Strona główna

Mapa strony

Moje publikacje






POLACY W KAZACHSTANIE
1940-1946

Deportacje 1940-1941

Liczba deportowanych

Status deportowanych

Warunki egzystencji

Wyżywienie

Mieszkanie

Odzież i obuwie

Praca

Stan zdrowia

Pomoc i samopomoc

Otoczenia a Polacy

Postawy i nastroje

Życie religijne

Nastroje zesłanych


Na stronie

Historia Rosji i ZSRR

Konflikt rosyjsko-czeczeński

System represji w ZSRR

Historia GUŁagu

Masowe deportacje w ZSRR

Deportacje Polaków do ZSRR

Polacy w Kazachstanie

Wschodnie losy Polaków

Kresy Wschodnie

Przesiedlenia Polaków z ZSRR

Dzieje myśli politycznej

Z najnowszych dziejów Polski

Z dziejów Wrocławia




Warunki mieszkaniowe

Mieszkanie było z pewnością jednym z ważnych czynników określających położenie ludności polskiej na kazachstańskim zesłaniu. Oczywiście, zasadnicze znaczenie miał sam dach nad głową, miejsce noclegu i przygotowania posiłku. Ale niezmiernie ważne były też inne funkcje mieszkania i zakres ich realizacji. W warunkach oderwania od stron ojczystych, od rodzinnej osady i środowiska, w którym się wcześniej żyło, mieszkanie nabierało większego niż zwykle znaczenia jako miejsce schronienia przed obcym, często przecież wrogim światem zewnętrznym, jako ów bezpieczny port dający pewną izolację, poczucie oderwania od opresyjnej rzeczywistości poza jego ścianami. W pewnym sensie miało też pełnić rolę namiastki Polski. Problem wszelako tkwił w tym, iż funkcje owe mieszkanie zesłańców pełnić mogło stosunkowo rzadko i w ograniczonym stopniu. Tylko niewielka część deportowanych do Kazachstanu uzyskała mieszkania samodzielne, zapewniające w tych trudnych warunkach minimum intymności i poczucia bezpieczeństwa. Większość skazana była na koegzystencję z innymi rodzinami, z miejscową ludnością różnych nacji, często przy tym w warunkach potwornego zagęszczenia.

Raport NKWD Kazaskiej SRR z października 1940 r., oceniając sytuację bytową zesłańców, stwierdzał wprost: "Żadnych specjalnych pomieszczeń dla rozmieszczenia specjalnych przesiedleńców nie budowano. Dlatego na obwodowe i rejonowe organizacje nałożone zostało zadanie rozmieszczenia ich w istniejących pomieszczeniach sowchozów i kołchozów". Dalej zaś oceniano, że "warunki mieszkaniowe zesłanych nie odpowiadają minimalnym wymogom dla podtrzymania normalnego życia. Większość z nich rozmieszczono w pomieszczeniach niemieszkalnych (oborach, sarajach, łaźniach itp.) bez okien, drzwi, a także pieców".

Spiecpieriesielency wywiezieni w lutym 1940 r. byli na ogół kwaterowani zbiorowo w różnego rodzaju barakach, ziemiankach itp. Ich stan i standard były bardzo różne. Bywały pomieszczenia niedogrzane, bez ubikacji i wody, rzadziej trafiano do lokali nieźle przygotowanych, czystych i ciepłych. Pomieszczenia barakowe to najczęściej duże sale z piętrowymi pryczami, gdzie rodzinie wyznaczano określoną, najczęściej zbyt małą przestrzeń. Niewielu szczęśliwców trafiało do mniejszych pokoi, w których zresztą panował taki sam ścisk, jak w wielkich halach: np. na powierzchni 10 m2 musiało się gnieździć 11 osób. Szczególnym przykładem bardzo złych warunków mieszkaniowych było zakwaterowanie polskich zesłańców w kombinacie "Majkainzołoto" w obwodzie pawłodarskim. Przez wiele miesięcy dyrekcja kombinatu nie podjęła właściwie żadnych działań mających na celu stworzenie robotnikom-zesłańcom w miarę normalnych warunków bytowych. Co więcej - wykazywano całkowity brak zainteresowania problemem, uznając, że powinien zostać rozwiązany przez NKWD. Jeszcze w końcu sierpnia połowa zesłańców zatrudnionych w "Majkainzołoto" mieszkała w pomieszczeniach do tego celu nie przystosowanych, dysponując przy tym powierzchnią 1,8 m2 na osobę, a część osób zakwaterowano po prostu w namiotach. W takichże namiotach z brezentu i dykty mieszkali budowniczowie Centralnej Stacji Elektrycznej w okolicach Majkainu. Wysadzeni po prostu na stepie, sami musieli wznieść owe prowizoryczne siedziby, na które skazani byli aż do jesieni. Wtedy, już po pierwszych opadach śniegu, za pomocą materiałów wybuchowych zrobiono w ziemi wielkie doły - po 100 m długości i kilkanaście szerokości, wzdłuż ich brzegów postawiono ściany z samanów i utworzone w ten sposób ziemianki pokryto stropem z desek i przysypano ziemią. Wzdłuż ścian stały prycze z nieheblowanych desek i to było całe umeblowanie, a wyposażenia dopełniały żelazne piecyki, w niewielkim stopniu ogrzewające wnętrze przy kilkudziesięciostopniowych mrozach. W podobnych namiotach kwaterowała część budowniczych linii kolejowej Akmolińsk-Kartały. Tak wspominał to jeden z nich: "Budowniczowie mieszkali w namiotach, kolejowych wagonach towarowych lub w ziemiankach. Najznośniejsze warunki mieszkaniowe były w ziemiankach. W wagonach i namiotach w lecie było bardzo gorąco i duszno, zimą zaś przeraźliwie zimno. Mieszkałem w namiocie wraz z dziewiętnastoma Polakami. Namiot wyposażony był w drewnianą podłogę, dwa żelazne piecyki węglowe, drewniane drzwi i sześć małych okien. Spaliśmy na drewnianych pryczach. Latem w namiotach - jak wspomniałem - było gorąco i duszno, gryzły nas komary i pchły, zimą zaś - mimo dwóch żelaznych pieców, w których palono bez przerwy - w namiocie ciepło było tylko przy piecu, a sufit pokryty był warstwą szronu. Spałem wtedy w ubraniu i czapce uszance, a mimo to nieraz marzłem". Ziemianki dla robotników kolejowych posiadały duże rozmiary i kwaterowano w nich po kilkadziesiąt osób w izbie, nie było więc mowy o jakiejkolwiek intymności i poczuciu domowej prywatności.

