Strona główna

Mapa strony

Moje publikacje






POLACY W KAZACHSTANIE
1940-1946

Deportacje 1940-1941

Liczba deportowanych

Status deportowanych

Warunki egzystencji

Wyżywienie

Mieszkanie

Odzież i obuwie

Praca

Stan zdrowia

Pomoc i samopomoc

Otoczenia a Polacy

Postawy i nastroje

Życie religijne

Nastroje zesłanych


Na stronie

Historia Rosji i ZSRR

Konflikt rosyjsko-czeczeński

System represji w ZSRR

Historia GUŁagu

Masowe deportacje w ZSRR

Deportacje Polaków do ZSRR

Polacy w Kazachstanie

Wschodnie losy Polaków

Kresy Wschodnie

Przesiedlenia Polaków z ZSRR

Dzieje myśli politycznej

Z najnowszych dziejów Polski

Z dziejów Wrocławia




Nastroje w polskich zbiorowościach

Początkowo znaczna część Polaków traktowała zesłanie jako wydarzenie krótkotrwałe, które musi się rychło skończyć za sprawą takich czy innych czynników i nastąpi powrót do Polski, a tym samym i do normalności. Poglądy na temat jakie to konkretnie siły zapewnić miały ów powrót były różnorodne. Bardzo ważną przesłanką nadziei na rychłą odmianę losu, była wiara w zachodnich sojuszników Polski: Francję i Wielką Brytanię. Nadzieje te opierały się zarówno na rozpowszechnionym już przed wojną przekonaniu, że Polska nie mogła zostać pozostawiona sama sobie, a także na światowym charakterze konfliktu wojennego. Ważnym źródłem wiadomości o przebiegu wydarzeń międzynarodowych, a raczej o łączonych z nimi spekulacjach, była docierająca do zesłańców korespondencja z kraju, w której często dość naiwnie maskowane przez autorów "rewelacje" podsycały nadzieję i wiarę w odmianę losu. Panowało przekonanie, że Francja i Anglia upomną się o deportowanych obywateli polskich, wymuszą na Rosjanach ich powrót do rodzinnych domów, a nawet że już podjęły stosowne zabiegi. Niekiedy rozciągano te rachuby także na rząd amerykański. Pojawiały się wręcz plotki, że już niedługo mają wyjechać do Wielkiej Brytanii czy USA. "Skąd ta pogłoska przybyła i czy była prawdziwa nikt nie wiedział i nie pytał, fakt, że była powtarzana z ust do ust i magicznie dodawała sił do przetrwania ciężkich chwil, które nas tu czekały" - zapisała w swoich wspomnieniach jedna z Polek. Wiara w potęgę Francji napawała nadzieją, iż Niemcy w konflikcie z nią poniosą klęskę, a wtedy powstaną warunki, by rząd polski upomniał się o swych obywateli. Najczęściej były to wszystko spekulacje i oczekiwania nie oparte na żadnych faktach. Zesłańcy nie dysponowali bowiem informacjami, pozwalającymi im na śledzenie wydarzeń międzynarodowych. Źródłem wiadomości były gazety rosyjskie, dochodzące z reguły z dużym, w przypadku gazet centralnych nawet parotygodniowym, opóźnieniem, plotki krążące wśród miejscowej ludności, wymieniane zwłaszcza na bazarach w miastach, także korespondencja nadchodząca od rodzin z kraju.

Niektórzy uważali, że same władze radzieckie zmienią swe decyzje, że trzeba tylko interweniować na najwyższym szczeblu.

Pisali więc listy do władz w tej sprawie: do Stalina, Woroszyłowa, Mołotowa, Kalinina. Nigdy nie otrzymali odpowiedzi. Nadzieje te jednak miały wszelako czasem bardzo poważne skutki zupełnie innej natury, powodowały np., iż mimo możliwości nie posadzono ziemniaków, w przekonaniu o bezcelowości tego typu poczynań, skoro z pewnością rychło stamtąd wyjadą. Inni łudzili się, że władze będą zmuszone jesienią odesłać ich do kraju, "bo wrócą pasterze z wypasów i gdzie będą mieszkali?". W swym konkretnym wymiarze, poszukującym przesłanek decyzji władz radzieckich w tego typu zjawiskach, był to zapewne sposób myślenia, który łatwo uznać za naiwny. Ale odzwierciedlał on także zasadnicze odrzucenie perspektywy biernego przystosowania, poddania się, pogodzenia z zaistniałą sytuacją. Był wyrazem nadziei, ta zaś stanowiła niezwykle istotny czynnik przetrwania. "W latach wojny najważniejszą siłą witalną była dla Polaków nadzieja" - zapisał w swych wspomnieniach jeden z zesłańców. - "Gdyby nie wiara w szczęśliwy powrót, nasza gromadka stopniałaby jeszcze bardziej. A tak można było przetrzymać tyfus brzuszny i plamisty, malarię, szkorbut".

Położenie życiowe i codzienna walka o przetrwanie nie skłaniały raczej do głębszego zajmowania się innymi sprawami. "Nie czytaliśmy gazet. Przestały dla nas istnieć problemy międzynarodowe. Wyparł je strach, by w zimie nie zmarznąć i nie zdechnąć. Czepialiśmy się konwulsyjnie wszystkiego, co dawało minimalne korzyści materialne. [...] W tym codziennym borykaniu się z nędzą zapomnieliśmy niemal o ojczyźnie. Sprawy międzynarodowe wydały nam się dalekie. Jakby nie z naszej planety". Zapewne to jednostkowa relacja i w skali całej zbiorowości przerysowana, choć nie ulega wątpliwości, iż przytłoczenie wszystkimi przeżyciami podróży i nowej sytuacji na zesłaniu, szok wywołany zetknięciem się z zupełnie obcym, w dużej mierze wrogim otoczeniem ciążyło na spojrzeniu na świat. Nawet jednak i autorka tych słów przyznała, że ofensywa niemiecka na zachodzie w 1940 r. wywołała zainteresowanie zesłańców.

