżycie stawało się w ogóle niemożliwe. Znalezienie pracy było tym istotniejsze, że wojna odcięła zesłańców od paczek z rodzinnych stron, a odzież i bielizna na wymianę kończyły się. "Pracowało się wtedy nie dla zarobków. Pracowało się przede wszystkim dlatego, że był przymus pracy - absolutny. I pracowało się również dlatego, że otrzymywało się kartki na artykuły spożywcze i inne".

Wobec drastycznego ubytku mężczyzn kobiety i starsze dzieci wykonywały najcięższe roboty. Pracowali całymi dniami, a zdarzało się, że i nocami, w trudnych warunkach klimatycznych i przy stałym niedożywieniu, a nawet głodzie. Ludzie otrzymywali jedynie tzw. zaliczki, których wysokość była bardzo zróżnicowana w zależności od układu wielu czynników, takich jak zasobność kołchozu, operatywność jego kierownictwa, rodzaj prowadzonej tam produkcji. Podstawową formą takiego ekwiwalentu za pracę stawała się dzienna porcja ziarna, wynosząca 100-800 g na pracującego. Było to przy tym często ziarno w najgorszym gatunku, zanieczyszczone otrębami, a nierzadko i piaskiem. Niekiedy zamiast zboża wydawano mąkę lub chleb, w niektórych kołchozach od czasu do czasu pewną ilość ziemniaków, w innych dzieci dostawały po szklance mleka. Były też kołchozy, w których ludność polska nie dostawała ani wynagrodzenia, ani prowiantu. Np. w obwodzie dżambulskim w 1942 r. władze kołchozowe obcinały Polakom normy przydziału produktów, a nadto utrudniały ich otrzymywanie, co w efekcie spowodwało ucieczkę z kołchozów do ośrodków rejonowych, zakładów przetwórstwa buraków i do pomocniczych gospodarstw rolnych różnych instytucji. Nie płacono Polakom za pracę w wielu kołchozach obwodu pietropawłowskiego, ograniczając się do wydawania pracującym w polu po jednej porcji zupy, do której czasem dokładano kawałek chleba.

W konkretnych przypadkach sytuacje były bardzo różne. Np. w jednym kołchozie pracujący po kilkanaście godzin dziennie dorośli dostawali np. 200 g chleba dziennie, a na dzieci po 100 g. W innym gospodarstwie wynagrodzeniem była miska gorzkiej zacierki (mąka z dodatkiem piołunu). Gdzie indziej wydawano po 300 g przemarzniętej kapusty czy 400 g mąki jęczmiennej dziennie. Szczególnie źle było w biednych kołchozach kazaskich, w których niejednokrotnie całą dzienną zapłatę stanowiła garść prosa zmielonego razem z łuskami. Zdarzały się kołchozy, w których żądano od Polaków pracy za darmo i bez wyżywienia. Z drugiej strony zdarzały się kołchozy, np. w obwodzie czimkienckim, gdzie wprawdzie w 1942 r. nie wydawano dziennych przydziałów czy posiłków, ale za to co miesiąc robotnicy otrzymywali relatywnie niezłe przydziały produktów: 20 kg mąki, 2 kg mięsa, 50 dkg cukru, 1 kg soli, z tym, że cukier i sól dostawał tylko dobrze pracujący.

Nieco korzystniejsza - przeciętnie rzecz biorąc - sytuacja niż w kołchozach panowała w tym okresie w swochozach, co stanowiło pewne novum. Niektóre sowchozy wydawały swoim pracownikom nawet po 400 g chleba dziennie, inne płaciły po 4-7 rb. dziennie, sprzedając zarazem po 700 g chleba na pracującego po cenie urzędowej (85 kop. za kg) i zupę po 28 kop.

Wynagrodzenie pieniężne wypłacano raczej w miastach, ewentualnie - jak wspomniano - w sowchozach. W kołchozach było rzadkością. Jednakże z punktu widzenia możliwości zdobycia podstawowych środków do życia pensje nie miały wielkiego znaczenia, bowiem na wolnym rynku pozwalały zakupić 1-2 kg chleba, kilka kilogramów ziemniaków czy kilka litrów mleka.

Możliwości dorobienia do wynagrodzeń mieli niektórzy pracownicy zakładów przemysłowych, jeśli w jakiś sposób potrafili zorganizować sobie wytwarzanie z kradzionych surowców i przy wykorzystaniu państwowych maszyn i urządzeń towarów atrakcyjnych rynkowo. Np. brygada spawaczy w firmie budowlanej dorabiała produkując łożka dziecinne i piecyki (tzw. kozy), za które dostawali po 500-1000 rb, co pozwalało im kupować na bazarze chleb, mąkę (16 kg mąki kosztowało 2 tys. rubli), mleko. W kołchozach i sowchozach takim dodatkowym źródłem dochodu (raczej w formie żywności lub opału niż pieniędzy) było rękodzieło: najczęściej produkcja swetrów, rękawic, krawiectwo, naprawa obuwia itp. Np. za zrobienie swetra Polka otrzymywała 15 l mleka, które odbierała sobie od kołchoźnicy po 0,5 l dziennie.

W stosunkowo korzystniejszej sytuacji znajdowali się ci, którzy nie zostali zmuszeni do pracy w kołchozach czy sowchozach, a znajdowali zatrudnienia w gospodarstwach kołchoźników, gdzie w wyniku mobilizacji mężczyzn również brakowało siły roboczej. Dzień pracy w takim gospodarstwie mógł przynieść nawet 8 kg pszenicy albo 30 kg ziemniaków, a oprócz tego całodzienne wyżywienie. Praca polegała na obrządzaniu inwentarza żywego, przygotowywaniu kiziaku, kopaniu rowów, budowaniu pomieszczeń inwentarskich, koszeniu trawy czy zbiorze zboża i innych plonów z działek przyzagrodowych.