Wyposażenie takich pomieszczeń było właściwie żadne. Poza pryczami i piecykami (najczęściej dwa na przeciwległych końcach sali) trafiały się jakieś najprostsze stoły i ławki, a czasem nie było i tego. Dopiero sami zesłańcy własnym przemysłem konstruowali najpotrzebniejsze sprzęty. Jeśli było to tylko możliwe i uzyskano zgodę stosownych władz, poszczególne rodziny szukały zatem innych kwater, nawet jeśli były to zrujnowane ziemianki. Po naprawieniu i minimalnym wyposażeniu dawały jednak przynajmniej pewne poczucie bycia "u siebie".

Ze wspomnień kwietniowych zesłańców wyłaniają się jakby dwa modele postępowania z nimi w momencie dowiezienia do miejsca osiedlenia. Bardzo często, zwłaszcza w kołchozach, zdarzało się, że wyładowywano ich wraz z dobytkiem i pozostawiano samym sobie na środku drogi czy placu. Bywało, że zesłańcy i 3-4 dni koczowali na śniegu nim w zamian za garderobę trafiano do serc miejscowych ludzi, uprzednio najczęściej wrogo usposobionych przez władze do przybyszów z Polski. Musieli zatem zesłańcy samodzielnie u tubylców znaleźć mieszkanie, przeważnie za opłatą. Opłaty "czynszowe" były zróżnicowane. Za mieszkanie "przy gospodarzu" trzeba było płacić 10-35 rb., ale czasem i 50, a nawet 100 rb. miesięcznie. Często jednak nie chciano przyjmować zapłaty w gotówce, a wyłącznie w naturze - w postaci odzieży, bielizny pościelowej, artykułów codziennego użytku i drobnego sprzętu przywiezionego z Polsk. Kłopot polegał na tym, że zesłańcy nie mieli tych dóbr zbyt wiele. Dodatkowych świadczeń wymagało nierzadko korzystanie z domowego wyposażenia: pieca, garnków itp. Gospodarze wprawdzie użyczali ich Polakom, ale oczekiwali za to czegoś w zamian. Inną formą opłaty za kwaterę u kołchoźników była praca na ich działkach przyzagrodowych i wypasanie bydła pozostającego w indywidualnym władaniu gospodarzy. Zdarzało się przy tym, że gdy gospodarze zorientowali się, iż zesłańcom kończą się rzeczy, którymi płacili za podnajmowanie kwatery, nieoczekiwanie i zarazem bezwzględnie usuwali Polaków ze swych domów. Do tego rodzaju działań zachęcała nawet administracja rejonowa. Na przykład w rejonie ciurupińskim w lipcu 1940 r. wydane zostało zarządzenie nakładające podatki na kołchoźników wynajmujących mieszkania zesłańcom. W rejonie ordżonikidzkim tamtejszy sekretarz komitetu rejonowego KP(b) Kazachstanu jeszcze w maju 1940 r. zalecał przewodniczącym kołchozów, by doprowadzili do usunięcia Polaków z mieszkań kołchoźników i nie udzielali im pomocy. W końcu sierpnia 1940 r. naczelnik oddziału przesiedleńczego rady obwodowej w Semipałatyńsku zarządził wysiedlenie zesłańców z mieszkań znajdujących się w pustych wcześniej budynkach kołchozowych. Tego rodzaju decyzje i w podobnym duchu utrzymane wypowiedzi funkcjonariuszy partyjnych i państwowych stanowiły bodziec dla aktywu kołchozowego i sowchozowego do lekceważenia problemów mieszkaniowych zesłańców z Polski, jeśli już nie do celowych działań pogarszających ich sytuację.

Czasem udawało się kupić lub wydzierżawić jakąś niepotrzebną czy nieużywaną ziemiankę lub inne pomieszczenie. Ceny w tym wypadku były zróżnicowane. Np. kupno na własność ciepłej ziemianki, dobrej na zimę, kosztowało 400 rb., co było dla zesłańców sumą bardzo znaczną. I w tych wypadkach rzadziej jednak dokonywano transakcji za gotówkę, częściej za atrakcyjne dla miejscowych towary. Uzyskiwane w ten sposób kwatery najczęściej trzeba było remontować i wyposażać. Negatywną stroną zamieszkania w oddzielnej ziemiance czy lepiance była konieczność gromadzenia lub kupowania dużo większych ilości opału, a to wymagało bądź zwiększonego wysiłku, bądź sporych nakładów, bowiem opał, a zwłaszcza kiziak, był towarem drogim. W wypadku wynajęcia od miejscowych jakiegoś chwilowo nie zamieszkiwanego domostwa należało się liczyć z nieoczekiwanym zerwaniem umowy przez właścicieli. Czasem było to podyktowane zmianą ich sytuacji rodzinnej. Miały jednak miejsce i wypadki nieuczciwego wykorzystania zesłańców, którzy własnym sumptem doprowadzali zaniedbane czy wręcz zrujnowane domostwo do przyzwoitego stanu i wtedy zmuszani byli do jego opuszczenia.

