Strona główna

Mapa strony

Moje publikacje






POLACY W KAZACHSTANIE
1940-1946

Deportacje 1940-1941

Liczba deportowanych

Status deportowanych

Warunki egzystencji

Wyżywienie

Mieszkanie

Odzież i obuwie

Praca

Stan zdrowia

Pomoc i samopomoc

Otoczenia a Polacy

Postawy i nastroje

Życie religijne

Nastroje zesłanych


Na stronie

Historia Rosji i ZSRR

Konflikt rosyjsko-czeczeński

System represji w ZSRR

Historia GUŁagu

Masowe deportacje w ZSRR

Deportacje Polaków do ZSRR

Polacy w Kazachstanie

Wschodnie losy Polaków

Kresy Wschodnie

Przesiedlenia Polaków z ZSRR

Dzieje myśli politycznej

Z najnowszych dziejów Polski

Z dziejów Wrocławia




Wyżywienie zesłańców

Elementarnym czynnikiem warunkującym fizyczne przetrwanie na zesłaniu było zdobycie pożywienia. Zapewnienie biologicznej egzystencji, choć kluczowe, nie było wszakże jedynym wymiarem tej kwestii. Zagadnienie sposobów uzyskiwania żywności, fizycznej, ale często i moralnej ceny, jaką należało zapłacić za jej zdobycie, miało znacznie bogatszy sens. Ocierało się wielokrotnie o wartości elementarne, takie jak godność człowieka, odpowiedzialność za siebie i innych, wiązało się częstokroć z wyborami na miarę egzystencji najbliższych. Klasycznym przykładem tych dylematów może być postawa matki dzielącej deficytowy chleb i muszącej rozstrzygać kwestię, czy zaspokoić potrzeby biologiczne jedynego pracującego w rodzinie mężczyzny, od którego sił zależała egzystencja pozostałych, a odmówić kęsa pożywienia zagłodzonemu dziecku, czy też nakarmić najpierw owo dziecko, ryzykując opadnięcie z sił żywiciela. A dramat zamknięty w tej alternatywie nie był przecież jedyny, choć rysował się szczególnie drastycznie.

Można wyodrębnić pięć podstawowych źródłach żywności: pracę, zakupy na tzw. wolnym rynku, pomoc uzyskiwaną przez zesłańców (do czerwca 1941 r. od rodzin z kraju, następnie z placówek opiekuńczych polskiej ambasady, wreszcie za pośrednictwem ZPP), handel wymienny i kradzież. Możliwość wyżywienia była wyraźnie uzależniona od miejsca pobytu. Rozumieć to należy w kilku znaczeniach. Kazachstan był zróżnicowany pod względem rozwoju rolnictwa, co wpływało na generalne możliwości wyżywienia w poszczególnych obwodach, ale nie determinowało jednoznacznie położenia poszczególnych grup ludności polskiej. To zależało bowiem od szeregu lokalnych czynników. Wśród nich wymienić należy przede wszystkim konkretne warunki miejsca osiedlenia. Inna była sytuacja osób, które znalazły się w miastach i miasteczkach, inna skierowanych na wieś. Odmiennie kształtowały się możliwości żywieniowe osób pracujących i niepracujących, osiedlonych w kołchozach i sowchozach. Nie mniej zależało od sytuacji ekonomicznej danego kołchozu czy sowchozu, od operatywności i dobrej woli, a wreszcie od uczciwości kierownictwa przedsiębiorstwa, od zaradności, stanu posiadania i zdolności do pracy rodzin zesłańczych. Wreszcie zwrócić trzeba uwagę na zmiany sytuacji w czasie. Zwłaszcza wybuch wojny radziecko-niemieckiej był - jeśli nie od razu, to w stosunkowo nieodległym następstwie - ważką cezurą pod tym względem.

W Związku Radzieckim nader często odwoływano się do zasady, że kto nie pracuje, ten nie je, co owocowało związaniem wyżywienia z miejscem pracy oraz przydziałami tylko dla pracujących i tych członków rodzin, którzy nie pracowali z uzasadnionych powodów (przede wszystkim z powodu wieku). Wprawdzie od 1935 r. nie było już oficjalnie kartek na żywność, ale w dużej mierze była ona racjonowana za pomocą innych mechanizmów (listy, zapisy, przydziały), zwłaszcza poza ośrodkami miejskimi.

Specyficzna sytuacja istniała w kołchozach, gdzie przydziały żywności w zasadzie wynikały z rocznego rozliczenia dniówek roboczych wypracowanych przez kołchoźników i wydawane były zwykle jesienią w postaci odpowiednich ilości zboża, mąki, ziemniaków, warzyw itd. W trakcie roku kołchoz wydawał żywność bezpłatnie na poczet tego ostatecznego rozliczenia, przeważnie w postaci chleba i posiłków, ewentualnie innych produktów. W przypadku polskich zesłańców, zwłaszcza w pierwszych miesiącach ich pobytu w Kazachstanie, wystąpiły poważne problemy. Władze republikańskie nie przekazały kołchozom żadnych wytycznych co do sposobów naliczania zesłańcom dniówek obrachunkowych i zasad wynagradzania, a zwłaszcza wydawania produktów żywnościowych. W tych warunkach kwestię tę regulowano lokalnie, wedle uznania miejscowych czynników. W niektórych kołchozach wydawano przesiedleńcom produkty na równi z kołchoźnikami, w innych w wymiarze 50 % przydziałów dla kołchoźników, w jeszcze innych nie wydawano w ogóle, czekając na wyjaśnienie problemu. Dochodziło przy tym do oczywistych nadużyć. Tylko tak można określić np. zapisanie wszystkim zesłańcom pracującym w kołchozie po 1 dniówce w całym miesiącu, chociaż wielu z nich wypracowało po 10-15, a nawet więcej dniówek, czy też przyznanie 1 dniówki, mimo wypracowania stukilkudziesięciu procent normy dziennej. Lokalni przedstawiciele władz - kierując się własnym rozeznaniem sytuacji, a zapewne także przekonaniem, że lepiej podejmować decyzje pogarszające położenie zesłańców niż ryzykować oskarżenie o brak czujności - zachęcali kierowników przedsiębiorstw do działań restrykcyjnych. Np. sekretarz rejonowego komitetu KP(b) Kazachstanu w Fiodorowce na zebraniu przewodniczących kołchozów instruował ich, aby przerwali sprzedaż i wydawanie żywności dla Polaków jako formę zapłaty za wykonywaną przez nich pracę. Otrzymując tego rodzaju wytycznych kołchozy zaprzestawały wydawania zesłańcom jakichkolwiek produktów, kierowały ich do najgorszych prac, lekceważąc nawet istniejące przepisy. Efektem tego rodzaju praktyk był coraz ostrzej rysujący się wśród ludności polskiej brak wszelkich środków do życia.

W sowchozach robotnicy byli opłacani gotówką i artykuły żywnościowe (oprócz pochodzących z własnych działek) musieli kupować w miejscowym sklepie lub u kołchoźników. W sklepach z zasady nie było ich jednak w ciągłej sprzedaży: tylko czasami pokazywały się w ograniczonych ilościach i dostępne wówczas były "na przydział" określany przez lokalne władze. Prawo do zakupu żywności w sklepikach, a więc po cenach urzędowych, mieli tylko pracujący. Dodatkową komplikację stwarzała postawa sprzedawcy, na ogół powiązanego lokalnymi układami, faworyzującego miejscowych, a zwłaszcza pracowników funkcyjnych. Na ogół przy tym zakupy tego rodzaju wymagały długiego wystawania w kolejce, przepychania się i wykłócania z miejscową ludnością i sprzedawcą. Niejednokrotnie jednak także w sowchozach w ramach zapłaty wydawano robotnikom jakieś produkty spożywcze, np. w magazynach zbożowych sowchozów zdarzało się wydawanie mąki czy ziarna. Jednak przy dzieleniu tych produktów administracja powszechnie dopuszczała się różnych nadużyć, a w stosunku do Polaków były one szczególnie częste i łatwe z uwagi na ich położenie. Jeśli Polakom wydano coś w naturze, z reguły były to artykuły bardzo niskiej jakości. Na porządku dziennym były przy tym oszustwa na niekorzyść polskich zesłańców oraz celowe zawyżanie cen na sprzedawane lub wydawane im produkty. Kołchoźnicy, obiecując artykuły żywnościowe, pobierali od zesłańców pieniądze, po czym ani nie dostarczali towarów, ani nie zwracali gotówki. Polakom kazano płacić za żywność nawet kilkakrotnie więcej niż miejscowej ludności. Zdarzało się, że przewodniczący rejonowego komitetu wykonawczego wprost zachęcali do takiego właśnie proceru, uzasadniając to rzekomym bogactwem Polaków. Za sprawą takich inspiracji, czy też bez nich zarówno przewodniczący niektórych kołchozów, jak i sami kołchoźnicy bezlitośnie wykorzystywali położenie deportowanych, dyktując im wyjątkowo niekorzystne warunki sprzedaży (wymiany) ich rzeczy osobistych, bądź ceny za sprzedawane artykuły żywnościowe. Sprawozdania NKWD odnotowały np. wypadki takie, jak wymiana złotego zegarka na 3 pudy (48 kg) ziemniaków, bądź skórzanych spodni na 2 pudy (32 kg) mąki. Dochodziło nawet do prób zmuszania polskich kobiet do współżycia seksualnego w zamian za wydanie żywności.