Z takich czy innych źródeł przynajmniej niektórzy zesłańcy wiedzieli o wojnie toczącej się w Norwegii, potem w Belgii, Holandii i Francji. Nie dawali wiary doniesieniom radzieckim w przekonaniu, że Rosjanie sprzyjając Niemcom donoszą nieprawdziwie o ich sukcesach. Samo starcie pobudzało raczej nadzieję na rychły koniec wojny i odbudowę Polski. "Czepiałyśmy się, zwłaszcza Mamusia, każdej nadziei. Łudziłyśmy się, że alianci rozbiją wkrótce Niemców i zmuszą rosyjskiego alianta Niemców do oddania zajętych ziem polskich i uwolnienia nas. Liczyłyśmy na to, że to nastąpi prędko, w czasie najbliższych miesięcy". Szczególnie istotny był fakt, że wojna nie skończyła się wraz z klęską Polski, że trwała nadal i uczestniczyli w niej polscy żołnierze.

Tym większym wstrząsem była wiadomość o upadku Francji, która wywołała szok i wyraźnie odcisnęła się na nastrojach, wywołując sytuację o cechach kryzysu.. "Był to dla nas wszystkich Polaków cios olbrzymi. Zdawało się, że świat się dla nas po raz trzeci zawalił, że nie będzie już ratunku". "Wiadomość o upadku Francji była dla nas katastrofą. Mamusia z początku wprost nie chciała w nią uwierzyć, twierdząc, że to kłamstwo rosyjskich gazet. Ale w końcu trzeba było uwierzyć i pogodzić się z tym, że ratunku dla nas w drodze rozwoju wydarzeń nie można się spodziewać prędko". Zdawała się potwierdzać głoszona przez czynniki radzieckie teza o nieodwracalności upadku Polski, a tym samym i losu zesłańców.

Oczekiwanie na zmianę położenia, a nawet pewność, że musi ona nastąpić, stwarzała dobry grunt dla wszelkiego rodzaju plotek, pogłosek, domysłów. "Ktoś przyniósł wiadomość z wiarygodnego źródła: na Boże Narodzenie wracamy do Polski. Nikt się wówczas nie zastanawiał, jak to się miało stać, kto miał się upomnieć o nas? To jednak pozwalało nam przetrwać - oczekiwanie, wiara, nadzieja". To nic, że nadchodziło owo Boże Narodzenia, a sytuacja nie ulegała zmianie. Natychmiast pojawiała się równie "pewna" informacja, iż do domu wrócą na Wielkanoc i znowu w to wierzono. Sama wiara była bowiem ważniejsza, niż jej przedmiot. "W zimie mówiło się, że wojna skończy się na wiosnę, a gdy ta mijała, nasz powrót odwlekał się do jesieni"- wspominał kto inny.

Owe nadzieje i oczekiwania konfrontowane były z częstokroć przekazywanymi zesłańcom zapewnieniami funkcjonariuszy władzy, a zwłaszcza NKWD, iż do Polski już nie powrócą, że Polski nie ma i nie będzie, a oni na zawsze pozostaną tam, gdzie się znaleźli. Boleśnie uderzało to w morale deportowanych.

Dla podtrzymywania nastrojów ogromne znaczenie miały paczki i listy od rodzin i znajomych w kraju. Były tym, co "podtrzymuje na duchu i dodaje sił do dalszej pracy". Oczywista była waga materialnych dóbr przysyłanych w paczkach: żywności, odzieży, różnych drobiazgów. Pozwalały one wzbogacić jedzenie, dokonać wymiany z miejscową ludnością, zapłacić za mieszkanie itp. Ale bezcenny był sam fakt kontaktu z pozostawionym gdzieś daleko światem. "Już sam fakt, że jest ktoś, kto myśli, aby nam pomóc, napawał otuchą". Dzięki tym paczkom w dużej mierze wielu zesłańcom udało się odświętnie przeżyć pierwsze Boże Narodzenie na zesłaniu, a to właśnie święto w polskiej tradycji odgrywało przecież tak wielką rolę. Przysłany z kraju opłatek był symbolem więzi z najbliższymi, z Polską, ze znanym sobie światem. Był dowodem, że są ci, którzy pamiętają. Wspólna modlitwa, w której łączono się z bliskim, wspólnie śpiewane kolędy tworzyły nie tylko nastrój tego dnia, ale wzmacniały wiarę w lepszą przyszłość, oddalały poczucie osamotnienia, wyobcowania, zagubienia w "innym świecie", "oswajały" ponurą rzeczywistość codzienności. Nawet jeśli święta były bolesne przez wspomnienie dawnych czasów w kraju, dostatnich dni, szczęśliwego dzieciństwa.

Wspomnienia zresztą były jednym z istotnych czynników kształtowania nastrojów i zarazem swoistym odzwierciedleniem sytuacji aktualnej. Wraz z pogarszaniem się sytuacji żywnościowej nastał czas wspomnień i marzeń kulinarnych, im trudniej było przeżyć zwykły dzień, tym chętniej sięgano do wspomnień o niegdysiejszych balach, zabawach, spotkaniach towarzyskich, świętach itp. "Były więc bale i rauty, spotkania towarzyskie i rodzinne, święta Bożego Narodzenia i Wielkanoce, tak zawsze uroczyste i pogodne, kiedy nie przeczuwaliśmy wcale tego, co nas czeka w przyszłości. W pamięci rysowały się korowody polonezów, słyszeliśmy niemal melodie uroczych walców, mazurków, oberków".