Ludzie nie dysponujący odpowiednimi dobrami, słabego zdrowia, nie nadający się do pracy mieli najpoważniejsze kłopoty ze znalezieniem mieszkania, zwłaszcza lepszego. Rodzinom licznym, obarczonym małymi dziećmi, było trudniej znaleźć kwaterę również i dlatego, że mieszkania miejscowej ludności były na ogół małe, składały się przeważnie tylko z 1-2 izb. Odnotowane zostały przypadki tak drastyczne, jak np. w jednym z kołchozów, gdzie nikt nie przyjął rodziny składającej się z matki z 13 małoletnimi dziećmi i pozostała ona "na ulicy" w dosłownym sensie tego stwierdzenia. Często dopiero pod wyraźnym przymusem ze strony władz gospodarze, zwłaszcza Kazachowie, przyjmowali takich zesłańców.

Znacznie droższe było wynajmowanie mieszkań w miastach. W Pawłodarze w marcu 1941 r. za prawo zamieszkania w jednym pokoju trzeba było płacić 80 rb. miesięcznie, a dalsze niebagatelne dla zesłańców koszty pociągał za sobą zakup opału. Co więcej - wstępnie uzgodnione warunki podnajmu często gospodarze usiłowali później zmieniać, stawiając żądania niemożliwe do przyjęcia.

Drugi model postępowania, występował przeważnie w sowchozach, ale często także w kołchozach. Polegał on na umieszczeniu zesłańców w jakimś pomieszczeniu pozostającym w dyspozycji przedsiębiorstwa rolnego lub na administracyjnym przydzieleniu ich na kwaterę do miejscowych rodzin. W tym pierwszym wypadku rodziny polskie trafiały do rozmaitych szop, stajni i obór czasowo wolnych w związku z wypasem bydła, bądź od dawna nie używanych, często nie oczyszczonych z nawozu. Przydzielano zesłańcom opuszczone i rozpadające się ziemianki lub domy chwilowo niezamieszkane (np. w związku z wyruszeniem miejscowych rodzin na letnie wypasy w step). Oto nie najbardziej drastyczny opis takiej sytuacji: "Podjeżdżamy pod przydzieloną nam lepiankę wykopaną w ziemi, ściany 1,5 metra nad ziemią - jedna izba, szyby w oknach częściowo wybite, drzwi spróchniałe, dach pokryty gałęziami i oblepiony gliną - ruina, po wejściu do środka oblazły nas pchły. Wiele trudu i pracy kosztowało nas, żeby można było zamieszkać". Zdarzało się, że w pustej izbie o powierzchni kilkunastu metrów kwadratowych, bez drzwi i okien, z rozbitym paleniskiem, umieszczano nawet po kilka rodzin, liczących razem kilkanaście osób. W pawłodarskim sowchozie hodowlanym zesłańców zakwaterowano po 5-6 rodzin w jednej izbie, a 150 osób umieszczono nie w izbach mieszkalnych, lecz w stajni. W sowchozie "Proletariat" w rejonie kluczewskim (obwód aktiubiński) 8 rodzin otrzymało do zamieszkania niedokończone pomieszczenia pozbawione drzwi, pieców, a nawet sufitów. W sowchozie im. Lenina w rejonie nowoszulbińskim 23 rodziny ulokowano w niewielkim domku w taki sposób, że w jednej izbie o powierzchni 16 m2 zamieszkało 5 rodzin, a w innej o powierzchni 25 m2 zakwaterowano 11 rodzin. W podobnych warunkach znalazło się kilka rodzin w kołchozie "17 lat Października" w tymże rejonie. W rejonie czarskim (obwód semipałatyński) 60 rodzin umieszczono w cielętnikach i barakach polowych, służących jako kwatera dla brygad w czasie robót letnich. W rejonie karabałyckim (obwód kustanajski) w jednym z sowchozów 50 osób zakwaterowano w łaźni, a 70 dalszych w innych pomieszczeniach nie przystosowanych do zamieszkania. Podobnych przykładów - ilustrujących tylko, a nie wyliczających wszystkie przypadki zakwaterowania zesłańców w pomieszczeniach absolutnie do tego nie nadających się - nawet urzędowe raporty NKWD wykazywały bardzo wiele. W innym miejscu zesłańców zakwaterowano w pustych, dwuizbowych chatkach, po dwadzieścia dwie osoby w jednej. Jeszcze gdzie indziej lokowano polskie rodziny po kilka w jednej ziemiance kazaskiej, przerażającej ciasnotą, brudem, brakiem jakiegokolwiek wyposażenia. Wyrazem życzliwości dla zesłańców było skierowanie ich do lepiej utrzymanych pomieszczenia zajmowanych przez Ukraińców.

