Strona główna

Mapa strony

Moje publikacje






POLACY W KAZACHSTANIE
1940-1946

Deportacje 1940-1941

Liczba deportowanych

Status deportowanych

Warunki egzystencji

Wyżywienie

Mieszkanie

Odzież i obuwie

Praca

Stan zdrowia

Pomoc i samopomoc

Otoczenia a Polacy

Postawy i nastroje

Życie religijne

Nastroje zesłanych


Na stronie

Historia Rosji i ZSRR

Konflikt rosyjsko-czeczeński

System represji w ZSRR

Historia GUŁagu

Masowe deportacje w ZSRR

Deportacje Polaków do ZSRR

Polacy w Kazachstanie

Wschodnie losy Polaków

Kresy Wschodnie

Przesiedlenia Polaków z ZSRR

Dzieje myśli politycznej

Z najnowszych dziejów Polski

Z dziejów Wrocławia




Życie religijne

Władze radzieckie podjęły na zagarniętych ziemiach polskich liczne działania skierowane przeciw funkcjonującym tam kościołom. Już w trakcie zajmowania poszczególnych miejscowości zniszczono wiele obiektów sakralnych, bezczeszczono świątynie, krzyże i kapliczki. Miały miejsce przypadki maltretowania duchownych i naigrywania się z uczuć religijnych. Po zainstalowaniu się nowych władz rozwinięta została propaganda antykościelna i antyreligijna. Niektóre miejsca kultu administracyjnie zamknięto, jednak nie zdecydowano się na przeprowadzenie kampanii całkowicie likwidującej kościoły. Natomiast na szeroką skalę stosowano wobec parafii i zgromadzeń zakonnych szykany finansowe w postaci absurdalnie wysokich podatków, opłat komunalnych itp. Księżom odebrano beneficja kościelne, a także część mieszkań i obiektów parafialnych. Zdecydowanie odcięto kościół od wpływu na oświatę, likwidując nauczanie religii w szkołach, a także zakazano go w kościołach. Odebrano kościołowi zakłady oświatowe i opiekuńcze. Kler natomiast represjonowany był w ograniczonym stopniu, co Z.S.Siemaszko tłumaczy niechęcią władz radzieckich do prowokowania miejscowej ludności. Zapewne nie był to czynnik jedyny, ale lekceważyć go nie należy. Warto przy tym zwrócić uwagę, iż w niewielkim stopniu kapłani dotknięci zostali przymusowymi przesiedleniami. Na znacznie większą skalę stosowano wobec nich aresztowania, a następnie uwięzienie w obozach pracy.

Posługi sakralne mogły odbywać się w zasadzie normalnie, choć zdarzały się przypadki ich złośliwego zakłócania. Nie były też uznawane żadne święta kościelne, co osobom pracującym stwarzało pewne trudności w uczestnictwie w ceremoniach oraz rodziło rozterki i napięcia związane z koniecznością pracy w dni, w których była ona kanonicznie zakazana.

Na ziemiach okupowanych przez ZSRR życie religijne w latach 1939-1941 istniało w formach i skali absolutnie nieporównywalnej z sytuacją w głębi państwa radzieckiego, gdzie od czasów rewolucji bolszewickiej rozwijała się polityka antykościelna i antyreligijna. Obowiązywały tam normy prawa karnego praktycznie uniemożliwiające działanie kościołów i wykonywanie praktyk religijnych. Przepisy pozornie broniące swobody wyznania i przekonań były tak sformułowane i tak interpretowane, że faktycznie obracały się przeciwko tym swobodom i były instrumentem polityki represyjnej, stosującej surowe kary za przejawy religijności. W 1938 r. praktycznie przestał w formie instytucjonalnej funkcjonować w ZSRR Kościół katolicki. Otwarte pozostały dwie świątynie w Moskwie i w Leningradzie, ale pracujący tam kapłani francuscy nie mieli prawa pełnić posług duszpasterskich wobec do obywateli ZSRR.

Polacy wywiezieni w głąb Związku Radzieckiego znaleźli się zatem w sytuacji dla nich całkowicie nowej również pod względem możliwości zaspokajania potrzeb religijnych. Związani z religią i kościołem wielowiekową tradycją, głębokimi więzami uczuciowymi, całą obyczajowością i kulturą, nagle - i to w okolicznościach wzmagających zapotrzebowanie na pomoc ze strony kościoła i duchownych - zostali pozbawieni opieki duszpasterskiej, miejsc kultu, możliwości odbywania praktyk religijnych.

Deportacja przeprowadzona w lutym 1940 r. nie objęła żadnego kapłana, a przynajmniej nie ma na ten temat żadnych przekazów. W trakcie wywózki kwietniowej do transportów trafili tylko pojedynczy kapłani. Niewielu duchownych wywieziono w czerwcu 1940 r., natomiast rok później na zesłanie trafiła pewna liczba polskich księży z Litwy. W sumie jednak w stosunku do ogólnej liczby deportowanych ilość kapłanów była znikoma. Dopiero później, po tzw. amnestii z sierpnia 1941 r., pewna liczba księży katolickich zwolnionych z obozów, więzień i aresztów trafiła do miejsc osiedlenia Polaków, przeważnie zresztą tylko przejazdem, podążając w większości ku miejscom formowania polskiej armii. Niektórzy z nich podjęli później w różnych formach pracę także na rzecz polskiej ludności cywilnej.

Głębokie przywiązanie do religii katolickiej i przedmiotów związanych z kultem zamanifestowało się już w trakcie wysiedlenia. Stosunkowo często starano się zabierać obrazy o treści religijnej, a zwłaszcza portrety Matki Boskiej i świętych, krucyfiksy, książki do nabożeństwa. Jeden z deportowanych w swych wspomnieniach napisał wręcz, iż "każda rodzina z ziemi wileńskiej przywiozła ze sobą i strzegła jak najświętszej rzeczy wizerunku Matki Boskiej z Ostrej Bramy. Nikt w tej panice kilkunastu minut, jakie Sowieci dawali na przygotowanie się do wyjazdu, nie zapomniał o Matce Boskiej, można było niewziąć odzienia, żywności, pierwszą rzeczą po którą sięgały matki był ten święty obraz". Jakkolwiek ostatnie zdanie jest zapewne przesadną i zbyt daleko idącą generalizacją, to jednak lektura licznych relacji zesłańców wydaje się potwierdzać występowanie tego rodzaju postaw. Obrazy i figury świętych, krzyże i modlitewniki zabierano ze sobą prawdopodobnie jednak nie w pierwszej kolejności, a te pierwsze też chyba nie masowo, ale jednak dość często.