W takiej sytuacji ratunkiem bywały bazary odbywające się w niektórych miejscowościach, gdzie kołchoźnicy sprzedawali swoje produkty. Można tam było czasem kupić jarzyny: marchew, buraki, kapustę i szczególnie ważną cebulę. Owoców na ogół nie było żadnych. Niejednokrotnie podaż towarów na bazarach była tak mała, że krótko po rozpoczęciu sprzedaży trudno było coś atrakcyjniejszego kupić. Można też było kupować artykuły spożywcze (mąkę, mleko, ziarno, ziemniaki) od kołchoźników bezpośrednio w ich osiedlach. Z reguły jednak, jeśli godzili się oni na przyjęcie pieniędzy, to ceny były - podobnie jak na bazarach - bardzo wyśrubowane, czasem celowo zawyżane właśnie dla Polaków, dla wielu polskich zesłańców nie do przyjęcia. Wszelako znacznie częstsze były sytuacje takie, że na tzw. wolnym rynku nie było można za pieniądze kupić żadnego pożywienia, a wówczas jedynym wyjściem był handel wymienny.

Podstawą wyżywienia większości polskich zesłańców był chleb. W omawianym okresie jego urzędowa cena wahała się od 80 kopiejek do 1 rubla za kilogram. W warunkach zatrudnienia ludności polskiej nie zawsze dzienne wynagrodzenie pokrywało wydatki na zakup pieczywa w dostępnych ilościach. Ogromna większość Polaków zesłanych do Kazachstanu trafiła do rolnictwa i od samego początku zetknęła się z formami reglamentacji sprzedaży pieczywa po cenach urzędowych. Teoretycznie przydział chleba przysługiwał wszystkim, przy czym jego wielkość była większa dla pracujących, a mniejsza dla niepracujących. Faktycznie z możliwością jego zdobycia bywało różnie. Dramat zaczynał się, gdy z jakichś powodów chleba nie wydawano. Latem i jesienią 1940 r. sytuacje takie zdarzały się częściej lub rzadziej w zależności od konkretnego miejsca. W wielu sowchozach i kołchozach chleb pojawiał się sporadycznie i ludność piekła go przeważnie we własnym zakresie, bardzo niechętnie sprzedając go zesłańcom. Gdzie indziej chleba w sklepie brakowało raczej rzadko, w wypadku braków w dostawach mąki lub awarii piekarni. I tam jednak jego dostawy były skąpe i zdarzało się, że nie starczało dla wszystkich, czy też sprzedawca odmawiał sprzedania jednej osobie chleba dla kilku polskich rodzin, co wobec znacznych czasem odległości i krótkotrwałości samej sprzedaży uniemożliwiało praktycznie jego odbiór. Po chleb często trzeba było więc stawać w kolejce jeszcze przed świtem, a niejednokrotnie wyczekiwać i całą noc, a gdy już go przywieziono dochodziło do scysji i awantur. Zimą bywało jednak i tak, że brakowało opału dla sowchozowych czy kołchozowych piekarni lub przerwany został transport i sprzedaż chleba ustawała, nieraz na wiele tygodni. Jakość chleba w początkowym okresie była przez zesłańców często oceniana jako dobra, choć najczęściej był pieczony z ciemnej mąki, zazwyczaj pszenny lub jęczmienny, raczej rzadko żytni.

W wielu kołchozach i sowchozach chleb był racjonowany i jego przydział stanowił swoistą formę zapłaty za pracę. Przydział ten wynosił w jednym miejscu np. 300 g, w innym 400 g, jeszcze gdzie indziej można było kupić dziennie 600 g chleba na pracującego i 300 g dla niepracujących. Jeszcze inna relacja wskazuje, że początkowo w sowchozie wydawano po 1000 g chleba dziennie na pracującego, dopiero później (jesienią 1940 r.) przydział ten obniżono do 800 g, potem do 600 g, by w chwili wybuchu wojny radziecko-niemieckiej wydawać już tylko po 400 g. Pracujący musieli się tym dzielić z niepracującymi, co przy większej liczbie tych ostatnich dawało czasem po kromce chleba dziennie. Zdarzało się zresztą i tak, że kołchoz czy sowchoz wydawał zesłańcom chleb lub mąkę tylko przez pierwszych kilka tygodni bądź miesięcy, a później zaprzestawał tego.

Resztę żywności należało już zdobywać samodzielnie, lub korzystać ze stołówek pracowniczych, jeśli była taka możliwość. Prawie niemożliwe było kupno chleba w wolnym obrocie, częściej udawało się zdobyć go za polskie prześcieradła, sukienki, spodnie itp.

Również i tam, gdzie chleb pieczono we własnym zakresie początek 1941 r. na ogół przyniósł poważne trudności. Wyczerpały się zapasy mąki, możliwości jej nabycia gwałtownie się kurczyły. Zesłańcy ograniczali się do zakupów tańszej pszenicy, którą trzeba było samemu mleć. Stwarzało to najczęściej możliwość pieczenia co najwyżej podpłomyków, ale o chlebie nie było już mowy. Coraz powszechniejszym zjawiskiem stawał się głód. Oto jak wspominał to jeden z zesłańców: "Głód zaglądał nam w oczy. Nie wyobrażałem sobie, że kiedyś będę mógł najeść się do syta i nie myśleć o jedzeniu. Głód był tym straszniejszy, że obok żyli ludzie, którym on nie doskwierał". Sprzedawano ostatnie ubrania i pościel za kiziak, mąkę i kaszę.

W pierwszych tygodniach, a czasem i miesiącach, zasadnicze znaczenie - szczególnie tam, gdzie poważny problem stanowiło znalezienie pracy - miała żywność przywieziona z Polski.

Dla zesłańców ulokowanych w kołchozach ważnym źródłem żywności stała się praca u kołchoźników w ich obejściach i na działkach przyzagrodowych lub świadczenie na ich rzecz usług typu rzemieślniczego (krawieckich, szewskich itp.). Wynagrodzenie stanowiły bądź surowe produkty gospodarstw kołchoźniczych, bądź gotowe już potrawy. Przy pracy gospodynie często karmiły wynajętych pomocników.

Gorzej było w sowchozach, zwłaszcza hodowlanych. Tam bowiem możliwość uzyskania żywności za dodatkową pracę była znikoma. Pozostawały zakupy w okolicznych wsiach kołchozowych lub kradzież. Czasem udawało się znaleźć jakieś resztki pozostałe po zbiorach w ogrodach sowchoźników, albo skraść (czy odkupić kradzioną) kaszę przeznaczoną na karmienie zwierząt hodowlanych.

Od lata 1940 r. do wiosny 1941 r. znaczącym źródłem zaopatrzenia były paczki przysyłane z Polski. Skarbem była dostarczana w ten sposób żywność (mąka, kasza jęczmienna lub kukurydziana, fasola, cukier, olej, słonina lub boczek wędzony, grysik, cukierki, rzadziej kiełbasa czy suszone mięso). Nie mniejsze znaczenie miały przysyłane zesłańcom artykuły przemysłowe, a zwłaszcza odzież, bielizna, pościel, guziki, świece, igły, mydło i proszek do prania, a nawet papier listowy itp. Nie tylko zaspokajały one choć w części potrzeby własne zesłańców, ale jako niezwykle poszukiwane przez miejscową ludność, były przedmiotem wymiany na żywność. Niektórzy zesłańcy otrzymywali także z kraju pieniądze czy to od rodziny lub przyjaciół, czy to z tytułu sprzedaży mebli i wyposażenia domowego, czy wreszcie z organizowanych tam zbiórek.

Relacje zesłańców wskazują na znaczne zróżnicowanie poziomu i jakości wyżywienia. Tam, gdzie posiadano większe zasoby własne lub drogą kupna i wymiany udawało się zdobyć odpowiednią ilość kaszy, ziarna lub mąki, przy całym dramatyzmie położenia sytuacja nie była ekstremalna. Potrafiono zapewnić sobie czasem nawet trzy posiłki dziennie, choć normą stawało się jedzenie dwa razy na dobę. Posiłek w pierwszych dwóch latach był obfity. Składał się z kaszy jaglanej, barszczu z mięsem i chlebem.