Gdy zesłańcy trafiali do bogatego, rozwiniętego już kołchozu zamieszkanego przez Rosjan czy Ukraińców, mieli szanse na lepsze warunki mieszkaniowe: miejscem zakwaterowania mogła być nawet drewniana chata z oddzielną kuchnią i pokojem, czasem z drewnianą podłogą. Zwłaszcza opinie o mieszkaniach Ukraińców są w relacjach na ogół pozytywne, wskazujące na utrzymywanie w nich czystości, na obecność skromnego, ale porządnego wyposażenia. Gorzej było w kołchozach czy sowchozach młodych, zamieszkałych przez niedawno tu zesłaną ludność. Tam domy były prymitywniejsze i gorzej wyposażone: najczęściej lepianki z darni lub samanu.

Najgorzej jednak było w kołchozach kazaskich, na ogół biednych i zaniedbanych. Tam dominowały ziemianki. "Nędza, zaniedbanie, brud, szarzyzna. Na dużej przestrzeni chaotycznie porozrzucane lepianki z kirpicza, miejscowej niewypalanej cegły. Pomiędzy tymi ziemiankami, kilkanaście także bezładnie pobudowanych, długich, wielkich baraków - to niby-urzędy, szkoła, stołówka, ławka (niby-sklep). Wszystko prowizoryczne, nie wykończone albo właśnie wykańczające się - rozpadające, rozklejające się z powrotem w glinę" - taki przygnębiający, jeśli nie przerażający obraz ukazywał się przed oczami nieszczęsnych zesłańców. W innej relacji czytamy: "Budynki małe - lepianki, wilgotne, brudne (auły kazaskie) bez podłóg - rodziny polskie mieściły się po kilka w jednym pokoiku lub kuchni - same czy też z tubylcami, a z braku mieszkań w tzw. Ťprigonachť - dobudówka przy lepiance dla owiec lub krów, w których gnój od kilku lat nie był ruszany, a zasłany sianem lub trzciną służył na legowisko dla Polaków". Jeszcze kto inny zaś wspominał: "Nas z grupą około 50 Polaków zawieziono do kołchozu im. Budionnego, oddalonego o 100 km od Dżurunia. Dookoła rozciągał się wyschnięty step. Wyładowano nas przed dużą stajnią po owcach, tzw. "seraj" i tu kazali nam zamieszkać. Ta stajnia była okropnie brudna, pełna nawozu i różnego robactwa, a pluskiew cała warstwa na ścianach. Staliśmy przerażeni i nikt nie miał odwagi wejść do środka. Tymczasem zebrała się koło nas grupka ludzi z przewodniczącym kołchozu i radzili, jak nam przyjść z pomocą. To byli dobrzy ludzie - pierwszy jasny promyk w mrokach naszej niedoli. Uradzili, by rozlokować nas w lepiankach opustoszałych po Kazakach, którzy wywędrowali ze swoją trzodą w stepy. [...] Nasza lepianka była mała, zaniedbana, straszliwie brudna, o dwóch okienkach wmurowanych - jeśli się tak wyrazić można - bez możności ich otwarcia. [...] Umeblowania nie było żadnego. Za posłanie służył nam rozesłany na klepisku chwast rosnący kępkami obficie na stepie [...] piołun". Na budowach linii kolejowych kwaterowano Polaków przeważnie w odrębnych barakach lub po prostu w wagonach.

Częstokroć przydzieleniu tymczasowej kwatery towarzyszyły zapowiedzi, że w ciągu najbliższych tygodni mają sobie wybudować domy, na co materiał dostarczą władze, odciągając wszakże jego wartość od zarobków. Praca przy budowie domu była oczywiście bezpłatna.

Wiele zależało zatem od tego, gdzie, w jakich warunkach i na jakich zasadach zamieszkiwała dana rodzina zesłańcza.

Budynki mieszkalne i inwentarskie w większości budowano z darniny albo z gliny zmieszanej ze słomą. W pierwszym wypadku budulcem były prostokątne kawałki darniny, z których, jak z wielkich cegieł budowano ściany, układając po prostu je jeden na drugim, po czym "tynkowano" je wewnętrznie i zewnętrznie gliną zmieszaną z nawozem. Z cennego drewna, a czasem po prostu z gałęzi lub z wikliny, tworzono tylko konstrukcję dachu, pokrywając ją również płatami darniny, przysypywanymi słomą, liśćmi, nawozem i ziemią. Tam, gdzie było wystarczająco dużo gliny, budowano nieco lepsze domy z bloków uformowanych z gliny z zmieszanej ze słomą (czasem z dodatkiem nawozu) i następnie wysuszonych na słońcu. Bloki te miały różne wymiary i kształty, najczęściej w przybliżeniu 25x25x50 cm. Z takiej "cegły" ustawiano ściany, wiążąc je żerdziami i faszyną, a następnie oblepiano z dwu stron gliną. Podłogę najczęściej stanowiło klepisko, przecierane gliną z domieszką krowiego nawozu, aby uniknąć stałego kurzenia się. Jeśli dysponowano odpowiednią ilością drewna, wówczas konstrukcja dachu wykonywana była z belek bądź żerdzi drewnianych, w wielu wypadkach musiała jednak starczyć gruba łoza, oblepiona dwustronnie grubą warstwą gliny, często zmieszanej z nawozem, a wszystko to przysypywano ziemią.