Pieśń religijna i modlitwa stały się ważnymi składnikami dnia w podróży w nieznane. Już w oczekiwaniu na odjazd transportu, a zwłaszcza w momencie ruszania eszelonu, powszechnie modlono się i śpiewano pieśni kościelne. "Do wagonu dochodziły z zewnątrz coraz głośniejsze szlochy" - wspomina jedna z deportowanych. - "W wagonie niesamowity płacz i głośne modlitwy. Ktoś zaintonował ŤKto się w opiekę odda Panu swemuť, a z zewnątrz dochodziły słowa pieśni ŤSerdeczna Matkoť, z innej strony ŤZ tej biednej ziemi, z tej łez dolinyť. Mężczyźni widziani przez bydlęce okienko stali z odkrytymi głowami, w tłumie ludzie mdleli. Falujący tłum żegnał Ťkondukt żałobnyť. Przez kilka kilometrów żegnały nas szpalery ludzi przy torach. Pociąg nabierał rozpędu, a w wagonach trwały głośne zbiorowe modlitwy, śpiew i niemilknące łkanie". Groza sytuacji, niepewność jutra, potrzeba duchowego oparcia skłaniały ku modlitwie. Był to normalny odruch osób wierzących, które szukają boskiej pomocy w chwili zagrożenia. Gdy śpiewano i modlono się zbiorowo, krzepła grupowa solidarność, oddalano poczucie osamotnienia i oderwania od dotychczasowego świata. Były to czynniki niezmiernie ważne dla psychicznej kondycji deportowanych.

Na zesłaniu Polacy w wielu wypadkach przynajmniej usiłowali organizować sobie jakieś formy życia religijnego. Wielka ilość przekazów pamiętnikarskich dowodzi powszechności tego zjawiska. Możliwości w tym zakresie były bardzo zróżnicowane: znacznie większe w przypadku administracyjnie zesłanych do Kazachstanu, niż wśród specjalnych przesiedleńców zgrupowanych w osiedlach zarządzanych przez NKWD. I jedni i drudzy musieli jednak liczyć się z istniejącymi zakazami i groźbą represji. Słabszy nadzór w osadach Kazachstanu był wprawdzie okolicznością korzystną, ale z drugiej strony zakwaterowanie w domach miejscowej ludności utrudniało odbywanie najskromniejszych nawet praktyk religijnych, niosło też zagrożenie denuncjacją. W takich warunkach najczęstszą i przeważnie jedyną formą religijności była modlitwa odbywana indywidualnie, ewentualnie w wąskim kręgu rodzinnym. Dla wielu zesłańców pozostawała ona jedyną praktyką religijną przez cały czas pobytu w ZSRR. Zwłaszcza niedziela, tradycyjny dzień odwiedzin kościoła i mszy św., skłaniała do poszukiwania okazji i możliwości do chwili religijnej kontemplacji. "A jednak nie mogliśmy się całkiem wyrzec naszych niedziel. Dni poświęconych Bogu" - czytamy w jednym z pamiętników. - "Nie było to tak, jak w kraju. Nie było kościoła, nie było mszy świętej, nie było obrazów, świateł, wspólnych modlitw. A przecież, choć nie w każdą niedzielę - odnajdywało się w sobie potrzebę rozmowy z Bogiem. I znowu bezkresny step był świątynią pod gołym niebem. Zapewniał potrzebną intymność modlitwy. Pozwalał odsuwać z myśli obrazy naszej codziennej, nędzarskiej rzeczywistości. Ale były i dni, gdy zapominało się o modlitwie. Może przestaliśmy wierzyć w słowa: ŤPod Twoją obronę...ť lub ŤKto się w opiekę poda Panu swemu...ť? A może tylko - przytłoczeni nędzą i zmęczeniem - zapominaliśmy lekkomyślnie o tym źródle siły i przetrwania?".

Inną formą religijności było śpiewanie nabożnych pieśni. Zdarzało się, iż zwierzchnicy godzili się z tym, czy raczej przymykali na to oko. Np. we wsi Lebieże Polacy codzienną pracę rozpoczynali właśnie takimi śpiewami. Początkowo wywołało to sensację i interwencję dyrektora magazynów, w których byli zatrudnieni, ale gdy stwierdzono, że zesłańcy nie przerywali przy tym pracy przestano na to zwracać uwagę. Niekiedy do śpiewu polskich pieśni religijnych zesłańcy byli wręcz namawiani przez miejscową ludność, gdy ta, zasłyszawszy je raz, upodobała je sobie, chyba nie zawsze rozumiejąc ich religijną treść. Pieśń nabożna towarzyszyła niejednokrotnie pogrzebom, majowym modlitwom do Matki Boskiej, wieczornym czy niedzielnym spotkaniom Polaków. Była też elementem trwania przy polskości, sposobem na zachowanie przez dzieci i młodzież języka polskiego, zagrożonego w obliczu ciągłego kontaktu z rosyjskojęzycznym otoczeniem.

W pierwszym okresie zesłania w stosunkowo wielu skupiskach polskich organizowano nabożeństwa majowe, niezwykle mocno zakorzenione w tradycji polskiego katolicyzmu, eksponującego kult maryjny. Nabożeństwa te, odbywane oczywiście bez kapłana, starano się odprawiać w różnych miejscach: w jakichś nieużywanych budynkach czy pomieszczeniach, czasem w lesie, gdzie indziej w baraku mieszkalnym lub ziemiance. W Kazachstanie było nieco tylko łatwiej niż gdzie indziej odbywać namiastki nabożeństw, zwłaszcza, gdy któraś z polskich rodzin miała do dyspozycji samodzielny lokal. Wtedy w izbie budowano z jakiegoś kawałka deski namiastkę ołtarzyka udekorowanego stepowymi kwiatami, z obrazkiem Madonny, niekiedy z lampakmi oliwnymi napełnionymi olejem słonecznikowym. Tam zbierano się, odmawiano litanię, śpiewano pieśni. Zbierano się też na wspólne odmawianie różańca. Czyniono to wbrew zakazom, toteż bywało, iż gospodarz takich uroczystości trafiał do aresztu, a w każdym razie w wypadku wykrycia owych praktyk trzeba się było z nich gęsto tłumaczyć.

Represje jednak nie były w stanie całkowicie zahamować wspólnych modlitw i nabożeństw. Z nich bowiem czerpano nadzieję i duchową siłę do przetrwania. "Modlitwa dawała ukojenie, nadzieję. Po każdej wspólnej modlitwie byliśmy szczęśliwi, nie czuliśmy się tak samotnie" - ta osobista refleksja jednej z deportowanych odzwierciedlała z pewnością znacznie szersze zjawisko poszukiwania w praktykach religijnych zespolenia się z Bogiem, ale i z bliskimi ludźmi. Wiara nadawała poczucie wartości nawet tak dramatycznym przejściom, sytuowała je w perspektywie ludzkiego losu na drodze ku zbawieniu, a więc dawała to, co w tamtej sytuacji było szczególnie ważne - nadzieję.