Zimą 1940/1941 w oczy zesłańców coraz częściej zaglądał głód. To musiało wywoływać nastroje przygnębienia, rozpaczy, zwątpienia. W jednym z wysłanych wówczas do Polski listów znalazł się taki oto zapis: "Nadzieja lepszego jutra zaczyna zamierać i przestajemy się pocieszać i łudzić powrotem w nasze strony, a przecież tu, w tych stronach nie chce się żyć i zostawić kości na obcej ziemi". Wtedy właśnie po raz pierwszy pojawiła się na szerszą skalę psychoza głodowa i jednocześnie nastał ów czas kulinarnych wspomnień i marzeń: "W tym okresie nasze panie ogarnęła mania wymiany przepisów kulinarnych. Przepisy te stały się głównym, jeśli nie jedynym, tematem rozmów. [...] Delektowały się przepisami dzisiaj, kiedy nie było mowy o zdobyciu koniecznych składników [...] W marzeniach przesypywały bielutką mąkę, łączyły ją z masłem, dodawały jaj, cukru, korzeniu, rumu. Później w obłędnych rojeniach urządzały herbatki, częstując swym dziełem zachwyconych gości. Zebrane czasami w trójkę czy czwórkę wyobrażały sobie uczty, ba - orgie obżarstwa, rzucając w siebie nazwami przeróżnych przysmaków". W tej samej relacji czytamy dalej: "[...] postanowiliśmy sobie solennie, że po powrocie do Lwowa zbierzemy się razem tak, jak jesteśmy i urządzimy sobie prawdziwą ucztę, tylko że z kazaskim menu i z górami wszystkiego. A więc stosy lepioszek, półmichy pierożków, wiadra prażonej pszenicy, a wszystko podlane morzem lanego ciasta na mleku i słodkim czajem. A po lepiankach i chatach skulone z zimna dzieci słuchały z przejęciem -zamiast bajek z tysiąca i jednej nocy - opowiadań o tych smakowitych dziwach".

Głód dominował nad wszystkimi myślami i odczuciami zesłańców. Był zasadniczym czynnikiem kształtującym ich nastroje, postawy i zachowania. W miarę jak stawał się powszechnym zjawiskiem, zwłaszcza od końca zimy 1940/1941 r., wszystkie myśli zesłańców zaczynały krążyć wokół spraw pożywienia. "Chlebowe sny", marzenia o najedzeniu się do syta, o ucztach z ogromnymi ilościami tego wszystkiego, czego tak bardzo brakowało w codzienności, marzenia o wyszukanych potrawach stawały się powszechne. "Noc w noc śniły mi się półki chleba, białego, razowego, bochenki długie, okrągłe, świeże [...] A gdy brałam te chleby z półki, niosąc je do ust, sen się przerywał" - zapisała w swych wspomnieniach Z.K.Kawecka. "Uczucie głodu towarzyszyło nam stale" - wspominała natomiast G.Jonkajtys-Luba. - "Przeszło w rodzaj obsesji i zabijało wszystkie inne doznania. Nie było miejsca ani godziny, żebyśmy nie myśleli i zdobyciu czegoś do jedzenia".

Stopniowo zesłańców coraz bardziej przygnębiał jednak brak perspektyw, niepewność jutra związana z dramatyczną sytuacją materialną napawała coraz większymi obawami o fizyczne przetrwanie. Narastać zaczynała świadomość, że przemiany w ich losie, jeśli nastąpią, nie będą tak szybkie, jak początkowo wielu sądziło.

Swego rodzaju reakcją na beznadziejność położenia, a zarazem przejawem ciągłego poszukiwania oparcia dla jakiejkolwiek nadziei było rozpowszechnienie się wśród zesłańców seansów spirytystycznych. Usiłowano przywoływać duchy, by dowiedzieć się od nich kiedy nastąpi powrót do Polski, czy żyją najbliżsi, a zwłaszcza aresztowani wcześniej ojcowie itp. Seanse takie z reguły przynosiły pozytywne odpowiedzi na pytania zadawane duchom. Służyły wszak "pokrzepieniu serc".

W relacjach samych zesłańców można znaleźć sprzeczne opinie na temat wzajemnych stosunków w obrębie polskich zbiorowości. Oto jedna z nich, odnosząca się do końca 1940 r.: "Polacy w stosunku do siebie stawali się coraz bardziej oziębli, zamknięci, każdy w tajemnicy przed drugim urządzał się, a wszystkich opanowywał skrajny egoizm - i co było bardzo już dostrzegalne u większości - apatia!". Ale przeciwstawić jej można relację całkowicie odmienną: "Polacy solidaryzowali się ze sobą, zbierali się na rozmowy, mimo że było to surowo zabronione. Nie tracili nadziei, ani ducha polskości. Marzyli o powrocie do kraju, suszyli chleb na drogę i wierzyli, że odzyskają wolność i wrócą do rodzinnych stron".