Jakość i wartość posiłków pozostawiała wprawdzie wiele do życzenia, ale pozwalały przynajmniej zaspokoić głód. Jedna z uczestniczek tych dramatycznych wydarzeń tak opisała ten element codziennego życia: "Na śniadanie piliśmy do jesieni [1940 r.] odtłuszczone mleko i jedliśmy po kawałeczku chleba. Na obiad gotowałam pół litra zupy dla każdego i ziemniaki lub kaszę. Wieczorem tylko zupę, ale w połowie lata uznaliśmy, że to nie wystarcza. Robiłam więc drugą potrawę. Dziennie spożywaliśmy razem [sześć osób dorosłych i dwoje dzieci] 1 kg mąki, 1 kg kaszy lub pszenicy i 2 kg ziemniaków. Do każdej potrawy wkładałam łyżkę omasty. Było to za mało dla zdrowia". Na kolację w tej rodzinie jedzono nieodmiennie pszeniczny krupnik, a gdy z braku opału przestała pracować piekarnia i skończył się chleb - placki pieczone w popiele, po jednym na osobę. Inna relacja podaje: "Produkty szybko wychodzą, bo mięsa nie ma i wciąż tylko zacierki z mlekiem, kartoflanka, lub kartofle z mlekiem zsiadłym. Czasem trochę marchewki lub kapusty kiszonej ze zmarzłych liści". Tam, gdzie stosunkowo najłatwiej dostępna była mąka, na niej opierano niemal całe wyżywienie, uciekając się do robienia z niej najróżniejszych potraw. Najczęściej jedzono zacierkę z mąki skręconej na żarnach, nieraz nawet bez okrasy, byle tylko zagłuszyć uczucie głodu. Gdy łatwiej niż o mąkę było o ziarno pszenne, robiono z niego domowym sposobem - zapożyczonym od miejscowej ludności - kaszę. Ponieważ zimą nie tylko brakowało chleba, ale także nie było dostępne mleko, więc na śniadanie jedzono "pamułę", tj. mąkę na wodzie. Na obiad była prażucha z mąki, na kolację zacierka z mąki na wodzie i podpłomyki. Ci, którzy dysponowali zapasami lub zdołali nabyć kaszę lub ziemniaki gotowali - przeważnie tylko dwa razy dziennie - kaszę jaglaną z kartoflami.

W okresie prac polowych zesłańców zatrudniano w brygadach kołchozowych i sowchozowych. Najczęściej oznaczało to konieczność okresowego oderwania się od rodziny, bowiem brygady te wyjeżdżały w step kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt kilometrów od osady, tam pracowały i nocowały, przeważnie w wozach podobnych do cyrkowych. Zatrudnionym w nich robotnikom zapewniano przynajmniej częściowe wyżywienie, co stanowiło dużą zaletę, jakkolwiek ilość i jakość tego pożywienia były mocno zróżnicowane w poszczególnych gospodarstwach. Były kołchozy, gdzie na obiad robotnicy dostawali zupę z wkładką mięsną i chleb, a nawet dwa dania, np. barszcz i pierogi z serem, tzw. warenniki, lub kaszę jaglaną. Gdzie indziej stałym daniem był kapuśniak, w którym nawet czasem pływały kawałki tłuszczu. Bywały wszelako i kołchozy wydające brygadom polowym tylko kaszę jęczmienną, nie zawsze okraszoną, oraz udająca zupę polewkę zaprawioną mąką. W czasie żniw dożywiano się często świeżo zebraną gotowaną lub prażoną, a nawet surową pszenicą. Śniadania i kolacje najczęściej każdy przygotowywał we własnym zakresie. Wieczorem niekiedy wydawano po kawałku chleba, czasem zesłańcy zostawiali sobie jego porcję z obiadu i jedli go z gorzką kawą. Ze śniadaniem było różnie - bywało, że szli do pracy bez jedzenia, niekiedy wspierali ich czymś Kazachowie. Bywały wszelako kołchozy, które brygadom polowym wydawały trzy posiłki dziennie: na śniadanie i na kolację zazwyczaj była wówczas zupa mleczna (oczywiście z odciąganego mleka) z chlebem. Wyraźnie gorzej żywiono w okresie prac wiosennych w 1941 r. Często za cały pokarm musiała starczyć miska wodnistej zupy z kilkoma kawałkami ziemniaka i 200-300 g chleba dziennie.

Wszystkie te źródła dostarczały jednak zbyt małych ilości pożywienia i głód lub jego bezpośrednia groźba stale towarzyszyły zesłańcom. Poszukiwano więc wszelkich innych sposobów uzupełnienia zasobów żywnościowych. Dobrodziejstwem była bliskość rzeki lub lasu. Ryby złowione na wędkę lub kubyszkę (tj. do wiklinowego koszyka) stanowiły bardzo wartościowe pożywienie. Zwłaszcza jesienią w większych rzekach pojawiały się wielkimi ławicami, dając się łapać koszami czy grabiami, co pozwalało nie tylko na bieżącą konsumpcję, ale także na tworzenie zapasów zimowych poprzez suszenie. Przy pomocy plecionych z końskiego włosia wnyków polowano na różnoraką zwierzynę i ptactwo: kuropatwy, przepiórki, dzikie gołębie, wrony, kruki, susły, chomiki, w najgorszej sytuacji nawet na wróble. Z gniazd ptasich podbierano jaja. Jeśli w pobliżu był las lub choćby zagajnik, dostarczał on wygłodzonym zesłańcom soku brzozowego, poziomek, dzikich wiśnie, dzikiej róży. Owoce lasu stanowiły nie tylko wzbogacenie diety samych zesłańców, ale i towar wymienny, za który od miejscowej ludności można było dostać np. mleko czy inne produkty. Przetwarzano na różne sposoby dziko rosnące rośliny stepowe: szczaw, czosnek, grzyby (nawet te trujące, które jedzono po kilkakrotnym parzeniu), pokrzywy (z których po kilkakrotnym sparzeniu robiono namiastkę zupy szczawiowej), lebiodę zastępującą szpinak. We wrześniu i październiku przygotowywano zapasy żywności na zimę: zbierano i suszono jagody czeremchy, gorzkie migdały oraz szyszki chmielu, z których wytwarzano drożdże.

Nie można wreszcie pominąć jeszcze jednego sposobu pozyskiwania żywności, a mianowicie kradzieży. Przedmiotem usilnych zabiegów zesłańców było uzyskanie pracy przy zbożu. Zatrudnieni w magazynach, przy stertach i w transporcie mieli bowiem szczególne możliwości zdobywania ziarna na własne potrzeby. Najczęściej nie musieli nawet odkrywać sposobów kradzieży - wystarczyło podglądać miejscowych robotników. Wynoszono ziarno w butach, w woreczkach ukrywanych pod ubraniami oraz w specjalnie przystosowanych skrytkach w samej odzieży. Z pszenicy robiono potem mąkę, mieląc po kryjomu ziarno na domowych żarnach. Z jęczmienia sporządzano kawę, z prosa - kaszę jaglaną, z plew - po zmieszaniu z mąką - pieczono placki. W okresie poprzedzającym żniwa dożywiano się poprzez "prywatne" ścinanie dojrzewającej pszenicy, zaś przed wykopkami i w ich trakcie ratowano się podkradaniem ziemniaków kołchozowych. Kradziono paszę podawaną zwierzętom hodowlanym, plewy, nasiona różnych roślin, nawet obierki. Mielono to w prymitywnych żarnach i pieczono placki, tzw.pyszki. Jesienią na kołchozowych polach próbowano zbierać kłosy pozostałe po żniwach. Był to proceder nielegalny i często karany, choć w niektórych kołchozach do 1942 r. pozwalano zbierać kłosy ze ściernisk, zaś później nawet nakazywano to robić, tyle że na rzecz kołchozu. W czasie takich wypraw, najczęściej nocnych, udawało się zebrać po kilka kilogramów ziarna, które natychmiast trzeba było jakoś przetworzyć, aby nie pozostawiać śladów na wypadek rewizji przeprowadzanych właśnie w poszukiwaniu takiego ziarna. Również wiosną, po stajaniu śniegu na polach, poszukiwano kłosów pozostałych z ubiegłorocznych żniw. I wtedy trzeba to było robić ukradkiem, w obawie przed karami, a co najmniej konfiskatą zebranego ziarna.

Generalnie położenie polskich zesłańców w zakresie zaopatrzenia w żywność było bardzo złe. Już jesienią 1940 r. NKWD Kazaskiej SRR informowało Berię o wielu desperackich poczynaniach cierpiących głód zesłańców, zwłaszcza kobiet obarczonych dużą liczbą dzieci. Zdarzały się przypadki, że zwracały się one do miejscowych zarządów NKWD wręcz z żądaniem zaopiekowania się ich dziećmi, bowiem nie były w stanie zapewnić im minimum jedzenia. Groziły przy tym samobójstwami, a nawet wcielały te groźby w czyn. Jeśli wziąć pod uwagę ogromną determinację Polek w walce o zapewnienie bytu rodzinom, tego rodzaju zdarzenia, nawet jeśli były relatywnie nieliczne, były dowodem powstawania sytuacji krańcowych, bez wyjścia. Mając pod swoją opieką kilkoro paroletnich dzieci, w tym i nimowlęta, kobiety te nie były w stanie pracować (jeśli nawet byłaby możliwość znalezienia zatrudnienia), a to oznaczało, że po wyprzedaniu wszystkich posiadanych dóbr pozostawały bez środków do życia.