Niezwykle charakterystyczne było to, że uczestnicy wspólnych modlitw i nabożeństw zabiegali często o nadanie im w miarę możliwości odpowiedniej oprawy. Wspomniane już ołtarzyki, których istnienie potwierdzają liczne relacje z różnych obszarów zesłania, obrazki, kwiaty, zapalane czasem oliwne lampki - to były najczęściej spotykane elementy tej oprawy. Owo, często przecież ryzykowne, tworzenie ołtarzyków nie było tylko zabiegiem o religijnym wymiarze, choć zaświadczało o determinacji zesłańców. Modlitwa przy przywiezionym z kraju obrazie, w otoczeniu choćby tylko dalekim echem przypominającym tradycyjne miejsce nabożeństw miała także wymiar splatania duchowej nici z odległym krajem rodzinnym, z zapamiętanym miejscem modlitwy, z własnym domem i kościołem, z tymi, którzy tam zostali i też wznosili do Boga błaganie o powrót najbliższych. Znamię uroczystości nadawane spotkaniu z Bogiem stwarzało także poczucie dystansu wobec szarej, przygnębiającej rzeczywistości powszechnych zajęć i trosk. To właśnie w sumie czyniło modlitwę czymś uzdrawiającym, dającym choć na chwilę ukojenie.

Ściśle związany z kwestią wiary, nakazów religijnych i tradycji obrzędowych był problem pogrzebów. Miał on znacznie szczególne, nadawane przez kontekst sytuacyjny, spiętrzający tragizm śmierci, zwłaszcza gdy spadała ona na ludzi młodych, dzieci, ale bynajmniej nie mniejszy w innych wypadkach.

Ponieważ w Kazachstanie zdecydowana większość polskich zesłańców mieszkała w normalnych osadach wraz z miejscową ludnością, przeto miejscem pochówku z reguły bywał lokalny cmentarz.

Szczególny charakter miały zazwyczaj pierwsze pogrzeby w danej osadzie. Dla polskiej zbiorowości były z reguły wielkim przeżyciem, odchodziła pierwsza ofiara zesłańczej tragedii, jakby wyznaczając drogę, którą miało podążyć wielu innych i na ogół dobrze zdawano sobie sprawę, że jest to zapowiedź kolejnych zgonów, kolejnych tragedii na "nieludzkiej ziemi".

Warto przytoczyć przejmujący opis takiej uroczystości: "Po ulicy wsi Aleksandrowka przesuwa się nieduży pochód, złożony z kilkunastu osób. Na przedzie ktoś niesie mały drewniany krzyż, dalej czyjeś ręce podtrzymują lekką, prostą drewnianą trumienkę. Kondukt, a raczej kondukcik pogrzebowy, zbliżał się do miejsca, gdzie był już wykopany dół. Skropiono jamę wodą święconą i zaczęto powoli spuszczać do niej tę właśnie trumienkę. Rozległ się szloch matki zmarłej dzieciny i zaśpiewano ŤAnioł Pańskiť - ostatnią kołysankę do snu wiecznego... Skromny pochówek zakończył się. Wśród połamanych krzyży i rozwalonych grobów, zaniedbanych przez miejscowych ludzi, przybyła jeszcze jedna mogiłka z małym krzyżykiem, na którym zawisł wianek zielony". Warto odnotować ten procesyjny charakter owych pierwszych pochówków, zainteresowanie miejscowej ludności, nastrój religijnej i patriotycznej uroczystości. Takie informacje powtarzają się i w innych relacjach.

Uroczystą oprawę starano się nadawać pogrzebom także i później, jednak ze względu na ciągłe biednienie społeczności polskiej przybierały one coraz skromniejszy charakter. Śmierć przy tym powszedniała, nie była już czymś nadzwyczajnym. Dotykała coraz więcej rodzin. Pochówki stawały się coraz bardziej kameralne, skupiając już tylko najbliższych, którzy odmawiali tradycyjną modlitwę i bez właściwych obrządkowi ceremonii zakopywali ciało. Tak o jednym z owych otoczonych pustką i ciszą, z paroma ledwie osobami najbliższej rodziny nad płytkim grobem z najwyższym wysiłkiem wykopanym w zmarzniętej ziemi, napisał jego uczestnik: "Kiedy patrzę teraz na ten pochód z perspektywy lat, wiem, że żaden Goya, żaden Gierymski, żadna najbardziej wybujała wyobraźnia przeszłych i przyszłych artystów nie byłaby w stanie oddać ponurej grozy tego obrazu". A nie były to okoliczności najtragiczniejsze. Jeden z przejmujących opisów pogrzebów znajdujemy we wspomnieniach ks. Tadeusza Fedorowicza: "Już po moim odjeździe zmarła babcia. Córka pożyczyła od kogoś taczkę, owinęła babcię w prześcieradło, włożyła na taczkę, by zawieźć na odległy o parę kilometrów cmentarz. Ale w drodze taczka się rozsypała. Córka zarzuciła zwłoki matki na ramię i tak je doniosła do cmentarza. Tam z trudem wykopała niegłęboki grób i pochowała zmarłą". Tego typu pochówków było znacznie więcej.

Często tylko z najwyższym trudem udawało się zdobyć materiał na trumnę, krzyż i tabliczkę z imieniem i nazwiskiem zmarłego, czasem jednak grobu nie było po prostu jak oznaczyć. Wprawdzie Polacy starali się zwykle umieścić na mogile krzyż, choćby zrobiony z jakichś patyków, ale bywało, że "nieznani sprawcy" wkrótce go usuwali. Czasem byli to zdesperowani poszukiwacze materiału opałowego, czasem ludzie działający na zlecenie władz, nie życzących sobie obecności religijnego symbolu na podległym im terenie. Niekiedy same rodziny w obawie przed zbezczeszczeniem mogiły nie ryzykowały pozostawienia tego tradycyjnego znaku. Czasem chowano zmarłych na brzegu rzeki, jakimś placu, na łące pod lasem, czy po prostu w stepie, gdzie wkrótce mogiłę rozdeptywało kołchozowe bydło.

Zdarzało się wszakże, że pogrzeby miały okazały, jak na istniejące warunki, przebieg. W Ilince w obwodzie pietropawłowskim zmarłego umieszczano w trumnie wykonanej z desek, jakie były do zdobycia, i bez zakrywania wieka przenoszono na cmentarz przez całą wieś, aby mógł się z nią pożegnać. Przed pochodem niesiono krzyż lub czerwoną gwiazdę. Nad grobem ktoś wygłaszał krótką mowę, przybijano wieko lub przywiązywano je drutem, opuszczano trumnę i zasypywano grób. Następnie odbywała się namiastka nabożeństwa: ktoś odmawiał modlitwy, kobiety zawodziły żałobne pienia, po czym następowała konsolacja: podawano samogon i zakąski.