Kolejnym momentem znaczącym dla kształtowania się nastrojów polskich zesłańców był wybuch wojny niemiecko-radzieckiej. Rekacja na ten fakt okazała się psychologicznie dość złożona, bowiem nałożyły się w tym wypadku na siebie odczucia różnych jego wymiarów. Jak można sądzić z wypowiedzi zesłańców, w pierwszym momencie wiadomość o konflikcie między zaborcami wywoływała radość, w której pojawiały się też odczucia satysfakcji z porażek radzieckich. "Znowu w nasze serca wstąpiła nadzieja - a więc jeszcze nie koniec wojny" - wspominała po latach jedna z zesłanych. - "Wiedząc o militarnej potędze Niemiec, liczyliśmy na szybkie zagrabienie Rosji i na reakcję całego świata, który znając ekspansywne zamiary Hitlera będzie musiał stawiać im opór. Dziwne, jak szybko wypadki światowej wagi zaczęły się zmieniać. Niemcy - nasi wrogowie, w tej chwili byli naszą nadzieją, że może pośrednio staną się powodem końca naszej katorgi". Rodziło się przekonanie, że wojna rozsadzi mury zniewolenia, że musi zmienić układy polityczne, w rezultacie czego powstanie wolna Polska i nastąpi wyzwolenie zesłańców. Budziła się znów nadzieja na powrót do ojczyzny. Pojawił się nastrój pełen nadziei, który usuwał na bok pojawiające się pogorszenie warunków, m.in. rygorów pracy. "Nie wiedząc, nie rozumiejąc jeszcze jak to się stanie, zdawałyśmy sobie sprawę z tego, że walka między tymi naszymi dwoma wrogami może - musi otworzyć nam drogę ratunku".

Dopiero stopniowo, pod wpływem najbliższego otoczenia odbierającego wybuch konfliktu jako osobistą tragedię, pociągającą za sobą śmierć mężów, synów, braci, w świadomości zesłańców zarysował się inny wymiar tej wojny. W walczących po stronie radzieckiej dostrzeżono nie tylko przedstawicieli systemu, ale mężczyzn i chłopców, którzy z tym systemem nie mieli nic wspólnego, którzy często wyrwani zostali na bój z tych domów, w których mieszkali zesłańcy, którzy poszli na nią, by bronić rosyjskiej ziemi, własnej ojczyzny. Wojna zyskała także dla polskich zesłańców oblicze znanego sobie człowieka, sąsiada, znajomego, przyjaciela.

I wreszcie wybuch wojny wywołał także lęki i obawy. "Z jednej strony znów błyskała iskierka nadziei, z drugiej strach tego, co nas bezbronnych, opuszczonych na tych olbrzymich obszarach, czeka w obliczu nowych wydarzeń, ale i niebezpieczeństw". "Rozpoczęcie wojny niemiecko-sowieckiej odczuliśmy na swojej skórze. Nie dość, że teraz musieliśmy bardzo uważać i ciężko pracować, bo rzeczywiście hasło - Ťwszystko dla frontuť było mocno przestrzegane, to jeszcze do tego urwała się nam korespondencja z Polską i przestały docierać do nas paczki. I to odbiło się na naszej egzystencji i na naszej psychice. Byliśmy całkowicie odcięci od świata - od Polski, od wiadomości o bliskich. Odczuwaliśmy bardzo brak tych słów otuchy, słów miłości, słów współczucia, jakie w listach otrzymywaliśmy".

Prawdziwy przełom w nastrojach nastąpił po podpisaniu układu Sikorski-Majski, ogłoszeniu tzw. amnestii i uruchomieniu polskich placówek na terenie ZSRR. Zesłańcy o układzie polsko-radzieckim i jego następstwach dowiadywali się w bardzo różnym czasie. Do wielu osad informacja o tych wydarzeniach docierała stosunkowo szybko, choć czasem przypadkowo. Inni dowiadywali się o tych tak ważnych dla nich wydarzeniach dopiero we wrześniu i jesienią 1941 r. Ale były przypadki, gdy stało się to jeszcze później: w związku z wizytą gen. Sikorskiego w Moskwie czy nawet na początku 1942 r. Nie pociągało to za sobą jakiejś automatycznej zmiany sytuacji, zwłaszcza materialnej. "Umowa Sikorskiego ze Stalinem nie wpłynęła na zmianę życia Polaków w pawłodarskiej obłasti. Normy pracy były większe, wiadomości z frontu gorsze, a wszystkiego coraz mniej. Gdzieś w centralnej Rosji tworzyło się Polskie Wojsko, ale działo się to tysiące kilometrów od nas! Żyliśmy jednak nadzieją, że może prędko coś się zmieni, może ujrzymy drogie nam osoby, może będziemy wkrótce miały szansę dołączyć do polskiego wojska!"