Po wybuchu wojny niemiecko-radzieckiej stopniowo wprowadzono powszechne racjonowanie podstawowych artykułów żywnościowych. W okresie od lipca do 1 listopada 1941 r. nastąpiło przejście do systemu kartkowego. 18 lipca 1941 r. postanowieniem Rady Komisarzy Ludowych ZSRR wprowadzono kartki żywnościowe w Moskwie, Leningradzie i niektórych miastach i rejonach podmiejskich obwodów moskiewskiego i lenigradzkiego. Ta forma rozdzielnictwa dotyczyła produktów zbożowych, cukru i wyrobów cukierniczych, mięsa i ryb oraz przetworów z nich, a także tłuszczów. Równocześnie w odniesieniu do tego samego obszaru geograficznego wprowadzono reglamentowaną sprzedaż niektórych artykułów przemysłowych (tekstyliów, wyrobów skórzanych, mydła). 1 września system kartkowego zaopatrzenia w chleb, cukier i produkty cukiernicze wprowadzono w 197 miastach, osiedlach robotniczych i osadach typu miejskiego, w tym we wszystkich miastach i osiedlach robotniczych Donbasu, obwodu swierdłowskiego, czelabińskiego, tulskiego i niektórych innych obwodów, a 1 listopada - wszystkie pozostałe miasta i osiedla robotnicze w kraju. 1 listopada kartki na mięso i ryby oraz ich przetwory, na tłuszcze, kasze i makarony pojawiły się w 38 miastach będących głównymi ośrodkami przemysłowymi ZSRR poza Moskwą i Leningradem, m.in. w Swierdłowsku, Karagandzie, Czelabińsku, Magnitogorsku. W dalszej kolejności zaopatrzenie kartkowe w te artykuły rozciągnięto na 115 innych miast. Objęto nim robotników zatrudnionych w przemyśle ciężkim i obronnym i w transporcie oraz ich dzieci. W tych miastach i osiedlach robotniczych, gdzie nie było kartek na mięso, ryby, tłuszcze, kasze i makarony, produkty te były wydzielane mieszkańcom wedle norm i zasad określonych w zależności od miejscowych rezerw, przy czym w pierwszej kolejności towary te kierowano do instytucji zbiorowego żywienia, a dopiero pozostałe do sklepów. Sól i herbata były sprzedawane na osobne talony. Dla ludności zamieszkującej osiedla wiejskie, ale nie związanej z produkcją rolną, przeznaczone były centralnie ustalane ilości chleba i niektórych innych artykułów żywnościowych, przy czym nauczyciele, pracownicy służby zdrowia i inni przedstawiciele inteligencji wiejskiej oraz inwalidzi wojenni otrzymywali przydziały gwarantowane. Nie wprowadzono natomiast w osiedlach wiejskich systemu kartkowego, zaś chleb i inne artykuły były wydawane na listy, spisy, różnorodne lokalne talony itp. 1 stycznia 1942 r. wprowadzono kartkową sprzedaż tkanin, obuwia i niektórych innych artykułów w większych miastach i centrach przemysłowych oraz w ważniejszych przedsiębiorstwach dla ich pracowników.

Normy zaopatrzenia kartkowego były zróżnicowane i obejmowały cztery grupy ludności: robotników i pracowników z nimi zrównanych (np. nauczycieli, pracowników łączności i transportu, pracowników naukowych, literatów, twórców, pracowników służby zdrowia itp.), urzędników i osoby zatrudnione na stanowiskach równorzędnych, osoby pozostające na utrzymaniu pracujących, dzieci do 12 roku życia. W zależności od znaczenia danej gałęzi przemysłu robotnicy i pracownicy otrzymywali zaopatrzenie w chleb i cukier wedle dwóch różnych kategorii. Do pierwszej należeli robotnicy przemysłu obronnego, węglowego, naftowego, chemicznego, metalurgicznego, maszynowego, niektórych działów budownictwa, transportu oraz pojedynczych przedsiębiorstw z innych gałęzi. Robotnicy i urzędnicy innych gałęzi gospodarki otrzymywali zaopatrzenie wg drugiej kategorii. Początkowo norma pierwszej kategorii dla robotników wynosiła 800 g chleba dziennie, a norma drugiej kategorii 600 g, podczas gdy dla urzędników odpowiednio 500 g i 400 g, zaś dla wszystkich pozostałych grup 400 g. Jesienią 1943 r. normy te zostały zmniejszone, a wielkości pierwotne przywrócono dopiero w 1945 r.

Z końcem kwietnia 1942 r. system kartkowy w odniesieniu do towarów nieżywnościowych został rozciągnięty na wszystkie miasta i osiedla robotnicze oraz na osiedla wiejskie, gdzie objął jednak tylko pracowników zatrudnionych w przedsiębiorstwach przemysłowych, kolejowych i transportowych, w sowchozach, przedsiębiorstwach gospodarki rybnej i w leśnictwie. Większość pracowników otrzymywać miała wg norm kartkowych 1,2-1,8 kg mięsa i ryb miesięcznie, osoby pozostające na ich utrzymaniu - 0,5 kg, zaś dzieci do 12 lat - 0,4 kg. Tylko dla zatrudnionych w przedsiębiorstwach związanych bezpośrednio z obronnością norma ta wynosiła 2,2 kg. Kasz i makaronów większość zatrudnionych dostawała miesięcznie 0,8-1,2 kg, a tzw. wyżywieńcy 600 g (dzieci do 12 lat - 800 g). Normy tłuszczu wynosiły 800-1200 g dla pracujących i 600-800 g dla pozostałych. Tylko zatrudnieni w przemyśle obronnym oraz otrzymujący specjalne normy mogli zakupić więcej tłuszczu i kaszy. W 1942 r. wprowadzono specjalne kartki uzupełniające dla górników zatrudnionych pod ziemią, dla pracujących w szczególnie trudnych warunkach, kobiet w ciąży, matek karmiących i chorych. W październiku 1942 r. dyrektorzy przedsiębiorstw otrzymali prawo przyznawania przywilejów dla wykonujących i przekraczających normy produkcji. Mogli oni otrzymywać poza systemem kartkowym przydziały produktów z gospodarstw pomocniczych prowadzonych przez zakłady przemysłowe, dodatkowe posiłki w stołówkach pracowniczych itp.

Dopiero dokonanie poboru ochotników do wojska stworzyło sytuację korzystniejszą dla starań o chleb i nastąpiło włączenie polskiej ludności w Ajaguz w obwodzie semipałatyńskim (od 20 listopada 1941 r.) do systemu kartkowego (400 g chleba lub 300 g mąki dziennie na osobę. Najczęściej spotykaną normą chleba, jaką otrzymywali polscy zesłańcy było 400 g dziennie dla osoby pracującej i 200 g dla niepracującej, pozostającej na jej utrzymaniu. Jednakże zróżnicowanie przydziałów było znaczne i zmienne w czasie. Otrzymywanie takich norm potwierdzają relacje z wielu obwodów, m.in. kokczetawskiego, semipałatyńskiego, aktiubińskiego. Otrzymywali je pracownicy przynajmniej niektórych sowchozów, zakładów krawieckich, mleczarni, różnych arteli. Jednakże często można było spotkać się z normami odmiennymi. Np. zatrudnionym na kolei na stacji Dżałtyr w obwodzie akmolińskim w lecie 1941 r. dano kartki na chleb - dla robotnicy na 600 g, dla niepracujących po 300 g. Wedle innej relacji początkowo wydawano tam robotnikom po 800 g dla pracującego i po 400 na członka rodziny, ale wraz z pogarszaniem się sytuacji na froncie zmniejszono stopniowo te przydziały do 400 g i 200 g. Ten ostatni przydział był stosowany wobec zatrudnionych szerzej i przez dłuższy czas. Zatrudnieni przy budowie tamy na Iszymie w lecie 1941 r. otrzymywali 700 g chleba, a osoby przez nich utrzymywane po 300 g. Jesienią 1942 r. palaczowi w kotłowni w Kustanaju wydawano 600 g chleba a 400 g dla utrzymywanych przez niego tzw. wyżywieńców. W Kuszmurunie w obwodzie kustanajskim jesienią 1943 r. norma wynosiła dla zatrudnionych w budownictwie 300 g dla osoby pracującej i 150 dla tzw. wyżywieńca, podczas gdy w tym samym czasie w Nowym Suchotinie w obwodzie kokczetawskim pracownica zakładów krawieckich dostawała 400 g chleba dla siebie i 200 g dla niepracujących członków rodziny, zaś w Akmolińsku zimą tegoż roku osobie pracującej w zakładzie dziewiarskim wydawano 500 g chleba, a dla pozostającym na jej utrzymaniu po 300 g. W tym samym obwodzie, w Atbasarze, w 1943 r. pracownica magazynu zbożowego otrzymywała dzienny przydział w wysokości 800 g chleba, zatrudniony na kolei - 600 g, pracownica mleczarni - 400 g, a osoba niepracująca 200 g chleba. Największe przydziały przysługiwały Polakom-górnikom zatrudnionym pod ziemią: ich norma wynosiła 700 g, a w przypadku pracy na przodku 1 kg. W obwodzie dżambulskim w 1944 r. zatrudnieni w przemyśle i rzemiośle otrzymywali 200-500 g chleba dziennie, natomiast zatrudnieni w rolnictwie nie dostawali go w ogóle. Pracownik umysłowy huty miedzi w obwodzie kragandyjskim w 1944 r. dysponował kartkami na 400 g chleba dziennie. W Kustanaju pracownik umysłowy w grudniu 1944 r. otrzymywał na kartki 500 g chleba dla siebie i po 300 g dla osób pozostających na jego utrzymaniu. W Czimkiencie robotnicy fabryczni w kwietniu 1945 r. dostawali kartki na 600 g chleba dziennie, zaś wyżywieńcy - na 300 g. Te zaczerpnięte z różnych źródeł przykłady potwierdzają, iż: 1) Polacy podlegali tym samym zasadom, które dotyczyły obywateli radzieckich, 2) normy przydziału chleba jesienią 1943 r. zostały obniżone do głodowego poziomu, by ponownie wzrosnąć w 1945 r. Natomiast zwraca uwagę uparcie powtarzająca się i w relacjach, i w dokumentach ZPP informacja, że osoby niepracujące otrzymywały tylko 200 g chleba dziennie. Odnotować też należy fakt, trudno powiedzieć na jaką skalę występujący, pozbawiania w 1943 r. Polaków mieszkających w osadach miejskich prawa nabywania chleba po cenach urzędowych.