Istniały dwa rodzaje domów stawianych z takiego budulca. Pierwszy to ziemianki, a właściwie półziemianki, budowane we wgłębieniu o głębokości mniej więcej jednego metra i wystające na powierzchnię na wysokość niewiele większą niż owo wgłębienie. W taki sposób budowano przede wszystkim domy z darniny. Budynki wznoszone z samanów częściej stawiano bezpośrednio na ziemi. W półziemiankach były zwykle 2-3 niewielkie okna, umieszczone tuż nad ziemią i w zimie zasypywane śniegiem. W budynkach wznoszonych z samanów i zlokalizowanych na powierzchni ziemi okna były przeważnie nieco większe i na większej wysokości. W obu wypadkach były one na ogół mocowane w obramowaniach na stałe i nie otwierały się, a jedynym otworem wentylacyjnym były drzwi.

Budynki drewniane zdarzały się rzadko z uwagi na deficytowy charakter tego materiału na większości obszaru Kazachstanu. Można je było spotkać raczej na północy i w kołchozach zamieszkałych przez dawnych zesłańców: Rosjan i Ukraińców. Drewniane domy mieszkalne miały w dużym stopniu jeszcze przedrewolucyjny rodowód. Wśród takich zdarzały się nawet kryte blachą, natomiast z drugiej strony były drewniane domy kryte darniną. W kołchozach i sowchozach nowszych, a zwłaszcza w kołchozach kazaskich, z drewna wznoszono najwyżej budynki administracyjne, czasem domy funkcjonariuszy kołchozowych i państwowych.

Domy otoczone były często tzw. prigonami, tj. czymś na kształt sieni otaczającej budynek na ok. 1/2-2/3 jego obwodu. Budowano je w ten sposób, iż w odległości paru metrów od ściany wbijano drewniane kołki o wysokości ścian lub nieco krótsze i przeplatano je łozą lub trzciną, tworząc ściany jak w koszu wiklinowym. Następnie tę konstrukcję "tynkowano" gliną i przykrywano prymitywnym dachem ze słomy, siana czy darni. W ten sposób powstawało pomieszczenie spełniające funkcje stajni, obory, chlewu i kurnika, a także magazynu, jednocześnie ocieplające właściwy budynek mieszkalny. Jeśli dom nie posiadał klasycznego prigonu, to funkcje sieni i obory-chlewu spełniały różne dobudówki. Zdarzało się, iż w prigonie czy przybudówce znajdowała się studnia. Często jednak w całej osadzie było tylko parę studzien, co wymagało odbywania nieraz długich wędrówek po wodę. W niejednej osadzie nie było w ogóle studni i wodę czerpano z rzeczek lub jeziorek, co zwłaszcza zimą było niezwykle uciążliwe.

Te ziemianki i lepianki najczęściej miały tylko jedną, najwyżej dwie izby. W domach rosyjskich i ukraińskich lub wzorowanych na nich centralnym obiektem była tzw. ruskaja pieczka - piec służący nie tylko do gotowania, pieczenia i ogrzewania, ale dzięki obszernemu zapieckowi także do spania. Jeśli nie rozpalano ognia w palenisku takiego pieca czy to z powodu temperatury czy z braku opału, gotować można było na trójnogu ustawianym przy wylocie do komina. Izba miała najczęściej powierzchnię kilkunastu metrów kwadratowych. W domach kazaskich piec, stanowiący tak ważny składnik wyposażenia mieszkania, miał inny charakter: był to na ogół nieduży trzon kuchenny, w który na stałe wbudowany był kociołek do gotowania potraw. Można było natomiast spotkać tam drewniane podwyższenie zajmujące znaczną część izby, na którym rozściełano dywany i które stanowiło miejsce spożywania posiłków i wypoczynku.

W zdecydowanej większości domów wiejskich, nawet w wielu budynkach drewnianych, podłogę stanowiło klepisko. Wymagało ono starannych i częstych zabiegów konserwacyjnych, o ile miało w miarę dobrze spełniać swe funkcje i zapewniać minimum higieny. Oto jak owe zabiegi zostały opisane w jednej z relacji: "Osobny rozdział stanowi podłoga czyli klepisko, które musi być conajmniej raz w tygodniu mazane Ťpastąť sporządzoną z 1/3 gliny i 2/3 łajna krowiego. Należy wybrać łajno o ładnym kolorze, by podłoga była jasno-beżowa. Mazanie takie tworzy na klepisku jak gdyby warstwę linoleum, którą skropiwszy wodą można zamiatać miotełką ze słomy prosa i nie kurzy się".

Jeśli Polacy uzyskiwali taki dom wyłącznie dla siebie, zwykle musieli dokonywać jego remontu, a najtrudniejszym przedsięwzięciem było umiejętne postawienie pieca. Warto przytoczyć barwny opis przysposobienia na pomieszczenie mieszkalne pozostającego w stanie półruiny opuszczonego chlewika: "Brak dachu, a ściany zamoknięte, z gliny, walą się. Całą rodziną oglądaliśmy chlew dookoła i postanowiliśmy w ciągu lata zrobić z niego izbę mieszkalną. W pierwszym rzędzie trzeba było nakryć budynek. Przy pomocy innych Polaków Kazik i tato zbudowali lekko skośne wiązanie dachu. Dachy kryło się darnią, którą kopało się na stepie, gdzie ziemia od dawna nie była ruszana. Wyszliśmy wszyscy w step i nacięliśmy darni w kształcie okrągłych talerzy. Tymi płastami, tak nazywano tę darń, pokryliśmy dach układając jak łuski ryby, poczynając od dołu. Przegrodziliśmy długi chlewik ścianką z cegły. Powstała izba i sień. W izbie, przy mej pomocy, Tato zbudował piec piekarski. Cegłę na budowę zrobiliśmy sami. Za wsią wysokie brzegi rzeki były z gliny. Kopałam zawzięcie glinę. Kazik wynosił ją na wysoki brzeg i sypał na równym miejscu. Następnie miesiliśmy nogami glinę z wodą. Robiliśmy to tak długo, aż wyczuwaliśmy pod nogami masę wyrobioną jak ciasto. Z tej masy robiliśmy w formach cegły i układaliśmy na stepie. Gdy dobrze wyschły były gotowym materiałem budowlanym. [...] Gdy piec i ścianka były gotowe, przyszło z pomocą kilka Polek i zlikwidowaliśmy dziury w ścianach. Podeschnięte ściany oblepiliśmy gliną wewnątrz i zewnątrz. Wylepiliśmy też sufit. W ścianie od ulicy Kazik wybił dwie dziury wielkości 50x40 cm. To miały być okna. Z desek zrobił futryny, ale o szybach nie było mowy. [...] Mama pobieliła ściany białą gliną, a podłogę wylepiła żółtą. Następnie mężczyźni zaczęli meblować mieszkanie. Po jednej i drugiej stronie chatki zbudowali łóżka wbijając w ziemię pale. Na palach układali gałęzie, a następnie słomę. Były więc trzy łóżka i duży piec, na którym można było spać".