W kołchozach i sowchozach nie dysponujących możliwościami wydawania robotnikom ziarna, ziemniaków czy innych produktów, częstokroć szukano rozwiązania przez zezwalanie na podjęcie uprawy kawałka stepu i posadzenie tam ziemniaków, buraków czy innych warzyw. Oznaczało to niezwykle ciężką, dodatkową pracę, na samym początku związaną z przygotowaniem ziemi, a następnie z podlewaniem i plewieniem upraw. Zebrane plony oddalały jednak widmo głodu.

Praca stwarzała też możliwość kradzieży. Swą wartość wymienną miało praktycznie wszystko, ale najatrakcyjniejsze było zatrudnienie związane z dostępem do żywności. Najkorzystniejsze było zatrudnienie w spichrzach zbożowych, przy przeładunku bądź suszeniu pszenicy. Przynosiło to nie tylko zarobki w formie przydziałów zboża (np. 400 g na pracującego i 200 g na osoby pozostające na jego utrzymaniu). Stwarzało też okazję do podbierania ziarna, za co groziły wprawdzie surowe kary, ale co mogło dać nawet po parę kilogramów zboża dziennie. Fakt, iż do pracy takiej przyjmowano tylko jedną osobę z rodziny, dowodził, iż władze zdawały sobie doskonale sprawę z tych aspektów zatrudnienia. Nawet jeśli dawało się ukraść tylko garść ziarna przy okazji jego oczyszczania, transportu czy magazynowania, dostać nieco mleko czy choćby serwatki, a nawet zdobyć tylko obierki ziemniaczane lub paszę przeznaczoną dla zwierząt hodowlanych, praca mimo uciążliwości zyskiwała na atrakcyjności.

Stopniowo przed Polakami otwierały się także perspektywy zajmowania stanowisk wcześniej niedostępnych, a teraz opróżnianych przez zmobilizowanych do Armii Czerwonej. Doszło do tego, że w rejonie lenińskim obwodu pietropawłowskiego zwolnionemu z łagru Polakowi zaproponowano stanowisko agronoma rejonowego, zaś inny były łagiernik został w Pawłodarze ordynatorem oddziału chirurgicznego w tamtejszym szpitalu. Polacy obejmowali lepiej płatne stanowiska specjalistów, przechodzili do pracy administracyjnej, powierzano im funkcje kierownicze. Dotychczasowy zesłaniec mógł zostać rachmistrzem, mierniczym, pisarzem, magazynierem, nawet kierownikiem niewielkiej budowy. Chłopcy uzyskiwali możliwość zdobycia kwalifikacji traktorzystów, kombajnistów i mechaników, co oznaczało awans do swego rodzaju elity robotników rolnych, wprawdzie pracującej bardzo ciężko, ale otrzymującej relatywnie wysokie wynagrodzenia, a co więcej - cieszącej się różnymi przywilejami, np. w zakresie korzystania ze zbiorowego żywienia.

W okresie czerwiec-lipiec 1941 r. sporo polskich zeslańców zostało przeniesionych z dotychczasowych miejsc osiedlenia na budowę linii kolejowej Kartały-Akmolińsk, głównie w okolice Atbasar-Jesil. Wobec znacznego zapotrzebowania na siłę roboczą oraz pilności zadań związanych z transportem i komunikacją w czasie wojny, do pracy zapędzono nie tylko dorosłych, ale także starszą młodzież. Praca odbywała się po kilkanaście godzin dziennie, całkowicie ręcznie, była niezwykle ciężka, ponad siły zesłańców, tym bardziej kobiet i wyrostków, mających zastępować zmobilizowanych mężczyzn. Przy braku wystarczającego pożywienia warunki te dziesiątkowały zesłańców.

Po amnestii i uzyskaniu - ograniczonej wprawdzie - swobody poruszania się część Polaków, w nadziei na poprawę warunków bytu, przenosiła się do miast, tam poszukiwała pracy i zakwaterowania. W pojedyńczych wypadkach przynosiło to pewne korzyści i ulgę w niezwykle trudnym życiu. Jednak w miarę napływu do miast coraz większej liczby obywateli polskich (również z północnych rejonów ZSRR), a także ludności ewakuowanej z terenów objętych działaniami wojennymi położenie pogarszało się. Dla wielu Polaków brakowało pracy, a tym samym nie mieli oni prawa do kartek żywnościowych. Niejeden zmuszony był szukać wtedy sposobu powrotu do kołchozu, by tam znaleźć pracę "za życie".

Przed żywiołowym napływem do miast broniły się zresztą władze radzieckie. 7 lipca 1942 r. przewodniczący pawłodarskiego obwodowego komitetu wykonawczego powiadomił przedstawicielstwo polskie o zamierzonym wysiedleniu polskich obywateli z Pawłodaru. Przyczyny tego posunięcia zostały podane w notatce przewodniczącego rady miejskiej z 18 czerwca 1942 r.: "W ostatnim czasie znacząco wzrósł napływ Polaków z rejonów naszego obwodu do miasta. Nie bacząc na trudności z powierzchnią mieszkaniową w mieście, Polacy nadal przybywają. Wedle zestawienia na 15 VI 1942 r. w mieście znajduje się około 800 polskich obywateli, wśród nich 600 dorosłych zdolnych do pracy, przy czym większość z nich nie pracuje. Wszyscy zamieszkali w mieście Polacy zgodnie z rozporządzeniem obwodowego komitetu wykonawczego otrzymują produkty żywnościowe - chleb, cukier itd." Wedle tegoż źródła Polacy trudnili się spekulacją, wynajmowali mieszkania po spekulacyjnych cenach, nie wypełniali zarządzeń sanitarnych. W efekcie podjętych przez władze działań część Polaków została przesiedlona do rejonów małogorskowskiego, łozowskiego, urlutepińskiego, irtyszskiego i kujbyszewskiego. W mieście pozostawiono tylko chorych i zatrudnionych już wykwalifikowanych robotników. Władze radzieckie naciskały także na opuszczenie przez ludność polską innych miast, np. Czimkentu.