Zaopatrzenie w chleb pracowników kołchozów było w czasie wojny bardzo zróżnicowane. W części z nich starano się kołchoźnikom, a także polskim robotnikom wydawać pewne jego ilości, albo też mąkę czy ziarno. Z reguły były to ilości dalece nie wystarczające i otrzymywane nieregularnie. Jednakże w wielu miejscach chleba, mąki czy ziarna nie wydawano w ogóle, zwłaszcza w latach 1943-1944, które z tego punktu widzenia były dla Polaków najtrudniejsze. W wielu miejscach ten stan zaistniał już wiosną 1942 r., a utrzymywał się także wiosną 1945 r.

Jeszcze zimą 1941/1942 r. zdarzało się, że brygady zatrudnione przy młocce ubiegłorocznych zbiorów otrzymywały częstokroć wystarczające ilości chleba. Wiosną 1942 r. sytuacja zaczęła się wyraźnie różnicować. W zasobniejszych kołchozach, w których istniały jeszcze pewne rezerwy, robotnicy wyruszający na sianokosy otrzymywali relatywnie niezłe wyżywienie, w tym dwa razy dziennie porcje chleba. W kołchozach obwodu pietropawłowskiego tylko raz dziennie dla pracujących na polu gotowano zupę, czasem dodając kawałek chleba i była to jedyna forma wynagrodzenia za pracę. Gdzie indziej nawet dla takich brygad pieczywa już zaczęło brakować.

Także samodzielnie żywiący się polscy mieszkańcy kołchozów szybko zaczęli odczuwać pogarszanie się sytuacji i konieczność skrupulatnego oszczędzania żywności. Oznaczało to redukcję ilości posiłków i koncentrowanie się na jednym, pozwalającym jakoś przetrwać dzień i pracować. "ŤMocnyť posiłek był z rana przed wyjściem do pracy - była nim zacierka lub kartoflanka zabielana lub zaskwarzana słoniną i chleb".

W konkretnych przypadkach sytuacje były bardzo różne. Np. w jednym kołchozie pracujący po kilkanaście godzin dziennie dorośli dostawali np. 200 g chleba dziennie, a na dzieci po 100 g. Z drugiej strony wedle rozeznania pracowników delegatury ambasady polskiej w Pawłodarze, zatrudnieni w kołchozach w tym obwodzie otrzymywali najczęściej w formie wynagrodzenia za pracę przydziały chleba w wysokości 500 g na pracującego i 200 g na pozostającego na jego utrzymaniu członka rodziny. W tym samym czasie w obwodzie czimkienckim w kołchozach wydawano po 200 g, czasem 400 g mąki lub ziarna na pracującego. Zdarzały się kołchozy, szczególnie często np. w obwodach dżambulskim i czimkienckim, w których żądano od Polaków pracy za darmo i bez jakiegokolwiek wyżywienia. W tymże samym obwodzie czimkienckim w rejonie suzackim, gdzie było znaczne zgrupowanie ok. 2 tys. obywateli polskich, w kołchozach wydawano po 800 g mąki dziennie, ale w rejonie frunzeńskim tego obwodu (ok. 1400 obywateli polskich) z braku innych możliwości jedzono żółwie, co miejscowa ludność uważała za świętokradztwo.

Tragizm sytuacji pogłębiał powtarzający się od 1943 r. nieurodzaj. Jego skutkiem stało się popadanie kołchozów w nędzę. Mimo wypracowania nawet 1,5 tys. dniówek roboczych ludzie nie dostawali ani chleba, ani ziarna czy innych produktów. W lutym 1944 r. Polacy zatrudnieni w kołchozach obwodu kustanajskiego alarmowali władze ZPP, iż w ich gospodarstwach nie ma nic do jedzenia. W marcu 1945 r. Zarząd Obwodowy ZPP w Akmolińsku donosił, iż w kołchozach obwodu nie było chleba nawet dla ludzi mających wypracowanych 1500 dniówek roboczych. Jeszcze w czerwcu-lipcu 1945 r. w wielu miejscach skarżono się, że chleb był wydawany bardzo nieregularnie, a przerwy sięgały nawet 10 dni.

Stosunkowo najlepiej żywione były w kołchozach i sowchozach brygady polowe w trakcie nasilenia robót. Wszakże od 1941 r. także ich wyżywienie pogarszało się szybko. Latem 1941 r. pracującym w polu w stepie zapewniano jedzenie, ale bardzo skromne. Najczęściej była to kasza jęczmienna, jakaś polewka zaprawiona mąką udająca zupę i tak codziennie. Gdy nastał czas żniw dożywiano się koszoną pszenicą gotowaną lub prażoną, a nawet surową. Bywało jednak, że latem 1941 r. na obiad w takiej brygadzie można było dostać zupę z wkładką mięsną, w sowchozach ponadto nawet do 1 kg chleba na robotnika. Zimą 1941/1942 r. zdarzało się, że brygady zatrudnione przy młocce ubiegłorocznych zbiorów otrzymywały częstokroć wystarczające ilości chleba i dwa razy dziennie zupę mięsną. Obciążenie kołchozów wzmożonymi dostawami dla armii i wyczerpywanie się zapasów powodowało jednak szybkie pogarszanie się sytuacji. Zapewne w nielicznych kołchozach, zasobniejszych, robotnicy wyruszający wiosną 1942 r. na sianokosy otrzymywali tak relatywnie dobre wyżywienie jak w Krieszczence w obwodzie pietropawłowskim, gdzie był chleb i mleko na śniadanie, kartoflanka z kluskami okraszona odrobiną słoniny na obiad oraz chleb i mleko na kolację. W wielu innych gospodarstwach nawet dla brygad polowych już wówczas brakowało chleba i jakkolwiek pracującym wydawano nawet trzy posiłki dziennie, to stanowiła je przeważnie zacierka, czasem łapsza. W 1943 r. w czasie wiosennych prac polowych wiele brygad nie dostawało już nie tylko chleba, ale w ogóle żadnego pożywienia i robotnicy musieli zabierać własne jedzenie, uzyskiwane najprzeróżniejszymi sposobami.

Zbiorowym żywieniem objęci byli w wielu kołchozach i sowchozach także pozostali pracownicy. Najczęściej była to zupa wydawana raz dziennie, czasem z dodatkiem niewielkiej porcji chleba. Zupy na ogół bywały wodniste, mało pożywne. Faktycznie jednak zesłańcy pozbawieni takiej możliwości lub z jakichś powodów z niej nie korzystający nie byli w stanie zapewnić sobie lepszego pożywienia. Królowały w ich kuchniach różnego rodzaju zacierki, kartoflanki itp., o ile oczywiście dysponowali ziemniakami czy mąką. Pod datą 17 kwietnia 1943 r. A.Sobota zapisała w swym diariuszu: "Śniadania nie jemy, pierwszym więc posiłkiem jest obiad, na który zjadamy zupę kartoflaną z zacierką, na kolację zupę tylko kartoflaną, a następnego dnia jest odwrotnie. Zupy okraszone są odrobiną przysmażonej cebulki lub zasmażką z łyżeczki od herbaty masła". Wówczas nie było to jednak wyżywienie najgorsze. Wielu zesłańcom wystarczyć bowiem musiały zupy gotowane z najrozmaitszych zielsk.

Szansą uzyskania pewnych ilości artykułów spożywczych były działki przydzielane przez niektóre kołchozy i sowchozy polskim zesłańcom. W niektórych miejscowościach przydzielono je już w 1941 r., gdzie indziej dopiero w 1944 r. Ich rozmiary były różne: przeważnie kilka-kilkanaście arów. Zlokalizowane były w stepie, na ziemi wcześniej nie uprawianej. Wymagało to wielkiej pracy przy przygotowaniu gleby, a potem nawadnianiu jej. Działki obsadzano ziemniakami, marchwią, burakami, cebulą, czosnkiem, dyniami, fasolą, ogórkami, czasem melonami i kawonami. Plony osiągane z tych działek były zróżnicowane i zależne od konkretnych warunków. W jednym miejscu zebrano parę wiader ziemniaków, trochę kukurydzy, kilogram fasoli czy parę dyń, gdzie indziej zebrane warzywa nie tylko można było przeznaczyć na bieżącą konsumpcję, ale także na zimowe zapasy. Nawet jeśli zbiory były niewielkie, oddalały widmo głodu, choćby o miesiąc, choćby o tydzień.