Czasem Polacy dobudowywali kolejną izbę do już istniejącej lepianki. Najczęściej jednak zamieszkiwali wspólnie z miejscowymi rodzinami. Układ w takiej sytuacji bywał bardzo różny. Jeśli dom posiadał dwie izby to bywało, że Polacy otrzymywali jedną z nich. Ciekawe, że częściej gospodarze pozostawiali sobie kuchnię, co jednak niekoniecznie musiało być wyrazem gościnności i troski o dobro sublokatorów - kuchnia była zimą często jedynym ogrzewanym pomieszczeniem. W domach jednoizbowych zesłańcy musieli zadowolić się jakimś kątem, kawałkiem klepiska, gdzie z trudem można było zorganizować legowiska do spania dla wszystkich członków rodziny. Czasem Polakom pozostawało zamieszkanie w prigonie, sieni lub stajni.

Wyposażenie kwater polskich zesłańców było tragicznie skromne. Bardzo ubogo wyposażone były zresztą mieszkania miejscowej ludności. Zwykle były to jakieś prycze bądź proste łóżka, stół najczęściej własnoręcznie wykonany, kufer pełniący rolę szafy na odzież, a nierzadko zarazem stołu, długa ława (często po prostu deska wsparta na dwóch klocach) wzdłuż ściany, czasem jakiś zydel, rzadziej krzesło. Polacy poza drobnym sprzętem domowym, który przywieźli tylko niektórzy, nie posiadali wyposażenia mieszkań. Często zresztą nie mieliby go gdzie umiejscowić. Jeżeli istniały ku temu warunki lokalowe, tzn. gdy dysponowali odrębnym pomieszczeniem czy własnym domem i potrafili zdobyć odpowiedni materiał, starali się zbudować jakieś legowiska i podstawowe meble. W wielu rejonach Kazachstanu deski były jednak materiałem niezwykle trudno dostępnym i zdobycie kilku wymagało wiele zachodu. Z desek tych, a częściej z prostych żerdzi, konstruowano przede wszystkim prymitywne prycze i stoły. Czasem, w zamian za inne dobra lub usługi, Kazachowie dostarczali materiały, a nawet budowali z nich na miejscu potrzebne sprzęty: pryczę, ławę, stół. W tych warunkach szczególnie przydatne były na zesłaniu różnorodne umiejętności "złotych rączek", potrafiących dla siebie, a czasem i dla innych zrobić meble, drewniane łyżki, wiklinowe kosze, zanitować dziurawe garnki itp.

Obok legowiska, drugim elementarnym wyposażeniem mieszkania musiało być miejsce do gotowania. Nawet jeśli Polacy mieszkali razem z rodzinami kazaskimi czy rosyjskimi, to nie zawsze mogli korzystać z ich urządzeń kuchennych. Nie zawsze też potrafili posługiwać się kuchnią pozbawioną płyty, gdzie garnki do gotowania (czuguny) wpuszczane były (często na stałe) bezpośrednio w palenisko. Starano się zatem z cegieł, kamieni i gliny zbudować sobie w sieni oddzielną kuchenkę z namiastką płyty i rusztu sporządzanych z kawałków żelaza, często pochodzących z części starych maszyn kołchozowych.

O ile Polacy zakwaterowani zostali w pomieszczeniach, które wcześniej nie były lokalami mieszkalnymi, bądź w zrujnowanych domach, pierwszą potrzebą było zazwyczaj zbudowanie choćby namiastki pieca kuchennego. Zazwyczaj zaczynano od postawienia na zewnątrz prymitywnych palenisk. Tak wspomina to jedna z Polek, która trafiła właśnie do opuszczonej przez bydło obory, tzw. bazy: "Do sporych kłopotów i trudności należało w pierwszych miesiącach naszego pobytu na fermie samo przygotowywanie potraw. Brak kuchni bardzo utrudniał gotowanie nawet zwykłej zupy i wody. Wokół bazy z dwóch cegieł robiliśmy każdy, kto jak potrafił, małe paleniska. Podpalaliśmy słomą, sianem, gałązkami zbieranymi po stepie lub Ťkiziakiemť (wysuszonym łajnem krowim). Gotowanie się udawało, jeżeli tylko nie było deszczu lub wiatru. W przeciwnym wypadku z gotowania nic nie wychodziło. Trzeba było myśleć nad ulepszeniem budowy kuchenki i to po części trochę się udawało. Cegły oblepiano gliną, kładziono płytki blaszane czy żelazne i jakoś gotowanie szło. Blacha i żelazo najczęściej podkradane były ze starych części traktorów".