Po podpisaniu układu Sikorski-Majski i amnestii obywatele polscy uzyskali także możliwość przystępowania do radzieckich spółdzielni (arteli), a nawet tworzenia ich filii. Np. w Dżuruniu przy tamtejszym artelu "Drużba" pozowolono założyć taką filię osobom, które przyjechały z wielu okolicznych kołchozów. Polacy utworzyli pracownie: krawiecką, szewską, garbarską, trykotaży, wyrobu walonek, zabawkarską, zegarmistrzowską. Przywożono im całe wagony brudnych i podartych płaszczy wojskowych do prania i naprawy, dostarczano płótno, z którego szyto bieliznę dla wojska. Polska filia ze swoich zadań wywiązywała się bardzo dobrze, a za wypełnienie normy (co wymagało jednak ciężkiej pracy) pracownicy dostawali po 400 g chleba. Pewne działania nastawione na organizowanie polskich zakładów produkcyjnych, dających pracę, a przez to i możliwość zdobycia pożywienia i odzieży, podjęły placówki polskiej ambasady, starające się o przydział pomieszczeń, wyposażenia i surowców.

Po wybuchu wojny radziecko-niemieckiej zaostrzono dyscyplinę pracy. Niekiedy represje przybierały drastyczny charakter: "Szczególnie w barbarzyński sposób karano nas, jeżeli mama lub ja z powodu choroby nie mogliśmy stawić się do pracy. Za takie Ťprzewinienieť, w okresach wiosny, lata lub jesieni, siłą ładowano na wóz cały nasz dobytek i całą rodzinę wywożono w step, na odległość kilkunastu kilometrów od sowchozu. W stepie zostawiano nas samych, aż do chwili przyrzeczenia, że zawsze będziemy pracować i nie opuścimy żadnego dnia. Były to fizyczne i psychiczne tortury i dopiero po takiej Ťsamokrytyceť pozwalano nam powrócić do sowchozu, do naszej ziemianki". Ponieważ brakowało ludzi do pracy, a zwłaszcza roboty polowe musiały być wykonywane szybko, zatem nie tylko wydłużano dzienny czas pracy, ale kasowano całkowicie dni wolne. Władze w związku z trudną sytuacją wojenną domagały się zwiększonej wydajności. W poszczególnych przedsiębiorstwach starano się to osiągnąć poprzez śrubowanie norm. Jednoczesnie karano za ich niewykonywanie poprzez zmniejszanie tzw. pajka żywnościowego.

W opinii niektórych pracowników polskich placówek, wiosną 1942 r. w działaniach władz radzieckich wobec ludności polskiej dała się zauważyć zmiana właśnie w zakresie polityki zatrudnienia. W obwodzie akmolińskim od końca kwietnia 1942 r. stosowano coraz większy nacisk na przymus zatrudnienia, a zarazem egzekwowano surowe rygory wynikające prawa o dyscyplinie pracy. Ludność polską traktowano przy tym jak obywateli drugiej kategorii: usuwano z lepszych stanowisk, zwłaszcza ze stanowisk pracowników umysłowych, stosowano przymus pracy wobec nieletnich, nieraz przy tym oddzielając ich od rodziców, wymagano pracy niezależnie od stanu zdrowia, odbierano przydziały chleba wyżywieńcom.

Wiosną 1943 r. na tle szybko rosnącego napięcia w stosunkach polsko-radzieckich, a następnie ich zerwania, nastąpiło pogorszenie stosunku do Polaków. W niektórych miejscowościach owocowało to także pogorszeniem warunków ich pracy. Zdarzało się, np. w obwodzie dżambulskim, że ludność polską pozbawiano przysługującego pracującycm prawa wykupywania przydziałów chleba po cenach urzędowych. Zarobki zaś były następujące: stróże nocni i dzienni zarabiali ok. 100 rb. miesięcznie, rzemieślnicy 100-300 rb., robotnicy rolni w sowchozach 100-200 rb., prządki 40-50 rb. i to tylko przy wyrobieniu normy. Na tzw. wolnym rynku 1 kg mąki kosztował zaś w tym czasie 75 rb. Było to pewną miarą tragicznego położenia, w jakim ludność ta się znalazła.

W pewnym stopniu problem pracy ludności polskiej w ZSRR uległ zmianie w okresie działalności Związku Patriotów Polskich. W tym okresie Polacy byli uważani przez władze radzieckie za obywateli ZSRR. ZPP podjął ze swej strony działania zmierzające do poprawy ich położenia poprzez tworzanie możliwości zarobkowania, a tym samym samodzielnego zapewnienie sobie minimum warunków egzystencji. Równocześnie występowały czynniki już pojawiające się wcześniej: 1) postępujący wśród ludności polskiej ubytek mężczyzn, którzy w latach 1941-1942 znaleźli się w szeregach armii gen. Andersa, a od 1943 r. powoływani byli do służby w jednostkach dowodzonych przez gen. Berlinga; 2) narastanie deficytu siły roboczej w gospodarce radzieckiej na skutek systematycznego poboru do Armii Czerwonej; 3) trudności gospodarcze, a zwłaszcza aprowizacyjne, związane z wysiłkiem wojennym ZSRR.