Nie zawsze, a raczej rzadko, pozwalano, jak to miało miejsce w wypadku opisanym wyżej, odmawiać modlitwy i śpiewać pieśni religijne. Co więcej, zdarzało się, że przeszkadzano w organizowaniu pochodu pogrzebowego.

Z powodu braku księdza miejsca pochówków na ogół nie były poświęcone. Dopiero w okresie późniejszym, gdy w danej okolicy znalazł się któryś z uwolnionych po amnestii kapłanów, proszono go o dopełnienie tego obrzędu.

Dla rodziny nie mniejszy problem niż znalezienie odpowiedniego miejsca wiecznego odpoczynku zmarłego stanowiła kwestia w czym go pochować. Bardzo szybko rozstano się z nawykiem ubierania zwłok w specjalny, okolicznościowy i odświętny przyodziewek. Regułą stało się chowanie w normalnym, codziennie noszonym ubraniu, często będącym w opłakanym stanie. Innego po prostu najczęściej nie było. Prawdopodobnie zresztą przedstawiałoby zbyt wielką wartość dla żywych, by złożyć je w ziemi.

Dramatyczniejszy wymiar miały częste trudności ze zdobyciem trumny lub materiału do sklecenia czegoś, co mogło ją zastępować. O ile na północy, w tajdze i leśnych terenach środkowej Rosji drewna nie brakowało i pozostawał tylko kłopot z jego nabyciem lub "zorganizowaniem", o tyle w Kazachstanie, a zwłaszcza w regionach stepowych i stepowo-pustynnych na południu, drewno było materiałem deficytowym i zdobycie kilku desek i kilkunastu gwoździ wymagało uzyskania specjalnego przydziału. Czasem udało się znaleźć jakieś stare deski lub skrzynki, niekiedy dał się uprosić dyrektor czy przewodniczący kołchozu. Bywało, iż jedynym dostępnym materiałem okazywały się deski z prycz, na których spali żywi. Ale często zawijano tylko zwłoki w prześcieradło czy stary koc i tak powierzano je ziemi. W skrajnych wypadkach nie było i tego. Uciekano się czasem do szczególnych rozwiązań przy drążeniu grobu: kopano dół o głębokości 1,5-2 m i podkopywano jedną ze ścian tak, by ułożony pod nią zmarły nie był bezpośrednio zasypywany ziemią.

Szczególną trudność sprawiał pochówek w zimie, gdy grunt był głęboko zamarznięty i pokrywała go gruba warstwa śniegu. Raz jeszcze oddajmy głos ks. Fedorowiczowi: "[...] wiozło się ciało parę kilometrów w step, wysoki, kamienisty, po drugiej stronie wsi. Mróz straszny, śnieg zwiany ze stepu w tym miejscu. Dokopać się nie można było grobu, bo ziemia na kamień zamarznięta, więc się trochę podłubało w ziemi, złożyło ciało, bez trumny oczywiście, owinięte w prześcieradło - bo desek nie było, i tak się je zasypało. Potem wilki czy jakieś psy dobierały się do zwłok". Czasem zakopywano zwłoki tylko w śniegu i dopiero na wiosnę, w okresie roztopów - o ile oczywiście zwłoki odnaleziono - dokonywano pochówku w ziemi.

Problemem były oczywiście i inne sakramenty związane z życiem rodzinnym zesłanych. Ich natężenie było wszakże znacznie mniejsze, przede wszystkim ze względów ilościowych: dzieci na zesłaniu rodziło się znacznie mniej niż miało miejsce zgonów, a śluby należały do rzadkości. W wypadku narodzin ktoś z dorosłych osób - oczywiście bierzmowanych - mógł dokonać tzw. chrztu z wody. Trudno ocenić na jaką skalę było to praktykowane, bowiem informacje na ten temat są w źródłach dość rzadkie. Musiały się jednak takie chrzty zdarzać na tyle często, iż miejscowa ludność nie tylko o nich wiedziała, ale gdy sama chciała ochrzcić dzieci, potrafiła dotrzeć do odpowiedniej osoby spośród zesłańców. Później, po amnestii, gdy do niektórych osiedli zamieszkałych przez zesłańców docierali kapłani, często mieli okazję rejestrowania takich chrztów. Jak wspomina ks. Fedorowicz, gdy spotykał takie przypadki w czasie swojego pobytu w Kazachstanie, wciągał te chrzty do protokołu ze świadkami i przygotowywał odpis aktów sakramentu dla rodziców.

Śluby zesłańców były zjawiskiem wyjątkowym. Przy takich okazjach Polacy starali się, aby oprócz zapisu w urzędzie stanu cywilnego, stworzyć choćby tylko namiastkę ślubu kościelnego. W jednym ze znanych przypadków młodą parę pobłogosławił ojciec panny młodej, w innym - przebywająca na zesłaniu siostra zakonna, jeszcze gdzie indziej otrzymano korespondencyjnie zezwolenie biskupie ze Lwowa. Niekiedy zdarzało się, iż młoda para w obecności świadków składała przysięgę małżeńską zgodnie z wymogami kościelnymi, a dopiero później, po amnestii, gdy trafiał do danej osady ksiądz, post factum udzielał błogosławieństwa.

Przybycie do skupiska polskiego księdza było z reguły okazją do udzielenia dzieciom sakramentu pierwszej Komunii św. Zazwyczaj starano się odpowiednio przygotować kandydatów, udzielając im w szybkim tempie stosownych nauk.

Dzieci polskie narażone były na oddziaływanie ostrej i nie przebierającej w środkach propagandy antyreligijnej, zwłaszcza gdy chodziły do radzieckiej szkoły. Na lekcjach nieustannie powtarzano, że Boga nie ma, szydzono z ich uczuć religijnych i przekonań. Przy tej okazji stosowano prymitywne zabiegi socjotechniczne. Nakazywano dzieciom zwracać się z prośbami o cukierki do Boga i do Stalina. W pierwszym wypadku nie przynosiło to oczywiście skutku, w drugim cukierki sypały się z przygotowanych ukryć. Opowiadania o tym prostym tricku pojawiają się w wielu relacjach polskich dzieci, które w latach wojny uczęszczały do szkół rosyjskich w różnych miejscowościach, co wskazuje, iż nauczyciele musieli być przygotowani do takich działań przez władze i być może działali na podstawie jakichś centralnych instrukcji. Niekiedy jednak religijność polskich dzieci starano się wykorzystać instrumentalnie w całkowicie odmienny sposób: przekonywano je mianowicie, iż tak samo jak Boga trzeba szanować i czcić Stalina i innych radzieckich dostojników. Zdarzało się, iż dzieci staczały potyczki słowne w obronie swych przekonań, a niekiedy uciekały się wobec wyśmiewających je rówieśników i do bardziej przekonywujących argumentów.