Wiadomość o przywróceniu stosunków dyplomatycznych między Polską a ZSRR i o następstwach układu polsko-radzieckiego, a zwłaszcza o perspektywie objęcia ludności polskiej opieką ambasady i o tworzeniu polskiej armii w ZSRR wywarła na zesłańcach ogromne wrażenie. Oto jak zapisał swoje ówczesne przeżycia jeden z zesłańców: "Późne lato. Popołudnie. Byłem w domu sam. Nagle z głośnika, małej skrzynki zawieszonej nisko na ścianie, tak zwanego kołchoźnika, usłyszałem: ŤJeszcze Polska nie zginęłať. Zamarłem z wrażenia, serce zaczęło szybko bić. Przywarłem do głośnika. Ktoś w ojczystym języku przemawiał do nas, Polaków, rozproszonych po rozległych terenach Kraju Rad. Mówił o nawiązaniu stosunków dyplomatycznych, o wspólnej walce i tworzeniu się Polskiej Armii. Obiecywał również materialną pomoc. Wydawało mi się, że śnię, że to nieprawda. Trudno sobie wyobrazić naszą radość, radość nielicznej grupy rodaków zamieszkałych w Presnowce". We wszystkich chyba relacjach zesłańczych, w których mowa jest o wydarzeniach lata 1941 r., obok informacji o układzie polsko-radzieckim i amnestii nieodłącznie pojawia się słowo "nadzieja". Pojawił się niebywale silny, może nawet irracjonalny impuls podtrzymujący nieraz i zachwianą wiarę, że przetrwają, że wrócą do kraju, że będzie znów wolna Polska. Drugi, niezwykle silnie działający i kształtujący nastroje i postawy Polaków czynnik w tym okresie, to poczucie, że nie są sami, że nie są już zagubionymi na wielkich obszarach ZSRR rozbitkami pozbawionymi oparcia. Świadomość, że jest oto ktoś, kto się o nich zatroszczy, kto się o nich upomni, wspomoże, obroni, że jest polski rząd reprezentujący państwowość, a oni nie są niczym gorszym od innych: są obywatelami polskimi, nie tylko dodawała otuchy, ale wręcz stawała się podstawą bytu psychicznego. Tak na ten temat pisał ambasador Kot do ministra spraw zagranicznych w listopadzie 1941 r.: "Zwolnienie, dokonane dzięki paktowi, wywołało niesłychanie dodatni wstrząs wśród ludności polskiej, pewnego rodzaju mistyczną wiarę w rację bytu Państwa Polskiego. Przekonano się, że choć poza Krajem i bez środków, istnieje gdzieś daleko reprezentacja tego Państwa, wcielona w Rządzie, który nie tylko ogrania swoją troską los obywateli, zamkniętych na drugim krańcu świata i skazanych na zagładę, ale także ma dość powagi i siły, aby tych obywateli przywrócić do warunków choćby najskromniejszego ludzkiego bytu. [...] Gdzie jest ten Rząd i kto go stanowi, ogół nie wiedział. Znane tylko było wszędzie nazwisko Gen. Sikorskiego, które wśród mas, przebiegających z północy, jak donoszą placówki ze stacji węzłowych, nabrało cechy religijnego kultu. Ta świadomość siły Rządu Polskiego na uchodźstwie wywołała wiarę w wielką przyszłość Państwa Polskiego. Ta wiara przyczyniła się do wysokiego napięcia atmosfery moralnej wśród ludności cywilnej i wśród wojska". To przywrócenie ludziom wiary i nadziei, dumy i poczucia wartości było jednym z najważniejszych skutków układu Sikorski-Majski.

Ogromne znaczenie dla deportowanych miało pojawienie się polskiego słowa drukowanego. Choć organ prasowy ambasady "Polska" i pismo wojskowe "Orzeł Biały" docierały do stosunkowo nikłej części zesłańców, to przecież rola tych pism była nieporównanie większa, niżby świadczył o tym ich nakład. Teraz z polskich gazet ludzie dowiadywali się najważniejszych wiadomości, kolportowanych potem ustnie, mogli dowiedzieć się o losach innych polskich zbiorowości na obczyźnie, choćby fragmentarycznie zapoznać się z rzeczywistością w okupowanym kraju, przeczytać fragmenty arcydzieł polskiej literatury. Dla wielu dzieci polskich te gazety stawały się podręcznikami języka polskiego. To wszystko krzepiło ducha, podtrzymywało nadzieję.

Polskie placówki nie tylko przynosiły bezcenną pomoc materialną, ale stawały się jakby skrawkiem ojczyzny. "Od czasu do czasu chodziliśmy do miasta po wiadomości i cieszyć się tą namiastką wolności w Polskiej Delegaturze, gdzie wszystko było swoje, polskie, gdzie nabierało się otuchy na zmianę naszej sytuacji" - zapisał jeden z zesłańców. A w innej relacji czytamy: "Otuchą - dla nas Polaków - było już samo istnienie Polskiej Delegatury w Pawłodarze, a co dopiero jak już zauważalnie przejawiać poczęła swoją działalność. Przede wszystkim dokonywali spisu wszystkich Polaków przebywających i w Pawłodarze i w całej obłasti. Przygotowano dla Polaków Ťdowody tożsamościť. Arkusz A-4 podzielony na trzy części: w języku polskim, rosyjskim, angielskim. Dowodu tego strzegłam przez lata zsyłki jak źrenicy oka. Do tej chwili wszyscy byli Ťanonimamiť - bez Ťpapierkať. Z polskimi dowodami poczuliśmy się mocniejsi".

Pojawiający się w polskich skupiskach wysłannicy armii nie tylko przynosili szansę wyrwania się do wojska polskiego, a z czasem nadzieję na wyrwanie się z radzieckiej rzeczywistości. Byli też żywymi symbolami. Polski mundur, orzełki na czapkach i guzikach - to były elementy robiące ogromne, długo pamiętane wrażenie.

Oczywiście dla podniesienia nastrojów zasadnicze znaczenie miał konkretny wymiar pomocy materialnej i opieki ze strony ambasady i jej placówek. Wielokrotnie przecież oznaczała ta pomoc po prostu ucieczkę od najgorszego: od śmierci głodowej czy porażki w walce z szerzącymi się chorobami, oznaczała wydobycie się z łachmanów, uzyskanie szansy podjęcia pracy, dotąd niemożliwego z uwagi na brak odzieży czy obuwia. Była to zresztą nie tylko sprawa fizycznego przetrwania, ale i podniesienia głowy, poczucia się znowu człowiekiem, a nie zaszczuwanym zwierzęciem. To prawda, że pomoc nie docierała wszędzie i była dalece niewystarczająca. Ale też trudno przecenić jej materialne i moralne znaczenie, zwłaszcza w kontekście coraz większej nędzy panującej w ZSRR. Nie dziwi więc stwierdzenie zesłańca, iż wtedy zaczęły się dla Polaków "dobre czasy". Niestety, nie trwały one długo.