Rozmiary zatrudnienia ludności polskiej w Kazachstanie w tym okresie oraz strukturę tego zatrudnienia wedle miejsca i charakteru pracy ustalił P.Żaroń wykorzystując dane ZPP z końca 1945 r. Prezentuje je tab.4. Jeżeli uznać, iż dzieci poniżej 16 roku życia oraz starcy to osoby niezdolne do pracy, to z pewnym uproszczeniem (nie uwzględnia się bowiem chorych, matek z małymi dziećmi itp.) można przyjąć różnicę między liczbą ludności polskiej w danym obwodzie, a sumą dzieci i starców za liczbę ludności zdolnej do pracy. Do ciekawych wniosków prowadzi porównanie tej liczby z ilością pracujących w poszczególnych obwodach. Okazuje się, iż poza obwodem akmolińskim wszędzie liczba teoretycznie zdolnych do pracy była większa, niż faktycznie pracujących, a przecież wśród niezdolnych do pracy - wbrew radzieckiej praktyce - policzono tu dzieci aż do 16 roku życia. W tym okresie pracę podejmował już praktycznie każdy, kto mógł, aby przyspożyć rodzinie choćby minimalnej ilości żywności. Oznacza to, iż w Kazachstanie również w okresie, do którego odnoszą się te dane, istniało wśród ludności polskiej spore bezrobocie.

Ciekawe informacje przynosi próba ustalenia proporcji między zatrudnionymi w przemyśle, w rolnictwie i w innych gałęziach. Okazuje się, iż - wedle danych ZPP - w tym okresie wśród pracującej ludności polskiej przeważali pracownicy szeroko rozumianego przemysłu. W obwodach akmolińskim, ałmaackim, czimkienckim, guriewskim, karagandyjskim, kzyłordyjskim i ust'-kamienogorskim stanowili oni większość bezwzględną wśród zatrudnionych, zaś w obwodzie kustanajskim i dżambulskim większość względną. Zatrudnieni w rolnictwie przeważali w obwodach aktiubińskim, kokczetawskim, pietropawłowskim, uralskim i tałdykurgańskim, ale tylko w tym ostatnim stanowili większość absolutną. Jest rzeczą niezwykle interesującą, że w wielu obwodach aż 18-28 % pracowało w rzemiośle. Ewenementem były obwody semipałatyński i pawłodarski, gdzie w tej gałęzi gospodarki było zatrudnionych powyżej czterdziestu procent pracujących. Szczegółowe ustalenia w tym zakresie prezentuje tab.5.

Przedstawione dane z co najmniej trzech powodów należy jednak traktować najwyżej jako przybliżone. Po pierwsze - ZPP nie dysponował informacjami o wszystkich skupiskach ludności polskiej, zwłaszcza w osadach roliczych odleglejszych od centrów obwodowych i rejonowych, a zatem rzeczywisty odsetek zatrudnionych w rolnictwie był zapewne wyższy o kilka punktów. Po drugie - nie są jasne kryteria kwalifikacji do poszczególnych kategorii i gałęzi gospodarki. Po trzecie - istniały stały ruch w zakresie zatrudnienia, a także następowały przesunięcia geograficzne ludności polskiej. Potwierdzenie tych wszystkich trzech czynników znajdujemy porównując różne dane zgromadzone przez ZPP.

Niezależnie od różnic ilościowych występujących w dokumentacji ZPP i orientacyjnego charakteru istniejących ustaleń, pewny wydaje się wniosek, iż w końcowym okresie wojny nastąpiło wyraźne przesunięcie ludności polskiej z rolnictwa do przemysłu. Było to zapewne rezultatem dokonanego w latach 1941-1942 napływu tej ludności do miast, a także rozwojem przemysłu kazachstańskiego. Przykłady węglowego zagłębia karagandyjskiego, wydobycia fosforytów w obwodzie dżambulskim czy rozwoju przemysłu naftowego w obwodzie guriewskim są tego najlepszymi przykładami. Dodać należy, że jako zatrudnionych w przemyśle traktowano także osoby pracujące w kolejnictwie, abyła to stosunkowo liczna grupa Polaków.

Jedną ze znaczących gałęzi zatrudniających ludność polską w tym okresie było górnictwo. Największym skupiskiem Polaków pracujących w kopalniach było zagłębie karagandyjskie.

P.Żaroń, powołując się na "Wolną Polskę" podaje, iż w kopalniach węgla w Kragandzie zatrudnionych było ok. 3 tys. polskich górników. Natomiast zestawienia ZPP, zapewne niekompletne, wskazują, w całym ZSRR w charakterze górników zatrudnionych było 3 957 obywateli polskich, zaś w obwodzie karagandyjskim było ich 372. Jeśli wziąć pod uwagę liczbę ludności polskiej w obwodzie karagandyjskim, wynoszącą wedle źródeł ZPP 2 062 osoby, to dane Żaronia należy odrzucić. Polacy zatrudnieni byli także w kopalniach w okolicach Lengieru. Pracowali na różnych stanowiskach: od robotników niewykwalifikowanych do kierowników służb, pomocników naczelników i głównych mechaników. Poza górnictwem węglowym Polacy zatrudnieni byli w kopalniach rud metali, m.in. miedzi, w okolicach Karagandy i Bałchaszu, przy wydobyciu fosforytów w obwodzie dżambulskim, w kopalniach złota w obwodach akmolińskim (rejon aleksiejewski) i kustanajskim (rejon dżetygaryński), przy wydobyciu ropy naftowej w obwodzie guriewskim.