Nauczyciele sprawdzali też, czy polskie dzieci nosiły medaliki i krzyżyki i nakazywali ich zdejmowanie, a nieraz nawet zrywali je przemocą. Usuwano takie dzieci ze szkoły czy przedszkola, co mogło być o tyle dokuczliwe, że pozbawiało je opieki w czasie pracy rodziców, a czasem i dodatkowego posiłku. Poza tym stwarzało podstawy do pociągnięcia rodziców do odpowiedzialności za niedopełnianie obowiązku szkolnego.

W polskiej tradycji szczególne znaczenie mają święta Bożego Narodzenia i Wielkiejnocy. Ich religijna treść, o bogatej obrzędowości, przez stulecia głęboko splotła się z rodzinnym charakterem, napełniając te dni zupełnie wyjątkowym klimatem emocjonalnym, czyniącym je najważniejszymi dniami w roku. Rzuceni w odległe od rodzinnego, ojczystego domu Polacy czynili nadzwyczajne starania, by także na zesłaniu uczcić je godnie i choćby w mikroskali przywołać zwyczajowe oblicze. Podstawową trudnością, wyraziście kolidującą z normą religijną i obyczajową, było zmuszanie zesłańców do pracy w dni świąteczne. Jak już szerzej przedstawiono to w rozdziale omawiającym problemy zatrudnienia zesłańców, władze radzieckie absolutnie nie liczyły się ze zwyczajami i nawykami polskich zesłańców ustalając czas pracy i dość powszechne było egzekwowanie przymusu wykonywania robót także w niedzielę. Nie czyniono wyjątku także dla Bożego Narodzenia i Wielkiejnocy. Polacy podejmowali jednak - z różnymi efaktami - starania o uzyskanie dnia, czy dni wolnych na czas tych świąt.

Inna trudność organizacji świąt na zesłaniu polegała na niedostatku jedzenia. Starano się w miarę możności gromadzić na tę okoliczność pewne zapasy, uzyskiwać w ten czy inny sposób jakieś szczególne potrawy, pozwalające uczynić świąteczny stół okazalszym i wyjątkowym. W 1940 r. znaczącą pomocą w przygotowaniu wigilijno-świątecznych potraw były jeszcze resztki zapasów przywiezionych z kraju i produkty przysyłane w paczkach. To i owo udało się dostać od kołchoźników w zamian za odzież. Pojawiał się zatem barszcz z uszkami, kapusta z grzybami, kluski z makiem, pierogi nadziewane np. ziemniakami, czasem ryba, gdy w pobliżu był jakiś zbiornik wodny, niekiedy nawet kutia. Nie było to wszakże regułą i często z braku jakichkolwiek możliwości wigilijna wieczerza nie różniła się od codziennej kolacji, tyle że zakrapiana była obficie łzami. "Pamiętam pierwsze święta Bożego Narodzenia obchodzone w Rosji. Nie wiem dokładnie co jedliśmy, ale wiem, że na Wigilię przyszli do naszego domu inni Polacy i wspólnie modliliśmy się, a po zjedzeniu jakiegoś tam posiłku kolędowaliśmy, pełni nadziei, że to pierwsze i ostatnie święta" - zanotowała jedna z deportowanych. Warto tu przytoczyć jeszcze dwa inne opisy owej pierwszej na zesłaniu wigilii: "Z razowej mąki mama ugotowała dużo pierogów nadzianych samymi ziemniakami (nie miałyśmy cebuli, ani tłuszczu). U nas miały się zebrać Polki z dziećmi, bo tylko my miałyśmy choinkę ze świeczkami [małą, sztuczną, przysłaną przez rodzinę z kraju - S.C.] i bardzo sympatyczną gospodynię, która była Polakom od początku przyjazna. [...] Każdy przyniósł opłatek otrzymany z kraju. Życzenia - jedne - abyśmy następne Święta Bożego Narodzenia spędzili w Polsce, razem z rodzinami. Zapalone malutkie świeczki na choince, kolęda przez łzy, lulajże Jezuniu, śpiewana cichym drżącym głosem... ". W innym pamiętniku czytamy: "Nadchodzące święta Bożego Narodzenia przywołały falę wspomnień. Tym razem jednak nie odczuwaliśmy zwykłego nastroju radości, towarzyszącego tym uroczystym dniom. Pierwsza wigilia na obczyźnie, tysiące kilometrów od rodzinnej ziemi, w strasznym, niegościnnym kraju, przepojona była nieopisanym smutkiem. Matka przygotowała stół wigilijny - położyła na sąsieku walizkę i nakryła ją białym prześcieradłem jak obrusem. Nie było opłatka, więc połamaliśmy się czarnym, przydziałowym chlebem. Czarny chleb był też jedynym daniem wigilijnym. Musiał zastąpić 12 tradycyjnych dań. Nie było choinki. [...] Panowała cisza. Nie śpiewaliśmy kolęd. Przygnębiający, wyciskający łzy nastrój przerwało przyjście doktor Cernerowej. Znów podzieliliśmy się chlebem jak opłatkiem, porozmawialiśmy o smutnym losie. Potem pani doktor zaproponowała mi, abyśmy we dwie odwiedziły dr Wasilewską [...] W wyziębionej, mrocznej izbie "świętowała" samotnie wigilię pani doktor. Przyjęła nas słowami: Ťmam chlebť. Gdy jadłyśmy po kawałku Ťbielszegoť chleba, z drugiej izby wysunęła się jej córeczka, przebrana w strój krakowski - od dawna nie widziany, czysto polski, piękny akcent w szarej smutnej codzienności". Przygnębienie, smutek, dojmująca tęsknota za krajem i najbliższymi, kolędy śpiewane przez łzy, przysłany z kraju opłatek lub po prostu chleb powszedni, którym łamano się składając sobie życzenia - to były znaki tamtego święta. Na północy trafiała się w izbie choinka, na której zawieszano święte obrazki, jakieś papierki, czasem świeczkę. Zapewne odosobnionym wypadkiem było potajemne zorganizowanie szopki bożonarodzeniowej i zgromadzenia przypominającego tradycyjną pasterkę. Jakże jednak charakterystyczny dla nastrojów zesłańców był panujący tam nastrój, który przejmująco opisała M.J.Łęczycka: "Stała trochę na uboczu, za wielkim nasypem śniegu, gdzie już klęczała gromadka ludzi. Ktoś świecił naftową latarnią, taką, z jaką chodzi się w nocy do stajni. W jej żółtym blasku zobaczyłam wyżłobioną w śniegu grotę. W grocie - drewniane świńskie korytko, a w nim lodowy Jezusek z wybałuszonymi koralikowymi oczkami. Obok niego lodowa Matka Boska w lisiurze na głowie, święty Józef z sękatym kijem, w kożuchu i baranicy. W głębi groty - nieco wystraszone, autentyczne dwa barany i owca. [...] Było narodu dość. Starzy i młodzi. Ci, co wierzyli i ci, co w nic nie wierzyli. W futrach i łachach. W pimach i drewnianych trepach owiniętych słomą. Wszyscy - jednakowo skrzywdzeni. Okradzeni z ojczyzny. ŤBóg się rodzi! Moc truchleje...ť Ku samotnej gwieździe poprzez śniegi i burany szły zziębnięte głosy wygnańców. [...] Kostniały nam ręce. Drętwiały palce. Mróz ścinał oddechy. Mimo to ludzie nie odchodzili. Śpiewali. Gięli kolana. Śnieg topniał od łez".