Wszystko to jednak nie wystarczało. Znakomita większość polskich zesłańców nieustannie stała w obliczu głodu, bądź głód cierpiała. Odosobnionym przypadkiem była sytuacja w jednej z osad w okolicach Gieorgijewki w obwodzie semipałatyńskim, gdzie wedle świadectwa ks. Tadeusza Fedorowicza, na początku 1942 r. istniał dostatek żywności. "Tu w Wasylkówce nasza kolonia (złożona z 11 rodzin) ma szczególny charakter" - pisał ks. Fedorowicz do dziekana duszpasterstwa wojskowego ks. Włodzimierza Cieńskiego. - "Od początku nie zaznali głodu. Same kobiety z dziećmi. Bardzo ciężko pracują przy bydle i przy świniach, ale też mają z tej pracy pożytek. Nie brak ani chleba, ani mleka, ani jaj, jest mięso, mąka, kasza. Nie ma pieczęci głodu i nędzy, jak gdzie indziej, ale za to pieczęć ciężkiej fizycznej pracy".

Głód zmuszał do poszukiwania wszelkich możliwych sposobów znalezienia najskromniejszych nawet ilości pożywienia. Jednym z nich było zbieranie kłosów pozostałych po przeszłorocznych żniwach. Z reguły próby zbierania kłosów spotykały się z zakazami i próbami przeciwdziałania ze strony władz kołchozów. Niekiedy przybierało to brutalne formy, gdy przewodniczący kołchozu konno rozpędzał kobiety i dzieci, konfiskował zebrane kłosy i niszczył je. Wyprawy takie groziły więzieniem. Z drugiej strony bywały kołchozy, gdzie do 1942 r. pozwalano po żniwach zbierać na własny użytek kłosy ze ściernisk. Później nakazywano to robić na rzecz kołchozu, choć i wówczas ludność miała z tego korzyść, bowiem można było do woli najeść się owego ziarna na surowo na polu czy ukryć niejedną garść i zabrać do domu, a nadto każdy pracujący otrzymywał pajdę prawdziwego chleba, ok. 10 dkg. Wiosną nie lada gratkę stanowiła możliwość wyjścia na pole, z którego poprzedniego roku nie zdołano zebrać zboża. Oto relacja opisująca takie wydarzenie: "Ludzie szli i szli. Kobiety i dzieci. Polacy, Rosjanie, Niemki i Czeczenki. Boso, z workami na plecach. Ludzkie głodomory. Szkielety o spuchniętych brzuchach. Pomiot wojenny, który narodził się z frontowników na tyłach. Na próżno brygadziści sowchozowi i kołchozowi biegali po stepie jak szatani, ostrzegając ludzi, że ziarno zawiera w sobie szkodliwe składniki, że można się nim zatruć. Tłum przybrał groźną postawę: ŤJeśli nie pozwolicie nam zbierać kłosów, rozerwiemy was na sztuki, jak psyť.[...] ludzie klęcząc w rozmokłych bruzdach, wygrzebywali wilgotne, ciepłe kłoski. Otrzepując z ziemi, całowali, dygoczącymi rękoma układali do worków, jak święty sakrament. Klęcząc bili pokłony przed rozżarzonym niebem, kajali się przed Boskim Miłosierdziem. Szczerniałe kłoski pachniały ziemią i chlebem. Drażniły język, pędziły ślinę. [...] Wypłukane starannie w wodzie kłosy suszyliśmy w dobrze nagrzanym piecu. Tłukliśmy w wielkich drewnianych kazaskich stupkach i rzucaliśmy na wrzątek tę półkaszę czy półmąkę. Z oczyma utkwionymi w czugunie, czekaliśmy w milczeniu, aż strawa zacznie syczeć, perkolić, bulgotać. Robiło się słabo i mdło. [...] Przeważnie nie czekaliśmy na całkowite rozgotowanie ziaren. Twardsze miażdżyliśmy zębami. [...] Zjadaliśmy naraz pięć kilogramów nareszcie gęstego żarcia, parząc języki i podniebienia". "Pracy było niemało przy tych kłosach" - wspominała inna Polka. - "Najpierw trzeba było ziarno wyłuskać z kłosów, potem kilka razy wypłukać i wysuszyć. Następnie przesmażyć i potłuc na mąkę (tzw. tołkan). Taką smażoną, dość grubą mąkę można jeść popijając czajem lub mlekiem. Z prosa to tylko należało oczyścić łuskę, przewiać i wysuszyć na kaszę. Nie było to smakowite jadło, nieraz przyprawiało o mdłości, ale nie było wyboru".

W miarę dojrzewania zbóż i ziemniaków powstawały też możliwości prowadzenia "prywatnych" zbiorów. Młode ziemniaki były na kołchozowych i sowchozowych polach podkopywane już od sierpnia, gdy miały one jeszcze wielkość orzechów. Podkradano także dojrzewającą dopiero pszenicę. "Okres siewów i żniw był doskonałą okazją do zaopatrzenia się w Ťcośť do jedzenia czyli do kradzieży, w zależności od tego przy czym pracowało się i do czego miało dostęp. A więc nie gardziło się niczym, co tylko nadawało się do zjedzenia (pszenica, żyto, jęczmień (bardzo często czarny), kukurydza itp.) przy czym należało uważać, aby nie dać się złapać za kradzież". Robiono specjalne skrytki w odzieży, pozwalające ukryć przedmiot kradzieży i przenieść go do domu, a zdobyta w ten sposób żywność musiała być pod osłoną nocy zmielona na mąkę lub kaszę, ukradkiem ugotowana i zjedzona.

Wiosną pojawiały się, a rosły latem i jesienią, pewne możliwości zdobywania żywności w zamian za usługi świadczone kołchoźnikom. Chwytano się każdej pracy rokującej zdobycie czegoś do jedzenia. Wiosną było to kopanie ogrodów kołchoźników i sadzenie kartofli, latem - remonty domów, roboty murarskie, budowanie pieców, wyrób kiziaku, potem pomoc przy zbiorach ziemniaków i warzyw na działkach przyzagrodowych.

Jesienią starannie przeszukiwano pola po wykopkach i zbierano pozostawione ziemniaki, często zresztą pozostawione świadomie. Wiosną - wbrew zakazom - zbierano na polu ziemniaki nie wykopane jesienią, teraz oczywiście przemarznięte i częściowo podgniłe. Były rozmiękłe i cuchnące, wiele osób chorowało po ich zjedzeniu, ale głód nakazywał jedzenie wszystkiego, co się dało. Przemarznięte ziemniaki wykradano także z kołchozowych kopców lub udawało się je po prostu kupić. Ziemniaki takie po ususzeniu i stłuczeniu w stępie lub starciu wykorzystywano do pieczenia placków, bądź przerabiano na mąkę kartoflaną w ten sposób, że błotnistą masę jaką tworzyły po rozmarznięciu zalewano dużą ilością zimnej wody, w której mąka kartoflana się nie rozpuszczała i opadało na dno w postaci osadu. Po zlaniu wody z brudami mąkę suszono i była zdatna do użytku.

Tam, gdzie zboże w kopach pozostawało na polach, zimą ludzie po kryjomu, często nocą, rozbijali zmarzniętą skorupę śnieżno-lodową pokrywającą stertę i wydobywali ze środka snopy, a pilnujący zboża stróż dyskretnie odwracał się lub oddalał. Z kilku takich snopów udawało się wybrać garść dobrego, twardego ziarna, które po ugotowaniu mogło stanowić całodzienne pożywienie rodziny. Kradziono także z pól buraki i lucernę.

Ze świniarni kradziono odpadki podawane świniom: plewy, poślad z prosa, nasiona różnych roślin. Mielono to na domowych żarnach, robiono ciasto i pieczono z tego placki-pyszki.

Przedmiotem usilnych zabiegów i marzeń była praca przy zbożu: w magazynach, przy czyszczeniu ziarna, przy omłotach. Rozwinięte zostały różne sposoby jego kradzieży, specjalnie przystosowywano odzież. Z jęczmienia sporządzano kawę, z prosa - kaszę jaglaną, z plew po zmieszaniu z mąką pieczono placki.

Zimą wykradano z magazynu odpady zbożowe, z pól ukradkiem przynoszono ziarna traw oddzielone przy wianiu zboża.

Jesienią przynoszono z pola słoneczniki, które służyły długo za jedyną okrasę kasz i prażuchy. Podsmażano go lekko, tłuczono na mąkę, kilkakrotnie przesiewano. Z dodatkiem niedużej ilości wody stanowił sos do prażuchy.

Jakkolwiek za kradzieże groziły niezwykle surowe kary, to proceder ten był uprawiany na szeroką skalę. Zdawały sobie z tego sprawę i władze, toteż wprowadzały pewne ograniczenia, pozwalając na zatrudnienie w spichrzach zbożowych tylko jednej osoby z rodziny. Gdy nadzór magazynowy patrzył przez palce na poczynania polskich robotników, udawało się czasem wynieść jednorazowo nawet 8 kg ziarna.