W kopalniach pracowano na 3 zmiany: od 8 rano do 16, od 16 do 24 i od 24 do 8 z rotacją tygodniową. Taki system nie był jednak jedynym, bowiem inne relacje wskazują na stosowanie np. w kopalni miedzi, zasady: 12 godzin pracy w dzień, 24 godziny wolne, 12 godzin pracy w nocy i 48 godzin wolnych. Gdzie indziej praca trwała do wykonania normy: na ogół 10-12 godzin, a wolny był co 10 dzień. Nierzadko jednak po zakończeniu zmiany górnicy musieli dodatkowo pracować np. przy załadunku węgla na wagony, co wydłużało dniówkę do 11 i więcej godzin. Praca w kopalniach, a zwłaszcza na przodku była bardzo ciężka, w dużej mierze wykonywana ręcznie. Np. w kopalni złota w okolicach Majkianu kilofami rąbano ziemię z rudą i dowożono taczkami do szybu, gdzie wrzucano ją do pojemników.

Górnicy otrzymywali największe w ZSRR przydziały chleba: dla pracującego pod ziemią norma wynosiła 700 g, a przodkowy dostawał nawet 1 kg i do tego obiad: porcję zupy i kaszy z łyżką oleju. Zarobek pieniężny sięgał 360 rb. miesięcznie, z tym wszakże, że połowa zarobku szła na wykupienie kartek i przydziałów. Za wykonanie normy górnik dostawał specjalny obiad, tzn. lepszą zupę i dodatkową łyżkę oleju oraz szklankę mleka. W wypadku przekroczenia normy przysługiwał super specjalny obiad. Gdy górnicy byli zatrudniani dodatkowo przy pracach załadowczych otrzymywali premię w postaci talerza zupy.

Polscy górnicy należeli w dużej części do przodujących robotników. Niektórzy wykonywali 150, 200, a nawet 360 % normy, otrzymywali tytuły stachanowców i wzorowych robotników, premie i podziękowania.

Głównym obiektem komunikacyjnym, na którym zatrudniona była ludność polska była linia kolejowa Akmolińsk-Kartały, gdzie wiosną 1944 r. pracowało ok. 1,6 tys. osób. Później liczba ta wyraźnie spadła i w 1945 r. wynosiła już tylko ok. 700 osób. Opinia władz radzieckich o polskich robotnikach zatrudnionych w kolejnictwie oraz w innych przedsiębiortswach obwodu akmolińskiego była dobra, a niektórzy otrzymywali nawet odznaczenia za wydajną pracę. Warto tu zacytować fragment sprawozdania obwodowej instancji ZPP, wskazujący nie tylko specyficzny sposób traktowania problemu zatrudnienia, ale i realną sytuację: "Jeżeli się weźmie pod uwagę, że Polonia naszego obwodu składa się z elementu, który w większości swojej w Polsce nie pracował (żony wojskowych, policyjne, leśniczych, drobni sklepikarze itp.), że korupcyjna działalność delegatury rozwijała i u nas niechęć do pracy, zasadniczy przełom nastąpił dzięki pracy wychowawczej ZPP, który zlikwidował te nastroje i obecnie element ten można uważać za produktywny i zdolny do zniesienia niewygód związanych z pracą nawet w trudnych warunkach klimatycznych". Ludność polska zatrudniona była także przy robotach kolejowych w obwodzie kustanajskim (w rejonach taranowskim i siemizornym).

Stosunkowo dużo polskich kobiet pracowało w rozmaitych formach przy produkcji tekstylnej. Najczęściej była to praca w różnych spółdzielniach (artelach), częściowo w formie nakładczej. Praca polegała na ręcznym wytwarzaniu swetrów, skarpet, rękawic z owczej wełny, robieniu przędzy i zwijaniu nici. Płace za takie czynności były zróżnicowane, ale na ogół raczej niskie. Np. w artelu w Martuku trzy kobiety zwijając przędzę i robiąc swetry, w miesiącu zarabiały w sumie 250 rb., tj. mniej niż wolnorynkowa cena wiadra ziemniaków. Gdzie indziej na przędzeniu wełny w domu można było zarobić 180-200 rb. Polki pracowały także w spółdzielniach krawieckich. Przynosiło to dochody w granicach 150-250 rb., czasem parę kilogramów prosa miesięcznie. Najistotniejszy był jednak przysługujący z racji zatrudnienia kartkowy przydział chleba: 400-500 g na osobę pracującą i 200-300 g na tzw. wyżywieńca. Najczęściej pracy tego rodzaju towarzyszły również kradzieże surowca, z którego pokątnie robiono swetry, sprzedawane następnie na wolnym rynku lub wymieniane bezpośrednio za żywność. Możliwość kradzieży atrakcyjnych, tj. wymienialnych na żywność towarów była największą zaletą wielu prac, skądinąd słabo opłacanych. Źródłem niezłych dochodów mogła być praca przy produkcji poszukiwanych pimów, bowiem gdy trafiało się terminowe zamówienie, zlecający produkcję skłonny był dostarczać żywność, nawet takie rarytasy jak kaszę, słoninę, mąkę. Polscy robotnicy pracowali także w artelach przetwarzających skóry, produkujących walonki, bieliznę i umundurowanie.