Do oświetlenia przy pracach domowych i przy czytaniu z braku świec i lamp naftowych służyła tzw. kopciłka (koptiłka). Było to naczynie (np. puszka po konserwie, słoik lub butelka po lekarstwie) przykryte blaszką, w której otworze umieszczony był knot z konopii, skręconej waty lub nici bawełnianych. Paliwem w tym swoistym kaganku była nafta, ewentualnie mieszanina nafty i oleju napędowego. Urządzenie to dawało światła mniej niż świeca, za to kopciło niemiłosiernie, w pełni uzasadniając swą nazwę. Zdarzało się, że kaganek był jeszcze prymitywniejszy: w dużym ziemniaku była wydłubana dziura, w niej owczy łój i knot z waty.

Kluczową sprawą dla możliwości bytowych zesłańców, a zwłaszcza dla perspektywy przetrwania surowej zimy, było zgromadzenie odpowiedniej ilości opału. Naturalne warunki Kazachstanu stanowiły tutaj ogromne utrudnienie z uwagi na niewielką ilość lasów, zwłaszcza w części środkowej i południowej. Rzadko więc zesłańcy mieli możliwość zaopatrywania się w większe ilości drewna opałowego, a jeśli się ona pojawiała najczęściej był to proceder nielegalny. Opał trzeba było przy tym często przynosić na własnych plecach z lasu czy zagajnika oddalonego o wiele kilometrów. Zimą były to wyprawy nie tylko bardzo wyczerpujące, oznaczające nieraz brnięcie po pas w śniegu, ale i wysoce niebezpieczne z uwagi na obecność wilków. Próby zakupienia drewna opałowego (chrustu) od tubylców, gdy ci je posiadali, nie przynosiły najczęściej powodzenia, natomiast zdarzało się, że w sowchozach kupowano nielegalnie pewne ilości opału przeznaczonego na zaopatrzenie instytucji sowchozowych, co oczywiście groziło karami.

Podstawowym paliwem był w Kazachstanie kiziak. Istniały dwa sposoby jego zdobywania. Pierwszy to po prostu zbieranie na stepie wysuszonych już przez słońce odchodów zwierzęcych. Dosuszano je w razie konieczności i gromadzono w odpowiednio ułożonych pryzmach w prigonach lub pod ścianami zabudowań. Drugi sposób polegał na produkowaniu kiziaku ze świeżego nawozu zebranego na stepie bądź pochodzącego ze stajni i chlewni kołchozowych czy sowchozowych oraz z zagród kołchoźników. Oto barwny opis takich przedsięwzięć: "Codziennie skoro świt wybiegałem z wiadrem za wychodzącym na pastwisko stadem krów i gołymi rękami zbierałem do wiadra jeszcze ciepłe, dymiące łajno. Czasami udawało mi się podstawić wiadro bezpośrednio pod zadarty do góry krowi ogon. Moja dzienna norma wynosiła jedno wiadro krowiego gówna. Czasami, jak był dobry dzień i krowy srały gęsto, zbierałem półtora lub nawet dwa wiadra. Po przyniesieniu cennego surowca do domu, przystępowałem do jego dalszej obróbki. Świeże, śmierdzące łajno mieszałem ze słomą lub słomianą mierzwą, a następnie formowałem ręcznie gówniane placki grubości 5-8 cm. Uformowane placki pod wpływem prażącego słońca wysychały na pieprz w ciągu 4-5 dni". Podobnie postępowano z nawozem pochodzącym z obór i chlewni. Odbywało się to w ten sposób, że odpowiedni płytki dół napełniano owym szczególnym surowcem, dodawano sieczkę i wodę, a następnie wpuszczano do niego bydło, zmuszając je do udeptywania zawartości na jednolitą masę. Często jednak, gdy zesłańcy produkowali kiziak dla siebie, musieli udeptywać go własnymi nogami. Uzyskaną masą napełniano specjalne formy pozwalające uzyskać bloczki o wymiarach np. 40x20x12 cm, które suszono na słońcu i następnie układano w pryzmy zapewniające dobrą wentylację, a zarazem zabezpieczające opał przed wchłanianiem wilgoci.

Był to dobry opał, o wartości energetycznej zbliżonej do torfu, nie wydzielający przy tym przy spalaniu żadnego zapachu, mimo specyficznego składu. Zdobycie kiziaku nie było jednak prostą sprawą. Zawsze było go za mało, zawsze był towarem poszukiwanym i pilnie strzeżonym. W sowchozach robotnicy mogli otrzymywać przydziały opału. W kołchozach zesłańcy nie będąc kołchoźnikami, nie mieli prawa do przydziałów kiziaku kołchozowego, choć zdarzało się, że w tej właśnie formie wynagradzano ich za pracę. Zakup za gotówkę od miejscowej ludności wchodził w grę raczej wyjątkowo, bowiem nie zdarzało się na ogół, by ktoś dysponował jego nadwyżką i chciał się jej pozbyć. Pozostawała wymiana za odzież i inne rzeczy pozostające przedmiotem pożądania tubylców, ewentualnie uzyskanie go w formie zapłaty za robociznę w obejściach kołchoźników, często zresztą przy jego produkcji. W sytuacjach ekstremalnych, z braku innej możliwości zdobycia opału, kradziono kiziak sowchozowy czy kołchozowy, jakkolwiek groziła za to kara więzienia.