Przedmiotem kradzieży z pól uprawnych były niedojrzałe jeszcze melony i arbuzy, polowano na kołchozowe gęsi.

Tam, gdzie to było możliwe, usiłowano polować na stepowe zwierzęta. Zimą zastawiano plecione z końskiego włosia wnyki, w które czasem wpadały zagłodzone prawie na śmierć kuropatwy. Od wiosny prowadzono walkę z susłami. Początkowo jej owocem były tylko skórki, ale w okresach nasilonego głodu nie gardzono i mięsem tych gryzoni. Nieocenione wprost było sąsiedztwo rzeki. Ryby były niezwykle cennym pożywieniem dla zesłańców, którzy znaleźli się nad zbiornikami wodnymi, zwłaszcza nad Iszymem czy Irtyszem. Zdarzało się, że konsumpcja następowała bezpośrednio po złowieniu: "Łowiłem ryby, patroszyłem, nacierałem mięso trawą rosnącą wzdłuż brzegu, której sok był słony i ostry niczym najprzedniejsza sól. Jedliśmy mięso na surowo i do dziś pamiętam, że było białe i bardzo smaczne". Zwłaszcza jesienią rzeki były miejscem połowów na wielką skalę, wtedy bowiem pojawiały się wielkie ławice dające się odławiać różnymi czerpakami, a nawet widłami i grabiami. Ilości złowionych ryb były tak znaczne, że poprzez suszenie można było gromadzić zapas na zimę. Zesłańcy tworzyli niekiedy zespoły do połowu ryb i ptactwa wodnego, pracujące na rzecz miejscowych spółdzielni, co dawało prawo do pajka żywnościowego: kilku kilogramów mąki miesięcznie, niewielkich ilości herbaty, trochę kaszy, czasem kilograma cukru. Chroniło to też przed mobilizacją do pracy. Zatrudnienie w brygadzie rybackiej stwarzało szansę wytopienia sobie z rybich wnętrzności odrobiny tłuszczu, który stawał się jedynym źródłem energetycznym dla rodziny.

Zdarzało się, że łupem ludzi, którym widmo śmierci głodowej zaglądało w oczy, stawały się psy i koty, wrony, wróble. Jedzono jaja ptasie, m.in. w postaci jajecznicy.

W różnych formach spożywano dziko rosnące w stepie rośliny jadalne.jadalne. Jedzono lebiodę i pokrzywy czy to gotując z nich zupę, czy w takiej postaci, jak zwykle spożywa się szpinak. Zbierano także dziki czosnek, różne grzyby, owoce dzikiej róży i dzikiej wiśni, szczaw. Latem w dużych ilościach gromadzono jagody zwane kościanką, podobne do leśnych malin, bogate w witaminę C. Wystarczyło je w beczce zalać wodą i przetrwały zimę, skutecznie chroniąc przed cyngą (szkorbutem). Wiosną w okolicach porośniętych brzeziną zbierano sok z młodych drzew, a nawet ich korę.

Z jęczmienia sporządzano kawę, z prosa - kaszę jaglaną, z plew po zmieszaniu z mąką pieczono placki. Pieczono również placki z łuski jaglanej zmielonej na żarnach i wymieszanej z gotowanymi łupinami ziemniaków, o które było zresztą też bardzo trudno. Gdzie indziej gotowane obierki mieszano z odrobiną mąki, dodawano prosa i z tego pieczono placki. Jesienią w stepie zbierano tzw. ryżyk, z którego wypiekano brązowo-czarne placki, nadające się do jedzenia tylko na gorąco, a później twardniejące tak, że można je było kruszyć wyłącznie siekierą. Jedzono placki z otrąb czy z pośladu, popijając "herbatą" robioną z zaparzenia kulek ukręconych z gotowanych i utartych łupin kartoflanych z otrębami i przypalonych potem w piecu. Tam, gdzie uprawiane były len, konopie czy bawełna, kupowano lub kradziono wytłoczyny z nich, przeważnie przeznaczane na paszę dla zwierząt. Nie cofano się przed zjadaniem mięsa zwierząt padłych z głodu. Mięso takie kołchozy wydawały czasem jako część wypiski z tytułu okresowego rozliczenia za pracę. Miarą zaś tej tragedii może być fakt, iż zdesperowana rodzina kupiła po prostu krowią skórę i po pokrojeniu i ugotowaniu zjadła ją.

Wreszcie chodzono po domach kołchoźników, żebrając o jakiekolwiek jedzenie czy wręcz o odpadki, jak choćby obierzyny ziemniaczane.

Poza bieżącym wyżywieniem wydawanym jednak w bardzo ograniczonych ilościach i dalekim od odpowiedniej jakości, przynajmniej niektóre kołchozy od czasu do czasu starały się wydawać pewne ilości produktów, którymi akurat w tym momencie dysponowały. Było to czasem parę kilogramów ziarna bądź mąki, czy też nieco ziemniaków, a czasem wręcz mięsa z padniętego bydła.

Odmienna sytuacja panowała w miastach. Jak już powiedziano osoby pracujące otrzymywały kartki na żywność, także dla niepracujących członków rodzin. Były to wprawdzie racje głodowe, często poza chlebem trudno było uzyskać przydziały innych środków spożywczych, ale jednak stanowiło to pewnego rodzaju minimalne zabezpieczenie. Problem polegał wszakże na tym, iż wśród ludności polskiej z racji jej struktury wg płci i wieku było stosunkowo dużo osób niezdolnych do pracy, a i nie wszyscy mogący pracować znajdowali zatrudnienie. Z drugiej strony w miastach łatwiej było kupić coś za pieniądze czy to na bazarze od kołchoźników, czy też w jadłodajniach lub wręcz na ulicy od prowadzących sprzedaż obnośną np. pierożków.

W miastach podstawę wyżywienia miały stanowić przydziały kartkowe, jednakże część produktów mimo takiego racjonowania i tak była nieosiągalna. W tych warunkach ogromnie ważną rolę odgrywało zbiorowe żywienie organizowane przez przedsiębiorstwa i instytucje. Poziom wyżywienia w takich stołówkach był zróżnicowany, zależał od wielu konkretnych uwarunkowań, w tym m.in. od gałęziowej przynależności przedsiębiorstwa, jego znaczenia, zaradności pracowników odpowiedzialnych za zaopatrzenie i prowadzenie stołówki, wreszcie od tego czy i jakie gospodarstwo pomocnicze posiadało dane przedsiębiorstwo. Na ogół jednak wyżywienie stołówkowe poza tym, iż było ograniczone ilościowo, było też jednostajne, małokaloryczne. Jego podstawą były zupy i przetwory zbożowe, zwłaszcza kasza. Bardzo rzadki krupnik lub kapuśniak, często wręcz osolona woda zaprawiona ciemną mąką, z kawałkami zielonego, czasem zgniłego pomidora, liśćmi kapusty itp. z odrobiną makaronu lub grudką krup, rzadko z malutkimi kawałkami ryby, kasza jaglana lub z prosa w najlepszym wypadku okraszona łyżką oleju - to było stale powtarzające się menu. Mimo to, a może właśnie dlatego zatrudnienie w takiej stołówce, także w piekarni czy magazynie żywności było marzeniem ściętej głowy - posadę taką uzyskiwało się często tylko przy poparciu partyjnym. W miejscach, gdzie istniała możliwość kradzieży żywności, a więc w mleczarniach, piekarniach, magazynach zbożowych itp. na swój sposób faktycznie respektowano konieczność poszukiwania możliwości przetrwania głodu i przymykano oczy na kradzieże, o ile dokonywane były w przyzwoitych granicach, tzn. na zaspokojenie potrzeby własnego przetrwania, a nie na handel. Przedsiębiorstwa takie często zresztą przyznawały swym pracownikom "wypiskę" w formie niektórych gorszych asortymentów żywności, np. chudego mleka, maślanki, przy surowych sankcjach za kradzież innych, np. masła.

Tłusta kartoflanka stawała się przedmiotem nękających pragnień i marzeń, w imię realizacji których podejmowano nieraz skomplikowane i ryzykowne działania gospodarcze, np. produkcję i handel pierogami na bazarze.

W mniejszych miejscowościach dożywiano się urządzając wyprawy na pola pobliskich kołchozów i sowchozów, zbierając różne zielska itp., a więc w identyczny sposób, jak czyniła to ludność zamieszkała na wsi.

W większych miastach sytuacja poprawiła się w 1945 r. latem. Wówczas to problemem przestał być głód, a dwa posiłki dziennie zaczynały być rzadkością. Pojawiły się większe ilości tłuszczów, w efekcie czego wzrastała wartość kaloryczna posiłków.

Istotnym źródłem zaopatrzenia zesłańców w artykuły żywnościowe był tzw. wolny rynek, na którym dokonywano zakupów za gotówkę oraz w formie wymiany, przede wszystkim za odzież, pościel itp. Tym drugim zagadnieniem zajmiemy się osobno, tu koncentrując się na możliwościach zakupów gotówkowych.