Likwidacja delegatur, a następnie przejęcie polskich placówek opiekuńczych przez władze radzieckie, brutalnie przeprowadzona paszportyzacja, a wreszcie zerwanie przez Moskwę stosunków dyplomatycznych z rządem polskim, przeprowadzone w atmosferze antypolskiej nagonki propagandowej i oskarżeń o kolaborację z III Rzeszą, spowodowały, iż Polaków ogarnęły nastroje niepewności, obaw, strachu, zwątpienia i rozpaczy. Gdy w wyniku presji musieli przyjąć obywatelstwo ZSRR pojawiały się myśli: "My też jesteśmy teraz Sowietami. Już nikt o nas się nie upomni i chyba nigdy nie wrócimy do Polski". W takich okolicznościach każdy symptom zmiany tego położenia działał niezwykle silnie na nastroje: np. wypowiedzi Sikorskiego o konieczności przywrócenia stosunków polsko-radzieckich czy podróż polskiego premia na Bliski Wschód były z ogromnymi nadziejami odbierane jako zwiastun ponownej zmiany sytuacji.

Tym większym wstrząsem dla polskich skupisk w ZSRR musiała być wiadomość o śmierci gen. Sikorskiego. Z nim osobiście wiązano wielkie nadzieje, on symbolizował Polskę, perspektywę wolności i powrotu do kraju. Tragiczny charakter tego faktu był tym głębszy, że śmierć polskiego premiera nie była odległa w czasie od fali represji, jaka spadła na Polaków po zerwaniu stosunków polsko-radzieckich. W wielu relacjach właśnie z tym faktem łączone są stwierdzenia, że zapanowała "czarna rozpacz", "brak perspektyw", poczucie beznadziejności. "Ogół ogarnął przestrach i rozpacz" - czytamy w jednej z relacji. - "Zginął nie tylko naczelny wódz, ale cała nasza nadzieja na przyszłość i powrót do kraju".

Na tak kształtujące się nastroje nakładało się poczucie coraz większej beznadziejności położenia bytowego. Po bardzo trudnych poprzednich latach, po przerwaniu działalności opiekuńczej polskich placówek, w sytuacji, gdy wyczerpały się już wszystkie zasoby, a za najcięższą nawet pracę trudno było Polakom uzyskać pożywienie wystarczające do przeżycia, perspektywy rysowały się w najczarniejszych barwach. Polacy tracili nadzieję na przeżycie, a tym bardziej na wyzwolenie.

"Coraz częściej zaglądało widmo beznadziejności, załamywania się i strachu przed oczekującą nas najbliższą przyszłością".

Podjęcie działania przez ZPP w środowiskach polskich przyjmowane było w sposób zróżnicowany. O jego istnieniu dowiadywano się zresztą nie od razu, a do niektórych skupisk wieść ta dotarła bardzo późno. Tak czy inaczej wywoływała ona wątpliwości i rozterki, choć poruszała nieraz głęboko. Przesłanek do wątpliwości i nieufności wszak nie brakowało. Dopiero co zostały zlikwidowane placówki polskiej ambasady, zerwano stosunki z rządem polskim, większości Polaków narzucono ponownie obywatelstwo radzieckie, uciekając się przy tym do brutalnych metod nacisku i przemocy. W propagandzie opluwano ten rząd i związane z nim środowiska, oskarżano go o kolaborację z Niemcami, przypisywano mu faszystowski charakter, a czynnie uczestniczyli w tym ludzie firmujący swymi nazwiskami powstającą organizację. Co bardziej świadomi i zorientowani zdawali sobie sprawę z charakteru ZPP, z kierowania nim przez komunistów i z politycznej wymowy akcesu. Powstanie takiej organizacji i dywizji kościuszkowskiej przyjęto więc "burzą z piorunami", jak określiła to jedna z pamiętnikarek. Zdecydowanie wrogie reakcje wywołały głoszone przez przywódców ZPP koncepcje rezygnacji z kresów wschodnich. Wizja Polski bez Lwowa potraktowana została jako produkt zaprzedania i Targowicy.

Z drugiej jednak strony ZPP zapewniał pewną pomoc materialną, ułatwiał organizowanie życia polskim środowiskom, był jedyną organizacją polską. To przemawiało za wiązaniem się z nim, powodowało, że przynajmniej w część Polaków "wstąpił nowy duch", tym bardziej, iż w jakimś sensie - przy wszystkich zastrzeżenia - działalność ZPP zaświadczała, że - jak napisała jedna z zesłanych - "o nas nie zapomniano, że dostrzeżono nas jako Polaków". Tym bardziej, gdy dzięki ZPP powstawać zaczęły polskie instytucje oświatowe i wychowawcze, wychodziła polska prasa i polskie książki, można było usłyszeć audycje radiowe w języku polskim, organizowano uroczystości związane z polskimi świętami. Po dotychczasowych przejściach, to właśnie było z pewnością bardzo ważne. Ten właśnie fakt, że ZPP był postrzegany jako organizacja polska i mogąca udzielić konkretnej pomocy, powodował, iż częstokroć bez większych dyskusji zapisywali się doń prawie wszyscy Polacy w danym miejscu. Pytanie czy zapisać się do ZPP było jednak żywo dyskutowane w wielu polskich środowiskach, tych o wyższym poziomie świadomości społecznej i politycznej, zwłaszcza w kontekście perspektywy powrotu do kraju, a więc sprawy dla Polaków najważniejszej. Powstanie ZPP i rozwinięcie przezeń aktywności obudziło nadzieje, a nawet pewność na ten powrót, a zarazem wyznaczało pole odniesienia się do samego Związku, niezależnie od oceny sił politycznych nim sterujących.