Kolejne święta bywały z reguły biedniejsze. W 1941 i 1942 r. ten i ów otrzymał coś w ramach akcji opiekuńczej ambasady, nastroje poprawiała nadzieja obudzona amnestią, obecnością polskich placówek, poczuciem, że ktoś pamięta o ludziach rzuconych w tajgę czy step. Pozostawał tylko klimat bliskości z najdroższymi osobami, wspomnienia, tęsknota i marzenia o lepszym jutrze.

Coraz częściej jednak i Bożemu Narodzeniu, i świętom wielkanocnym towarzyszył głód, nieodstępny towarzysz zesłańców. Nie zawsze też udawało się nawet zebrać rodzinę przy jednym stole, bowiem uniemożliwiały to formy organizacji pracy. Poza świadomością, że to owe szczególne dni, nie wiele różniło je od zwykłej codzienności z jej troskami, problemami, dramatami. Choć z drugiej strony także w 1943 i 1944 r. zdarzały się wigilie jak na panujące warunki wręcz wystawne.

Dla Polaków uroczystości świąteczne były swoistą syntezą religijności i polskości. Przy świątecznym stole z jednakowym natężeniem myśli biegły do Boga z prośbą o ratunek i do ojczyzny z nadzieją powrotu.

Podpisanie układu Sikorski-Majski, amnestia dla Polaków, utworzenie armii pod dowództwem gen. Andersa, dawały nadzieję na zorganizowanie także opieki duszpasterskiej nad ludnością cywilną. Okazało się to jednak problemem znacznie bardziej skomplikowanym niż stworzenie duszpasterstwa wojskowego. W listopadzie 1941 r. sprawę tę podjął gen. Sikorski w rozmowie z ambasadorem ZSRR przy rządzie polskim. Uzyskał jedynie zapewnienie, iż obywatele polscy na terytorium Związku Radzieckiego korzystać będą z takich samych swobód religijnych jak obywatele ZSRR. W oczywisty sposób nie załatwiało to sprawy. Kwestią zasadniczą był także brak księży, którzy mogliby podjąć pracę wśród ludności cywilnej. Znajdujący się na wolności kapłani w większości skierowali się do wojska.

W ograniczonym zakresie posługi religijne wobec ludności polskiej wykonywali kapelani wojskowi. Oczywiście, w pierwszym rzędzie dotyczyło to tych skupisk, które znalazły się w bezpośrednim sąsiedztwie miejsc postoju poszczególnych jednostek. Pod pretekstem opieki nad rodzinami żołnierzy wysyłano niekiedy kapelanów i do odległych obwodów, co jednak spotykało się najczęściej z negatywnym stanowiskiem władz radzieckich. Szczegółowy opis takiej podróży kapelana wojskowego do obwodów pietropawłowskiego i semipałatyńskiego zawarł w swych wspomnieniach ks. Tadeusz Fedorowicz.

Całokształt tych spraw zamierzano rozwiązać przy okazji planowanego przyjazdu do ZSRR bp. Gawliny. Okazało się wszelako, iż władze radzieckie wyraziły zgodę na tę wizytę tylko pod warunkiem, że w jej trakcie biskup ograniczy się do spraw wojska i nie będzie podejmować problemów ludności cywilnej. Niemniej już po przybyciu do Kujbyszewa bp Gawlina w porozumieniu z ambasadorem Kotem przygotował plan objęcia opieką duszpasterską cywilnej ludności polskiej. Przewidywano stworzenie sieci złożonej ze 105 księży podlegających dziekanowi mającemu rezydować w ambasadzie. Zakładano następujące rozlokowanie kapłanów: w obwodach archangielskim i wołogodzkim - 5, w obwodzie kirowskim - 2, w obwodzie mołotowskim 2, w obwodzie gorkowskim 1, w Maryjskiej ASRR - 2, w Komi ASRR - 3, w obwodzie czkałowskim - 2, w obwodzie aktiubińskim - 2, w Baszkirskiej ASRR - 1, w obwodzie kustanajskim - 3, w obwodzie pawłodarskim - 3, w obwodzie północnokazachstańskim - 3, w obwodzie omskim - 2, w obwodzie akmolińskim - 3, w obwodzie semipałatyńskim - 3, w obwodzie ałmaackim - 2, w Kirgiskiej SRR - 3, w obwodzie swierdłowskim - 3, w Kraju Ałtajskim - 7, w obwodzie nowosybirskim - 3, w Kraju Krasnojarskim - 7, w obwodzie irkuckim - 4, w Jakuckiej ASRR - 1, w obwodzie saratowskim - 1, w Tadżyckiej SRR - 1, w Turkmeńskiej SRR - 1, w obwodzie dżambulskim - 4, w obwodzie południowokazachstańskim - 10, w obwodzie kzyłordyjskim - 2, w Uzbeckiej SRR - 3, w obwodzie samarkandzkim - 5, w obwodzie bucharskim - 4, w obwodzie chorezmijskim - 1, w obwodzie karakałpackim - 1, w obwodzie kujbyszewskim - 2. Tak więc minimalną obsadę duszpasterską w Kazachstanie oceniano na 35 kapłanów. Tymczasem w maju 1942 r., wg ambasadora Kota, w całym ZSRR wśród ludności cywilnej pracowało zaledwie 9 księży, "ale tylko prywatnie i po cichu", bowiem jedynie w wojsku kapelani dysponowali pełną swobodą działania. Na początku czerwca 1942 r. na podstawie zgromadzonych danych ambasada ustaliła, iż na terenie ZSRR pracowało 54 księży-obywateli polskich, z tego jednak w duszpasterstwie cywilnym tylko 15.

W czerwcu 1942 r. ambasador Kot odbył rozmowę z Wyszyńskim m.in. na temat duszpasterstwa, prosząc o uwolnienie księży potrzebnych do stworzenia wspomnianej sieci. Stosunek Wyszyńskiego do tej sprawy był jednak bardzo pryncypialny. Stwierdził on między innymi: "Obywatele polscy mogą organizować swe życie religijne na tych zasadach, co obywatele radzieccy, zgodnie z obowiązującym ustawodawstwem".