Do najczęściej kupowanych na wolnym rynku artykułów spożywczych należały te najbardziej elementarne: chleb, mąka, ziarna zbóż, a zwłaszcza pszenicy, ziemniaki, mleko, jaja. Źródłem zakupów były bazary oraz kołchoźnicy na wsi. W miastach głównym problemem były pieniądze, natomiast na wsi, przy handlu z kołchoźnikami zakupy za gotówkę nie były proste, bowiem przeważnie dysponujący nadwyżkami gospodarze woleli prowadzić handel wymienny. Bardzo często w relacjach zesłańców powtarza się przy tym informacja o braku jakichkolwiek produktów żywnościowych na tzw. wolnym rynku na wsi.

Poziom cen wolnorynkowych był bardzo zróżnicowany. Trudno przy tym o ustalenie jakichkolwiek reguł, bowiem w tym samym czasie w różnych obwodach, a w ramach obwodów w różnych miejscowościach ceny te nawet znacznie mogły się różnić. Z pewnością występowała sezonowość cen z wyraźną tendencją do ich wzrostu zimą i wiosną, zwłaszcza po latach nieurodzaju. Nie ulega też wątpliwości, iż po wybuchu wojny radziecko-niemieckiej ceny wolnorynkowe gwałtownie wzrosły, a jak się wydaje najwyższy poziom osiągnęły w 1943 r.

Wolnorynkowe ceny chleba były oszałamiające. Chleb należał do najdroższych artykułów na wolnym rynku. Jego ceny były zróżnicowane w czasie i w przestrzeni. W świetle wspomnień i dzienników można przyjąć, iż jego cena wahała się w granicach 80-140 rb. za kilogram, podczas gdy cena urzędowa w zależności od gatunku wynosiła 0,9-1,5 rb. za kg.

Zróżnicowane były także ceny mąki, artykułu najbardziej podstawowego w wyżywieniu polskich zesłańców. Ceny mąki ulegały bardzo poważnym zmianom. W sierpniu 1940 r. cena 1 puda mąki pszennej wynosiła np. w Pawłodarze 150 rb., by na początku września spaść do 100 rb. Następnie ponownie rosła: w grudniu 1940 r. wynosiła 120 rb., w marcu 1941 r. 170-200 rb. Tymczasem w styczniu 1941 r. w okolicach Sławienki w obwodzie kustanajskim pud mąki u kołchoźników kosztował 115 rb. W maju 1941 r. mąka staniała: w Pawłodarze płacić za nią trzeba było 67-70 rb. za pud, w obwodzie semipałatyńskim także staniała do 72 rb. za pud (żytnia nawet do 54 rb.)

W okresie wojny nastąpiła gwałtowna zwyżka cen wolnorynkowych mąki. Na początku maja 1943 r. na bazarze w Kustanaju kosztowała ona aż 2300-2500 rb. za pud, po żniwach, we wrześniu 1943 r. w obwodzie dżambulskim jej cena spadła do 1200 rb. za pud, a na przełomie 1943 i 1944 r. w Nowym Suchotinie w obwodzie kokczetawskim wzrosła do 1600 rb. za pud.

Innym artykułem stanowiącym przedmiot zakupów wolnorynkowych były ziemniaki. Jesienią 1940 r. w kołchozie w obwodzie kustanajskim wiadro kartofli (ok. 8 kg) kosztowało 10 rb. W styczniu 1941 r. za 100 kg kartofli trzeba było zapłacić najmniej 130 rb. W końcu marca 1941 r. w Pawłodarze cena 100 kg kartofli osiągnęła 500 rb.

W 1942 r. w dużej wsi w obwodzie pietropawłowskim wiadro ziemniaków kosztowało 300 rb. tj. dwie pensje nauczycielskie. Na bazarze w Kustanaju na początku maja 1943 r. pud ziemniaków ceniono na 800 rb., tj. 50 rb. za kilogram. Taką samą cenę zanotowano w Akmolińsku późną jesienią 1943 r. W Nowym Suchotinie w obwodzie kokczetawski na przełomie 1943/1944 r. za wiadro ziemniaków żądano 400 rb. Gdzie indziej jesienią 1944 r. wiadro kartofli kosztowało 300 rb., tj. więcej niż trzy osoby zarobiły w ciągu miesiąca. W Kustanaju w grudniu 1944 r. pud ziemniaków kosztował dużo taniej - tylko 80-100 rb., co dawało cenę 1 kg na poziomie 5-6 rb.

Rodziny, w których były małe dzieci starały się także o zakup mleka, zwłaszcza, gdy nie wydawano go w miejscach zatrudnienia, lub ilości tak uzyskiwane były niewystarczające. Tym bardziej, że często używano mleka do zabielania i wzbogacania zup. Na początku września 1940 r. w kołchozie w okolicach Pawłodaru za litr z trudem kupionego mleka należało zapłacić 3 rb. Jednakże w kołchozie położonym w obwodzie kustanajskim litr mleka kosztował w tym czasie mniej - 1-1,2 rb. W samym Pawłodarze w połowie marca 1941 r. cena ta wynosiła już 4 rb.. Taką samą cenę odnotowano tam w marcu 1943 r. Natomiast trzy miesiące później na bazarze w Kustanaju cena litra mleka sięgnęła astronomicznej sumy 50-60 rubli.

W pobliżu Dżołkuduku w obwodzie semipałatyńskim w połowie maja 1940 r. jaja można było kupić po 40 kop. W kołchozie w pobliżu Pawłodaru pojawiły się one w wolnym obrocie dopiero w połowie sierpnia 1940 r. po 1 rb. za sztukę i taka cena utrzymywała się też we wrześniu. W marcu 1941 r. w Pawłodarze jaja kosztowały po 1,5-1,8 rb.. Natomiast na początku maja 1943 r. na bazarze w Kustanaju zanotowano cenę 15 rb. za jedno jajo.

Głód był nieodłącznym towarzyszem znakomitej większości polskich zesłańców w Kazachstanie. Jedni odczuwali go przez dłuższe okresy, inni krócej, jedni zaglądali w oczy śmierci głodowej, inni choć stale niedożywieni nie przeżywali takich skrajnych stanów. Niestety, śmierć ta zebrała również swoje okrutne żniwo. Jak wielkie, tego nie da się już zapewne dokładnie ustalić. Słowa nie zawsze oddają tragizm tych sytuacji, jednakże warto przytoczyć kilka charakterystycznych wypowiedzi samych zesłańców. "Nie byłam dosłownie głodna - wspominała po latach J.Mielżyńska - ale miałam stale drażniące uczucie czczości, braku czegoś i doszłam do tego, że w przeciwieństwie do początków, kiedy w wyobraźni wyprawiało się prawdziwe orgie gastronomiczne, szczytem moich marzeń było mieć przed sobą szklankę mleka, na spodeczku trochę cukru i bochenek chleba, z którego by można kroić bez liczenia". Dramatyczniej odczuwała to M.Januszkiewicz: "Wciąż byliśmy głodni! Uczucie głodu było dominujące i spychało na dalszy plan wszystkie inne odczucia i potrzeby". A w innym miejscu swoich wspomnień zapisała: "Uczucie głodu towarzyszyło nam stale. Przeszło w rodzaj obsesji i zabijało wszystkie inne doznania. Nie było miejsca ani godziny, żebyśmy nie myśleli i zdobyciu czegoś do jedzenia". Głód zabijał uczucia obrzydzenia konsumowaniem resztek, wyzwalał najwyższą wdzięczność wobec osób przynoszących najmniejszą pomoc: "Czasem dobra kobiecina ruska przyniosła trochę zupy Ťnatie, ostałoś, dieti uże nie chotiatť, i my cieszyliśmy się, że dzieci zostawiły, jedliśmy te resztki po zasmarkanych dzieciach, nie czując odrazy". Głód i widmo jego ostatecznego zwycięstwa stawały się czynnikiem przytłaczającym zesłańców: "Najrozpaczliwsze były chwile, kiedy ostatnią garść ziarna zużywało się na zupę lub kawałek bani, zdobytej za jakąś wykonaną pracę i nie było widoku czy znów nadarzy się coś do zjedzenia. Koszmar niepewnego jutra chodził jak cień i zatruwał życie". Jakże tragicznie brzmi opowiadanie 10-letniej wówczas dziewczynki: "Z mąki robiła matka placki. Placek taki mała Danusia, żywicielka rodziny, chowała naprzód pod swoją poduszkę. Potem, przez cały dzień, zaglądała tam, napawając się jego widokiem i dopiero wieczorem, z wielkim żalem, zabierała się do jedzenia. Powoli, ostrożnie, aby te błogie chwile rozciągnąć w godziny, w nie kończącą się rozkosz". Nic dziwnego, iż myśl o zjedzeniu czegoś przekładała się w słowa modlitwy: "Lepioszka naszego powszedniego daj nam i jutro też Panie". I niech te właśnie słowa pozostaną najlapidarniejszym zamknięciem tych rozważań o wyżywieniu, a w istocie stałym niedożywieniu Polaków w Kazachstanie.




Strona główna

Mapa strony

Moje publikacje