Niemniej jednak nastroje wśród ludności polskiej zdominowane były raczej przez warunki bytu, a te zimą 1943/1944 były szczególnie trudne. Nieurodzaj 1943 r. i rosnące obciążenia na rzecz państwa i frontu postawiły większość Polaków w Kazachstanie w obliczu ostatecznych zagrożeń związanych z głodem. "Nikt nie słuchał radiowych komunikatów z frontu, nikt nie czytał gazet. Ludzie przestali się pozdrawiać. Przestali sobie współczuć. Zrobili się twardzi, nieczuli. Wszyscy mieli na twarzach wypisany stygmat strachu przed najokrutniejszą żniwiarką świata: głodową śmiercią". Taki obraz przedstawiła jedna z mieszkających w Kazachstanie Polek. Być może jest on przerysowany, indywidualne doświadczenie rozciąga na całą zbiorowość, ale tragizm ówczesnego położenia jest obecny w większości relacji kazachstańskich odnoszących się do tego właśnie okresu. "Coraz częściej zaglądało widmo beznadziejności, załamywania się i strachu przed oczekującą nas najbliższą przyszłością" - zanotował inny Polak.

Sytuacja zmieniła się nieco w 1944 r. Pojawiły się zresztą nowe ważne czynniki kształtujące nastroje ludności polskiej. Oczywiście, nadal wielki wpływ wywierała na nie codzienna udręka, ustawiczne borykanie się z nędzą i wszystkimi zjawiskami występującymi już wcześniej. Ale jednak od zbiorów 1944 r. żyło się już nieco lżej. W 1945 r. na większą skalę docierała pomoc zagraniczna i od rządu polskiego. Równocześnie jednak nasilały się rozmaite obawy i niepokoje związane z perspektywą dalszych losów. Wyzwolenie w 1944 r. spod okupacji hitlerowskiej części ziem polskich rozbudziło wśród Polaków w ZSRR nadzieję na rychły już powrót do kraju. Wzmocniły te nadzieje decyzje władz radzieckich dotyczące statusu prawnego części ludności polskiej, a mianowicie dekret Prezydium Rady Najwyższej ZSRR z 22 VI 1944 i 14 VII 1944 r.o prawie przyjęcia obywatelstwa polskiego przez przez obywateli radzieckich narodowości polskiej pełniących służbę wojskową w armii polskiej w ZSRR, pomagających tej armii w walce o wyzwolenie Polski spod okupacji niemieckiej oraz przez rodziny tych obywateli. Powstawały tym samym przesłanki przygotowań do rychłej, jak wielu sądziło, repatriacji. Tymczasem część ludności przesiedlono na Ukrainę, natomiast powrót do ojczyzny ciągle nie następował.

Koniec wojny nie stanowił, jak można sądzić na podstawie źródeł pamiętnikarskich, istotnego momentu w kształtowaniu się nastrojów polskich zbiorowości. Niewiele osób w ogóle odnotowało ten fakt w swych relacjach. Zapewne pozostawał w cieniu odczuć związanych z oczekiwaniem na powrót do kraju. Zresztą do niektórych skupisk wiadomość o zakończeniu działań zbrojnych w Europie docierała ze znacznym, kilkutygodniowym nawet opóźnieniem, niczego przy tym nie zmieniając w położeniu Polaków. Przynajmniej w niektórych środowiskach zakończenie wojny nie wywołało entuzjazmu także i dlatego, że dostrzegano skutki zajęcia Polski przez wojska radzieckie, rozumiano tragedię powstania warszawskiego i pamiętając o wrogości ZSRR wobec "pańskiej Polski" nie wyciągano z tego wszystkiego optymistycznych wniosków na przyszłość.

Rachuby na bliski powrót do Polski tworzyły swego rodzaju nastroje "walizkowe": ludzie z dnia na dzień oczekiwali zasadniczych decyzji i informacji o wyjeździe. Na to nakładały się uczucia związane z decyzjami terytorialnymi. Znaczna część ludności polskiej w Kazachstanie uświadamiała sobie, że wprawdzie może wrócić do Polski, ale nie w rodzinne strony. Z tym wiązały się obawy o losy najbliższych pozostawionych na dawnych kresach, o możliwość ponownego z nimi połączenia.

Władze ZPP z jednej strony starały się możliwie najszerzej rozwijać akcję propagandowo-wyjaśniającą, odnoszącą się do zmiany terytorialnych i ustrojowych powojennej Polski, z drugiej strony apelowały do nowych władz Polski o wydanie oficjalnych oświadczeń w sprawie powrotu Polaków do kraju. Między innymi spowodowano wygłoszenie stosownych przemówień radiowych przez Wandę Wasilewską i Zygmunta Modzelewskiego (sprawującego funkcję ambasadora w Moskwie), których teksty opublikowano następnie w "Wolnej Polsce". Wypowiedzi te wpłynęły ponoć rzeczywiście na pewne uspokojenie nastrojów i złagodzenie niepokojów. Niemniej przedłużające się oczekiwanie na powrót do Polski generowało amtosferę nerwowości, a nawet zwątpienia. Nowym impulsem stało się podpisanie 6 lipca 1945 r. umowa między Tymczasowym Rządem Jedności Narodowej a rządem ZSRR o prawie do opcji i repatriacji Polaków i Żydów z głębi ZSRR. Po podpisaniu tej umowy władze ZPP podjęły w centrali i w terenie energiczne działania zmierzające do przygotowania transferu ludności. Powoływano komitety repatriacyjne, prowadzono szeroką kampanię propagandową, organizowano wiece i zebrania informacyjne itp., co utwierdzało ludność w przekonaniu, iż repatriacja jest sprawą dni, w najgorszym razie tygodni. Jako pierwszy w głębi ZSRR powstał komitet repatriacyjny w Kzył Ordzie.