Powtórzył więc to samo, co usłyszał wcześniej Sikorski od Bogomołowa. Jak w praktyce wyglądały działania mające na celu uzyskanie miejsca do odprawiania mszy św., opisuje w swoich wspomnieniach ksiądz Fedorowicz. Po zgromadzeniu wymaganej liczby podpisów udał się do władz lokalnych. Tam spytano go gdzie chce odprawiać msze św. Gdy odpowiedział, że w starej cerkwi, stwierdzono, że jest to niemożliwe, bo mieści się tam magazyn zboża. Na propozycję nabożeństw w salach domu kultury, który był zajęty tylko w sobotnie wieczory, też uzyskał odpowiedź negatywną, gdyż miejsce to było przeznaczone do innych celów niż religijne. Gdy zaś wskazał wreszcie na własne mieszkanie, gdzie i tak potajemnie już odprawiał msze, odmówiono, bo takie miejsce jest mało godne, a władza musi dbać "o poziom kulturalny". Odmówiono także zgody na msze polowe. Ostatecznie więc nadal musiał odprawiać konspiracyjne nabożeństwa w swoim mieszkaniu.

O znaczeniu obecności księży kapelanów wśród ludności cywilnej świadczą reakcje osób, które mogły skorzystać z posług religijnych. Stanisława Kraszewska przebywająca w Atbasarze wspomina: "Wielkim wydarzeniem była Msza św. odprawiona przez przyjezdnego księdza-sybiraka. Odbyła się ona na jakiejś dużej sali. Spowiedź gremialna, modły o zdrowie i rychły powrót oraz śpiewy". Tam, gdzie ksiądz znalazł się na stałe lub na dłuższy okres, życie religijne starano się upodobnić do normalnego. Wykorzystywano dostępne lokale na urządzenie kaplicy. W Kustanaju kaplicę zlokalizowano w budynku delegatury i codziennie odprawiane były nabożeństwa. Jedna z zesłanek tak zapisała w diariuszu swoje obserwacje i refleksje: "Nigdy bym się nie spodziewała, że w Rosji Sowieckiej będę przystępować do sakramentów świętych. Jest to wielkim naszym szczęściem, bo nie tylko chlebem człowiek żyje, dla duszy pokarm też jest potrzebny. Tu w kaplicy w pobliżu ołtarza wzmacniamy swoje siły do dalszej walki z przeciwnościami i do przetrwania złych czasów aż do powrotu do kraju i do naszych kościołów. Czasem widzimy Polki przyjeżdżające z posiołków, są pierwszy raz na Mszy św. od czasu wywiezienia, ogarnia je takie wzruszenie, że w głos szlochają". Nie inaczej zapewne bywało w innych ośrodkach. Zjawienie się księdza zawsze było wydarzeniem niezwykłej miary. Mobilizowało Polaków do stworzenia choćby bardzo skromnej kaplicy, do organizowania się. Barwny opis przygotowań do powitania kapłana i wznowienia życia kościelnego przedstawiła cytowana już M.J.Łęczycka, mieszkająca wówczas we wsi Bolszoje Sieło w obwodzie semipałatyńskim. Na wieść o spodziewanym przyjeździe księdza, do wybranej izby zniesiono najcenniejsze, starannie przechowywane drobiazgi: a to kapę z łóżka na przykrycie ołtarza, a to serwetki, obrazki czy firanki cudem ocalone przed wymianą na jedzenie. Co ciekawe: i w przygotowanie izby przewidzianej na kaplicę, i w jej wyposażenie włączyły się także kobiety rosyjskie. "Dziwna to była ta nasza parafia" - wspomina dalej M.J.Łęczycka. - "Bez organisty, kościelnego i dzwonów. Dziwni byli również parafianie. Wierzący i niewierzący. Ale teraz wszyscy praktykujący. Na pierwsze nabożeństwo przyszło ze dwieście osób. Maszerowali na piechotę po czterdzieści kilometrów. [...] Chałupka-kaplica mogła pomieścić najwyżej dwadzieścia osób. Reszta stała na dworze, wyciągając szyję, by przez okno zobaczyć choć czubek łysej głowy księdza. [...] Ludzie trzęśli się od płaczu. Trudno było śpiewać. Szloch tłumił słowa. [...] Nie zastanawiałam się w tej chwili, czy Bóg jest, czy słyszy nasz śpiew, nasz płacz. Śpiewałam. Płakałam razem ze wszystkimi. Tak chciało moje serce. W tej glinianej, ciasnej chałupie zobaczyłam strzępek ojczyzny". Warto przytoczyć te fragmenty wspomnień, bowiem uświadamiają one, jaką w istocie rolę pełnili polscy księża tam, na wygnaniu w państwie radzieckim, kim byli dla polskich zesłańców, co znaczyło odprawienie mszy, wysłuchanie spowiedzi, ochrzczenie dzieci, poświęcenie związków małżeńskich. To nie były tylko posługi religijne, a księża byli nie tylko kapłanami. To było coś znacznie więcej i dla wierzących, i dla niewierzących, i chyba dla samych duchownych.

Obecność księży kapelanów dawała możliwość przystępowania wielu dzieci do pierwszej Komunii św., starszych do bierzmowania, do spowiedzi. Zesłańcy starannie przygotowywali na taką okazję zwłaszcza dzieci, dla których w miarę możliwości organizowano np. nauki przedkomunijne. Wiadomość o zjawieniu się duchownego w jakiejś miejscowości natychmiast rozchodziła się po bliższej i dalszej okolicy. Nieraz po wiele dziesiątków kilometrów różnymi sposobami, także i pieszo, wędrowali ludzie na spotkanie z kapłanem, który nie był czasem w stanie podołać spowiadaniu, chrzczeniu, komunikowaniu przybyłych.

Po amnestii, obok innych działań zaczęto także wspierać z zagranicy działalność duszpasterską Polaków. Jakie były tego efekty ilustruje list Stanisława Kota do gen. Sikorskiego z 7 kwietnia 1942: "Otrzymałem w wagonie przysłanym z Murmańska [...] jedną skrzynię dewocjonalii [...] Przy rozpakowaniu skrzyni znaleziono m.in. obrazki Matki Boskiej Częstochowskiej i Ostrobramskiej z niedopuszczalnym na tutejsze stosunki napisem po rosyjsku i modlitwą za cierpiącą Rosję. Zarządziłem natychmiastowe spalenie tych obrazków [...] Proszę zarządzić, by w przyszłości takich wysyłek nie organizować, gdyż może to wywołać wysoce niepożądane skutki dla swobody nabożeństwa. Nie można się tu bawić w propagandę religijną wśród Rosjan". Podobne materiały i dewocjonalia, pochodzące prawdopodobnie z nie zniszczonej części przesyłki, o której pisze Kot, stały się podstawą do aresztowania w marcu 1943 r. o. Albina Janochy.