Szczególnie atrakcyjne było zatrudnienie w przemyśle spożywczym. Oczywiście nie z powodu lekkiej pracy, bowiem ta nawet na stanowiskach pracowników umysłowych była ciężka, trwała po kilkanaście godzin dziennie, a często wymagała ponadto wielokilometrowych pieszych wędrówek. Jej zaletą była możliwość uzyskiwania dotakowej żywności czy to w formie jakichś wypisek, czy poprzez kradzież. W rzeźniach kradziono np. tłuszcz barani, w mleczarniach otrzymywano maślankę czy ser, a kradziono masło. Niejednokrotnie decydowało to o możliwości przeżycia.

W niektórych rejonach Kazachstanu, tam gdzie rosły lasy, ludność polska zatrudniona była także w leśnictwie i przemyśle drzewnym. W rejonach Czu i Koktersk obwodu dżambulskiego, gdzie w sumie zatrudnionych miało być ok. 2 tys. osób, aż 50 % z nich pracowało w tej właśnie gałęzi gospodarki. Zarobki w leśnictwie wynosiły tam ok. 150 rb. miesięcznie, podczas gdy wynagrodzenia w przemyśle i rzemiośle sięgały 100-200 rb., a w rolnictwie 250 rb.

Zatrudniano też Polaków na różnego rodzaju budowach, m.in. na tych związanych z uruchamianiem ewakuowanych i tworzeniem nowych zakładów przemysłowych. Budowali Polacy - o czym już wspominano - zakłady związane z wydobyciem fosforytów, systemy nawadniających i przeciwpowodziowe, sztuczne zbiorniki wody elektrownie, infrastrukturę komunikacyjną. Wielu obywateli poslkich spotkać można było na licznych mniejszych i bardzo małych placach budów od łaźni, poprzez szkoły, po elektrownie, rozrzuconych po niemal całej republice. Wykonywali tam najróżniejsze prace, przeważnie jednak najprostsze, a zarazem najgorzej płatne: nosili cegły, deski i kamienie, kopali wykopy, rozładowywali transporty z materiałami budowlanymi, kopali żwir. I na tym odcinku wielu starało się przekroczyć normy. Nie wynikało to z umiłowania współzawodnictwa pracy czy sympatii do systemu, w jakim im przyszło pracować. Powód był tyleż banalny, co zasadniczy: możliwość uzyskania dodatkowej porcji chleba, łyżki kaszy czy talerza wodnistej zupy.

Stosunkowo nieliczna część ludności polskiej była zatrudniona zgodnie z wcześniej posiadanymi kwalifikacjami. Stosunkowo spory odsetek lekarzy znajdował w końcu zatrudnienie odpowiadające wyuczonemu zawodowi. Część nauczycielek od jesieni 1943 r. pracowała w otwieranych pod egidą ZPP placówkach oświatowych i opiekuńczych. Ogółem wg danych ZPP w całym Kazachstanie w 1945 r. na stanowiskach pracowników umysłowych zatrudnionych było wedle różnych zestawień 1 333-3 225 osób. W Ałma-Acie 25 Polaków było lekarzami, inżynierami i prawnikami, niektórym powierzano odpowiedzialne stanowiska kierownicze, co parę lat wcześniej było niewyobrażalne.

Charakter pracy w rolnictwie nie zmienił się w sposób istotny w porównaniu z okresem poprzednim, jakkolwiek pogłębiły się zjawiska negatywne, związane z wyczerpaniem ludzkich i materiałowych zasobów gospodarstw. Obraz pracy w lecie tak zarysowało sprawozdanie komitetu obwodowego ZPP w Aktiubińsku: "[...] ludność polska pracuje w kołchozach i sowchozach, gdzie praca trwa od świtu do zmierzchu, tj. wychodzi się do pracy przed wschodem słońca, gdy się tylko rozpoczyna rozwidniać i praca trwa i po zachodzie słońca dopóki widno, a także w księżycowe noce, kiedy jest widno. Ludzie pracują, odpoczywają, odżywiają się i śpią w polu. Nie ma tam ani ogarniczonych godzin pracy dziennie, ani też dni odpoczynku (Ťwychodnychť). Ludzie pracują w polu w letnie słoneczne, znojne, długie jak nieszczęście dnie, zlani potem, który oczy im wyżera, nieraz tygodniami nie widzą swoich najbliższych, którzy pracują w drugim polu, położonym w innym kierunku, którzy najczęściej myślą tylko o tym, by napić się czystej źródlanej wody, zjeść kawałek chleba z czystej mąki, a nie z chwastów i odpocząć w chłodzie, są apatyczni i obojętni na wszystko inne, co ich otacza". A przecież nie zawsze ciężka praca owocowała choćby skromnym przydziałem żywności. Tragizm sytuacji pogłębiał powtarzający się od 1943 r. nieurodzaj. Jego skutkiem stało się popadanie kołchozów w nędzę. Mimo wypracowania nawet 1,5 tys. dniówek roboczych ludzie nie dostawali ani chleba, ani zboża, ani innych produktów. Szczególnie w obwodzie dżambulskim wiosną 1943 r. położenie ludności polskiej w kołchozach stało się katastrofalne: za wypracowane dniówki nie wydawano już chleba, przerwano zaopatrywanie tzw. wyżywieńców, zmniejszono z 20 do 5 gr od cetnara porcje cukru wydawane dla pracujących przy uprawach buraków. Jednocześnie utrzymywany był przymus pracy. Spowodowało to gwałtowną pauperyzację rodzin polskich i ucieczkę z kołchozów. O ile wiosną 1943 r. w kołchozach rejonu dżambulskiego pracowało 1 550 osób ludności polskiej, to w styczniu 1944 r. pozostało tylko 870 osób. Władze kołchozowe starały się utrudnić odpływ siły roboczej i odmawiały wydawania zaświadczeń o rozliczeniu się z kołchozem, bez czego z kolei nie można było podjąć pracy gdzie indziej. W rejonie Czu obwodu dżambulskiego sytuacja była lepsza. Pracownicy kołchozów nie zostali wprawdzie rozliczeni za lata 1942 i 1943, ale przynajmniej latem otrzymywali po 500 g pszenicy, kukurydzy lub prosa. Nierozliczanie ludności polskiej z dniówek obrachunkowych przepracowanych w poszczególnych latach było zjawiskiem nagminnym. Także w obwodzie kustanajskim jeszcze w lutym 1944 r. Polacy, w większości pracujący w kołchozach i sowchozach, nie byli rozliczeni za rok 1943. Natomiast zjawisko niewydawania lub nieregularnego wydawania przydziałów żywności utrzymywało się także w drugiej połowie 1944 r. i w 1945 r. Np. w rejonie dżuruńskim przez 6-9 miesięcy pod koniec 1944 r i na początku 1945 r. nie wypłacano zarobków, a tzw. "pajok" żywnościowy (w postaci prosa) wydawany był bardzo nieregularnie. Podobna sytuacja w końcu 1945 r. i na początku 1946 r. istniała w rejonie pawłodarskim: przez 6 miesięcy tamtejszy sowchoz nie wypłacał wynagrodzenia, a przydziałowa norma chleba wydawana była nieregularnie.