Ponieważ kiziaku na ogół nigdy nie starczało, starano się gromadzić na opał wszelkie inne dostępne w danej okolicy materiały. Zbierano więc w stepie krzaki burzanów, wiązano je w wiązki wielkości trzech snopów żyta i przenoszono na plecach - czasem kilka kilometrów. Poszukiwano drewna wyrzuconego na brzegi rzek w okresie przyboru wód, gromadzono zeschłą wiklinę, różne badyle roślin stepowych. W niektórych okolicach wielkie znaczenie miał piołun. Na opał zbierano jego łodygi dochodzące do 1,5-2 m wysokości i 7-10 mm średnicy. Była to ciężka praca, lecz robił to kto tylko mógł. Piołun był jeszcze o tyle cenny, że z jego popiołu sporządzano ług, zastępujący mydło i proszek do prania. Zbieranie w stepie kiziaku i gromadzenie innych materiałów palnych było jedną z najważniejszych czynności, często wypełniającą większość czasu poza pracą.

Zdarzało się, że zesłańcy zatrudnieni w kołchozach otrzymywali pewną ilość słomy, jako część wynagrodzenia za pracę. Było to oczywiście paliwo o małej wartości, ale nie do pogardzenia w tych skrajnych warunkach.

W większości wypadków opał był mimo wszystko dobrem wysoce deficytowy. Nie wystarczało zapobiegliwe gromadzenie kiziaku, zbieranie wyschniętego piołunu i innych nadających się do palenia rzeczy. Często zimą obok głodu pojawiało się widmo śmierci z zimna. W obliczu takiego zagrożenia podejmowano ryzykowne wyprawy w step, aby znaleźć jakieś badyle wystające ze śniegu, jakąś stertę słomy. Przytoczmy słowa jednej tylko relacji: "Mamusia i inne Polki robiły więc eskapady stepowe, aby przynajmniej chociaż trochę uzbierać tych badyli do palenia, aby przynieść wiązkę burzanów. Była to mordercza droga, mordercza praca. Brnęły po pas w zaspach śniegu, aby dotrzeć do celu. Niekiedy już nie dawały rady pokonywać zasp, kładły się więc na brzuch i ciągnąc za sobą koc i pałatki zrywały wystające czubki burzanów i wrzucały na rozpostarte za sobą koce i pałatki. Następnie wiązały te wypełnione szmaty w wiązki i wracały do domu. Zbieranie tego opału na stepach zajmowało nieraz cały dzień. Wracały więc głodne, przemarznięte, wyczerpane... płakały i modliły się by Pan Bóg skrócił te męki i cierpienia, aby pomógł, bo już brakowało sił". Uciekano się także do kradzieży słomy ze stert na polach, co było bardzo ryzykowne, bowiem groziło karami, a nadto bardzo uciążliwe, bo sterty były zamarznięte i zazwyczaj oddalone od domostwa. Bywało, że zdesperowane matki, aby ogrzać swe dzieci i ugotować im coś ciepłego kradły nawet deski, którymi były przykryte na cmentarzu kazaskie groby.

Wobec powszechnego braku zapałek ogień rozniecano przy użyciu krzesiwa. Okazało się, że z braku innych możliwości bardzo przydatne były na ten cel noże wykręcane ze żniwiarek. Odpowiednią hubkę znajdowano w lesie czy zagajniku, a tam gdzie ich nie było preparowano ją z zetlałej waty bądź wysuszonych roślin. Często stosowanym sposobem rozniecania ognia było też "pożyczanie żaru", czyli przynoszenie ognia od sąsiadów. Produkowano też czasem zapałki we własnym zakresie.

Powszechnym utrapieniem zesłańców, występującym praktycznie niezależnie od miejsca zakwaterowania, były różnego rodzaju insekty wszechobecne w tamtejszych domostwach. "Pluskwy były wszędzie - czytamy w jednej z relacji - na ścianach, na suficie (te spadały na nas z góry), na pościeli i na nas. Kiedy mama zapaliła świeczkę pluskwy ze ścian uciekały, chowały się w szparach. Te z nas i pościeli trzeba było wyzbierać. Po takiej operacji zasnęłyśmy. Ale nie na długo. W ciemności pluskwy znów wyłaziły i atakowały. Operację trzeba było znowu powtarzać - i to kilka razy do rana. [...] Gospodyni poinformowała, że trzeba zdobyć na fermie żółć zwierzęcą. Pobielenie pomieszczenia wapnem z żółcią spowoduje, że pluskwy się wyniosą". Polacy podejmowali heroiczne wysiłki by jeśli już nie zwalczyć je całkowicie, to przynajmniej ograniczyć ich ilość i dokuczliwość. Wprowadzając się do zapluskwionych i zawszonych pomieszczeń starano się poddać je jakiejś dezynfekcji i dezynsekcji. Palono siarkę, rozkładano silnie pachnące zioła, zapychano szpary mieszaniną gliny, piasku i nawozu, bielono ściany glinką z domieszką soli. Wszystko to okazywało się jednak skuteczne połowicznie i na krótko. Nie pomagało polewanie podłóg wrzątkiem z solą, wstawianie nóg łóżek czy prycz do naczyń z wodą, zalewanie szpar naftą. Robactwo pojawiało się nieustannie i do końca pobytu towarzyszyło zesłańcom w ich codziennym bytowaniu.

W takich warunkach Polakom przyszło przeżyć sześć długich lat.




Strona główna

Mapa strony

Moje publikacje