Po ewakuacji wojska polskiego na Bliski Wschód wśród Polaków pozostało trzech kapelanów: ks. Tadeusz Fedorowicz, ks. Ryszard Grabski i o. Albin Janocha. Księża ci starali się na tyle ile mogli służyć rodakom. Ten ostatni tak pisze o swojej działalności w Kazachstanie: "Praca moja nie ograniczała się tylko do Polaków w Turkiestanie, ale wyjeżdżałem również do większych i bardziej odległych skupisk. Odbyłem także dwie podróże duszpasterskie do sąsiednich rejonów. W jednym - niestety nie pamiętam jego nazwy - pozostałem około dwu tygodni, w drugim spędziłem Boże Narodzenie i pozostałem więcej niż miesiąc. I tam oprócz pracy w centrum rejonu wyjeżdżałem do kołchozów, gdzie było więcej Polaków. W większości wypadków dzieci były już przygotowane, a ja tylko sprawdzałem ich wiadomości i dopuszczałem do spowiedzi i Komunii św. Zasadniczo ludzie mogli się gromadzić tylko w niedziele. Miejscowi spowiadali się w sobotę wieczorem, a w niedzielę rano ściągali ludzie z okolic i spowiedź trwała kilka godzin, potem Msza św., kazanie, czasem chrzty, śluby i rozmowy z rodakami. Gdy podczas Mszy św. widziałem rozmodlone twarze, gdy podczas kazania widziałem wpatrzone we mnie oczy i wzruszenie na twarzach, to utwierdziłem się w przekonaniu, że jestem tutaj potrzebny, że nie mogę tych ludzi opuścić dlatego tylko, że gdzie indziej byłbym może bezpieczniejszy. Pamiętałem również o prośbie ks. bpa Gawliny i o mojej obietnicy, że pozostanę tak długo, jak tylko będzie możliwe. [...] przypominałem sobie to chwilowe szczęście, jakie ludzie przeżyli ze zjawieniem się kapłana, i nie żałowałem nigdy tego, że pozostałem na swoim stanowisku, na które powołały mnie - potrzeba ludu przywiązanego do wiary katolickiej, życzenie ks. bpa Gawliny i moje kapłańskie sumienie". Wkrótce jednak ks. Grabski - w sierpniu 1942 - a następnie o. Janocha i ks. Fedorowicz zostali aresztowani przez NKWD jako szpiedzy. Ludność polska ponownie została bez żadnego duszpasterza.

Ogromne znaczenie, jakie miała działalność polskich księży w latach 1941-1942 i ich wielki wysiłek włożony w pracę duszpasterską nie zmieniały wszelako faktu, że znakomita większość Polaków nie miała styczności z kapłanami, nie przyjmowała sakramentów, nie uczestniczyła w normalnych praktykach religijnych. Dla nich podstawową formą życia religijnego przez cały okres pobytu w ZSRR pozostawała modlitwa. Pod tym względem niczego nie zmieniło utworzenie w 1943 r. Związku Patriotów Polskich i nowych formacji wojskowych pod jego egidą. Co prawda w armii ponownie zatrudniono polskich kapelanów, ale w szkołach i sierocińcach prowadzonych pod patronatem ZPP nauczanie religii było zakazane, tak jak we wszystkich szkołach radzieckich. Zakazane były tam też wszelkie praktyki religijne, co odpowiadało literze obowiązującego prawa. Pewne korzyści przyniosło Polakom, głównie jednak zamieszkałym w większych miastach, rozluźnienie rygorów polityki wobec Kościoła prawosławnego. Tam, gdzie władze zezwoliły na ponowne otwarcie cerkwi, m.in. w Semipałatyńsku i Akmolińsku, katolicy z Polski znajdowali miejsce modlitwy i uczestniczyli w nabożeństwach.

Znaczenie wiary, modlitwy, pieśni kościelnej w życiu Polaków rzuconych w głąb radzieckiego imperium trudno przecenić. Nie ulega wątpliwości, że był to jeden z elementów przetrwania. Znamienne są przytoczone wcześniej refleksje samych zesłańców, wskazujące, że nawet ludzie wcześniej dalecy od religijnej gorliwości, znajdowali w udziale w praktykach religijnych ważne dla siebie wartości. Bo też - powtórzmy to raz jeszcze - nie miały one tylko wyznaniowego wymiaru. Splatały się w nich wiara z nadzieją, pragnienie znalezienia pociechy i ratunku z tęsknotą za krajem. Za komentarz niech zresztą posłuży jeszcze jeden opis polowego nabożeństwa w dalekim, kazachstańskim stepie: "To co zobaczyliśmy rzuciło nas od razu na kolana. Ołtarz, zbudowany na stepie przez Polaków. Pięknie umajony polnymi kwiatami i ...biel. W promieniach słońca biel płótna, którym udekorowany był ołtarz i kwiaty lśniły z daleka, a jednocześnie było to dla nas miejsce święte. Wyszedł ksiądz, Polak, w prawdziwym ornacie, stanął na podwyższeniu ołtarza, rozłożył ręce i w tym momencie nad stepem popłynął jeden szloch. Ludzie nie wytrzymali nerwowo, zbyt dużo tu przeżyli, zbyt długo czekali na tę chwilę, gdy będą mogli być tak blisko polskiego księdza. A przybyło tu bardzo dużo Polaków, ściągnęli tutaj ze wszystkich zakątków Kazachstanu. Nieraz szli dwa do trzech dni, chcieli tu być, chcieli pomodlić się i wyspowiadać oraz przyjąć Komunię Świętą. Był to uroczysty dzień dla Polaków, a jednocześnie wzruszający. Niektórzy przez całą mszę leżeli krzyżem na trawie przed ołtarzem. Wszyscy głośno powtarzali za księdzem słowa modlitwy, prosili pana Boga o pomoc, o udzielenie łaski powrotu do kraju. Ksiądz wygłosił na stepie do polskich kobiet, dzieci i starców, tych którzy jeszcze przeżyli, wzruszające kazanie. Mówił o umęczeniu polskiego narodu, sięgnął do dziejów naszej historii, wskazał na to, że Polacy nigdy nie utracili wiary, pomimo trudnych w wielu przypadkach losów naszej Ojczyzny. Zawsze szli z Bogiem przeciw różnym najeźdźcom. Najwspanialszym momentem tej uroczystości był... śpiew, śpiew pieśni kościelnych tysięcy ludzi. Śpiewali na stepie, wydawało się, że śpiewa cała ludzkość na globie ziemskim...

Matko Najświętsza do serca twego

Mieczem boleści wskroś przeszytego,

Wołajmy wszyscy z jękiem, ze łzami...

Matko Najświętsza módl się za nami...

Słowa tej pieśni rozchodziły się po całym stepie, ludzie płakali ze wzruszenia, każdemu ściekały łzy po policzkach, przy tym ściskali się, życzyli sobie szybkiego powrotu do Polski".




Strona główna

Mapa strony

Moje publikacje