ZPP pomagał w umieszczeniu polskich rodzin w miastach oraz w lokowaniu ich w gospodarstwach pomocniczych przedsiębiorstw przemysłowych i innych instytucji miejskich, gdzie istniała możliwość otrzymania ogrodu i gdzie był chleb. Zarobki nie były tam wysokie i często tylko w 50 % pokrywały koszty utrzymania, ale właśnie przydziały chleba oraz dostęp do warzyw stwarzały korzystniejsze warunki przetrwania. Jak wyglądała praca w takim gospodarstwie wskazuje przykład 14-letniego chłopca zatrudnionego w gospodarstwie pomocniczym kopalni w okolicach Lengieru. Wstawać musiał o 5 rano, by odbyć 3 km wędrówkę do miejsca pracy i dotrzeć tam na godz. 7. Praca trwała do 12, a następnie od 15 do 20. Dostawał za to 500 g chleba oraz zupę rano i w południe. Pracował przy kopaniu rowów nawadniających i przy uprawach ryżu. Z uwagi na odległość do domu częstokroć nocował w polu. Pełnił też funkcję nocnego stróża, co było nie tylko uciążliwe, ale i niebezpieczne, bowiem groziło pobiciem przez zorganizowane grupy złodziei kradnących z pól warzywa i kukurydzę. Musiał zacierać ślady po złodziejach, sam zresztą również kradł kukurydzę, którą potem mielono na kamieniach i po zmieszaniu z lebiodą lub pokrzywą pieczono jako placki. Na wsi szukano też możliwości pracy w przedsiębiorstwach przetwórczych i usługowych, gwarantujących wydawanie pożywienia, np. w mleczarniach czy stacjach maszynowych. O możliwości przeniesienia się tam z gospodarstw rolnych decydowała czasem życzliwość kierowników instytucji, w których Polacy chcieli podjąć pracę, bowiem władze kołchozowe niechętnie pozbywały się darmowej siły roboczej.

W tragicznej sytuacji żywnościowej ludność polska chwytała się w kołchozach wszelkich zajęć dających jakiekolwiek jedzenie. Jednym z nich było zwalczanie susłów stanowiących wielkie zagrożenie dla upraw. Szczególnie wiele dzieci podejmowało tego rodzaju zajęcie, zaliczając kolejne dniówki robocze w zależności od liczby dostarczonych skórek gryzoni. Wiele rodzin żywiło się przy tym mięsem złowionych susłów. Jeszcze intratniejszym zajęciem było polowanie, o ile tylko Polacy dysponowali odpowiednim sprzętem. Np. za upolowanie dwóch gronostajów można było dostać nawet dwa pudy mąki, materiał na spodnie i rubaszkę oraz cztery paczki herbaty.

Odrębnym problemem było wykorzystywanie siły roboczej polskich zesłańców w ramach tzw. armii pracy. Jest to zagadnienie wyjątkowo słabo zbadane, a zasługujące na odrębne opracowanie monograficzne, tak samo zresztą jak praca Polaków w obozach radzieckich (łagrach). Trudność polega jednak na braku odpowiednich materiałów źródłowych. Sprawa powoływania obywateli polskich do armii pracy pojawiła się już we wrześniu 1941 r. i to właśnie w Kazachstanie, choć początkowo dotyczyła tylko reprezentantów mniejszości narodowych. Na tym tle doszło między ambasadą polską a władzami radzieckimi do ostrego sporu, który wpisywał się w szerszy konflikt związany z uznawaniem obywatelstwa polskiego osób innych narodowości niż polska. W 1942 r., w kontekście stałego pogarszania się stosunków polsko-radzieckich, w coraz większej liczbie przypadków do tzw. trudarmii władze radzieckie mobilizowały także Polaków. Częściowo udawało się jeszcze wtedy uchylać te decyzje. Czynniki lokalne w poszczególnych obwodach w sposób niekonsekwentny stosowały zresztą przepisy o mobilizacji do pracy: w jednych rygorystycznie rozciągano je na całą ludność, również cudzoziemską, w innych ograniczano się tylko do obywateli ZSRR. W wypadku odmowy przyjęcia powołania - uzasadnianej polskim obywatelstwem - grożono uwięzieniem. W takich okolicznościach Polacy próbowali ucieczek z miejsca zamieszkania, ale to uniemożliwiało zameldowania gdzie indziej, a co za tym idzie i znalezienia pracy.