Tymczasem nic z tych nadziei nie ziszczało się i było coraz bardziej oczywiste, że w 1945 r. przemieszczenie ludności polskiej nie nastąpi. Wprawdzie pewna liczba Polaków opuściła Kazachstan indywidualnie, na podstawie imiennego wezwania ze strony rodzin z tzw. Zachodniej Ukrainy i Zachodniej Białorusi i stamtąd wraz z przesiedlaną ludnością przeniosła się na nowe terytorium Polski, ale zasadnicza część byłych zesłańców z rosnącym niepokojem czekała na dopełnienie swego losu. Wraz z upływem czasu nastroje ulegały zdecydowanemu pogorszeniu, były bliskie załamania. Ponownie zaczęły szerzyć się wieści, że Polacy nigdy nie zostaną wypuszczeni z ZSRR. Do tego dochodziły odgłosy wydarzeń w Polsce, informacje o przebiegu okupacji niemieckiej i losach, często tragicznych, środowisk, z których wywodzili się zesłańcy, a także z Zachodu o stratach polskiej armii, w której przecież wielu miało swych ojców, braci i synów. Dopiero sprawne przygotowania do zimy i zarządzenia zapowiadające oficjalne prawo opcji obudziły nadzieje i zaufanie w perspektywę repatriacji. ZPP rozwinął szeroką działalność polityczno-propagandową. Odbywały się liczne zebrania, zaktywizowano sekcje artystyczne i pracę świetlic, na niespotykaną wcześniej skalę prowadzono akcję prelekcyjną. Wszystko to miało z jednej strony uspokoić ludność i utwierdzić ją w przekonaniu, że nowe władze Polski dokładają starań o zapewnienie jej jak najlepszego losu, z drugiej strony przygotować byłych zesłańców do funkcjonowania w nowych realiach i zadbać, by stali się ich rzecznikami. Warto jednak przytoczyć komentarz Polki doświadczającej tych przeżyć: "Dopiero teraz zrozumiałam przyczynę odłożenia repatriacji. To nie kraj, lecz my nie byliśmy Ťprzygotowaniť do życia w nowej ojczyźnie. Zaczęły się więc prelekcje, pogadanki Ťinformacyjneť, dyskusje, wieczory przyjaźni, wiece. Robiono wszystko, co było możliwe, by znieść narosły osad uraz i żalów. Ludziska na to masowe Ťuświadamianieť odpowiadali masowym milczeniem. Nie było argumentu, który by tym zżartym cierpieniem i tęsknotą wygnańcom otworzył usta. [...] ŤWychowanieť szło opornie".

Zasadniczą zmianę przyniosły dopiero bezpośrednie przygotowania do wyjazdu i sama repatriacja. Spełniały się wreszcie nadzieje i najgorętsze pragnienia. Ci, co przetrwali przeżywali chwile euforii, gdy otrzymywali dokumenty wyjazdowe i - nieraz po długim oczekiwaniu - wsiadali zńow do wagonów, tym razem by udać się w podróż do kraju. "Wracaliśmy także w wagonach towarowych z półkami" - wspomina jedna z Polek nie bez cienia goryczy. - "Tylko że tych wagonów tym razem trzeba było o wiele mniej, bo wielu tam zostało na zawsze, wielu nie wypuścili, a ci, co wracali, byli prawie dosłownie goli, bez żadnego bagażu. Wracaliśmy do nowej, ale innej biedy - do naszej polskiej biedy". Wracano radośnie, ale przecież nie bez obaw, że "Polska już nie ta, że Polska jest w tej chwili pod zarządem rosyjskim" "Nasza ogromna radość przeplatała się ze smutkiem - zapisała inna repatriantka - bo każdy z nas na tej ziemi pozostawił osobę najbliższą, najdroższą, jedną lub więcej". Nie mógł też poprawiać nastrojów fakt, iż wracali wynędzniali, obdarci, bez żadnego niemal dobytku.

Po długiej, uciążliwej podróży, nie pozbawionej wielu przykrych momentów, choć tym razem w otwartych wagonach i z nieporównanie lepszą aprowizacją, po niejednej jeszcze chwili dramatycznej, docierali do granicy. Charakterystyczne, że w niewielu relacjach spotkać można szczegółowe opisy tego, zdawać by się mogło, niesłychanie ważnego momentu. Trudno się dziwić - wszak dla wielu byłych zesłańców było to ostateczne rozstanie nie tylko z dalekim Kazachstanem, "ziemią niewoli", ale i z rodzinną ziemią, z "małą ojczyzną". Wjeżdżali do nowej Polski, nowej w sensie terytorialnym i ustrojowym. A jednak warto na zakończenie przytoczyć słowa jakże znamienne i w ostatecznym rachunku chyba najważniejsze: "Przekroczyliśmy granicę przed świtem. Ktoś usłyszał okrzyk Ťhaloť, wszyscy się zerwali ze snu, z radości płakali i krzyczeli - n a s z a P o l s k a" (podkr. - S.C.).




Strona główna

Mapa strony

Moje publikacje