Sprawę tę wielokrotnie podejmowali przedstawiciele ambasady polskiej w rozmowach z Ludowym Komisariatem Spraw Zagranicznych, wskazując na bezprawność stosowania przymusu pracy wobec obywateli polskich. Równocześnie jednak strona polska deklarowała zrozumienie dla trudnej sytuacji państwa radzieckiego. W oświadczeniu złożonym w trakcie jednej z rozmów w grudniu 1942 r. stwierdzono: "Jednakże ambasada tym formalnym stanowiskiem nie wyczerpuje swego zainteresowania sprawą nieodzowności wspólnej pracy polskich obywateli w czasie wojny ze wspólnym wrogiem. W tej myśli Ambasada nie ustaje w wezwaniach swych obywateli do jak najbardziej wydajnej pracy. Ambasada gotowa jest do współdziałania zawsze, ilekroć powstaje konieczność wyzyskania wszystkich sił dla wypełnienia takiego czy innego planu pracy. W tych wypadkach, właśnie dla osiągnięcia postawionego celu, jest rzeczą konieczną uzgodnienie z Ambasadą werbowania do prac specjalnych obywateli polskich, z uwagi na szczególne ich warunki życia. Terminowe i przymusowe ściąganie do pracy ludzi bez odpowiedniego ubrania i ludzi bosych w czasie surowej zimy jest posunięciem najzupełniej niecelowym. Natomiast, w razie uzgadniania zawczasu z Ambasadą, która przy realizacji swego planu pomocy w naturze mogłaby właściwie zaopatrzyć te grupy swych obywateli, można by osiągnąć znacznie lepsze dla samej sprawy wyniki. Niezależnie od stanowiska formalno-prawnego jest rzeczą najzupełniej niecelową mobilizowanie inteligencji do pracy w lesie czy w kopalniach, jest niecelowym eksperymentem w stosowaniu przymusowej najcięższej pracy fizycznej wobec ludzi wycieńczonych, że nawet do lżejszej nie są całkiem zdolni". Równocześnie informowano Ludowy Komisariat Spraw Zagranicznych ZSRR o meldunkach napływających m.in. z obwodów aktiubińskiego i akmolińskiego o konfliktach na tym tle i o stosowaniu masowym ferowaniu przez tamtejsze władze wyroków od 5 miesięcy do 5-6 lat pozbawienia wolności wobec Polaków odmawiających służby w armii pracy. Odpowiedzią było początkowo dość oględnie, a na początku 1943 r. już kategorycznie formułowane twierdzenie, iż przepisy o mobilizacji dotyczą - wbrew opinii polskiej ambasady - całej ludności, w tym i Polaków.

Tymczasem warunki zatrudnienia i wyżywienie w armii pracy były na ogół tragiczne, sama zaś praca często katorżnicza. Zmobilizowanych kierowano na najtrudniejsze odcinki: do budowy kopalń i wydobycia surowców mineralnych (węgla, ropy naftowej), do budowy zakładów przemysłowych i pracy w tychże przedsiębiorstwach, a także do pracy na roli. Wprawdzie zdarzały się także wypadki zatrudniania na stanowiskach pracowników umysłowych i niezłego zaopatrywania, ale wydaje się, iż należały one do rzadkości. Po zerwaniu stosunków polsko-radzieckich obywateli polskich, uznanych teraz już za obywateli radzieckich objęto mobilizacją na ogólnych zasadach. W niektórych obwodach znaczna część Polaków, a nawet większość, jak np. w Ałma-Acie czy w obwodzie guriewskim, była zatrudniona właśnie w ramach armii pracy.

Polscy zesłańcy, obok przedstawicieli deportowanych w różnym czasie do Kazachstanu innych grup narodowościowych, wnieśli pokaźny, choć przecież niedobrowolny wkład w rozwój gospodarczy tej republiki, a tym samym i całego ZSRR i to w szczególnie dramatycznym okresie jego historii. Obok wszystkich innych aspektów zesłania, ekonomiczny był w sumie nie najmniej ważny. Wiele potu, zdrowia, upokorzeń i wręcz upodlenia, wiele wartości najwyższej - ludzkich istnień, było ceną, jaką przyszło zapłacić polskim obywatelom za politykę władz radzieckich.

Polscy zesłańcy, obok przedstawicieli deportowanych w różnym czasie do Kazachstanu innych grup narodowościowych, wnieśli pokaźny, choć przecież niedobrowolny wkład w rozwój gospodarczy tej republiki, a tym samym i całego ZSRR i to w szczególnie dramatycznym okresie jego historii. Obok wszystkich innych aspektów zesłania, ekonomiczny był w sumie nie najmniej ważny. Wiele potu, zdrowia, upokorzeń i wręcz upodlenia, wiele wartości najwyższej - ludzkich istnień, było ceną, jaką przyszło zapłacić polskim obywatelom za politykę władz radzieckich.

Polscy zesłańcy, obok przedstawicieli deportowanych w różnym czasie do Kazachstanu innych grup narodowościowych, wnieśli pokaźny, choć przecież niedobrowolny wkład w rozwój gospodarczy tej republiki, a tym samym i całego ZSRR i to w szczególnie dramatycznym okresie jego historii. Obok wszystkich innych aspektów zesłania, ekonomiczny był w sumie nie najmniej ważny. Wiele potu, zdrowia, upokorzeń i wręcz upodlenia, wiele wartości najwyższej - ludzkich istnień, było ceną, jaką przyszło zapłacić polskim obywatelom za politykę władz radzieckich.




Strona główna

Mapa strony

Moje publikacje