Strona główna

Mapa strony

Moje publikacje






POLACY W KAZACHSTANIE
1940-1946

Deportacje 1940-1941

Liczba deportowanych

Status deportowanych

Warunki egzystencji

Wyżywienie

Mieszkanie

Odzież i obuwie

Praca

Stan zdrowia

Pomoc i samopomoc

Otoczenia a Polacy

Postawy i nastroje

Życie religijne

Nastroje zesłanych


Na stronie

Historia Rosji i ZSRR

Konflikt rosyjsko-czeczeński

System represji w ZSRR

Historia GUŁagu

Masowe deportacje w ZSRR

Deportacje Polaków do ZSRR

Polacy w Kazachstanie

Wschodnie losy Polaków

Kresy Wschodnie

Przesiedlenia Polaków z ZSRR

Dzieje myśli politycznej

Z najnowszych dziejów Polski

Z dziejów Wrocławia




Polacy w Kazachstanie w latach II wojny światowej



 


Spis treści

Stanisław Ciesielski

Polacy w Kazachstanie
w latach 1940-1946
Zesłańcy lat wojny

Wrocław 1996

 



Masowe deportacje nie były ani wynalazkiem systemu radzieckiego, ani osobistym wymysłem Stalina. Ale to właśnie w tym systemie zastosowano je na niewyobrażalną skalę, nadając im zarazem wymiar ważnego elementu polityki państwowej i czyniąc je swoistą "normą" postępowania wobec grup ludności ocenianych na Kremlu jako choćby tylko potencjalnie niebezpieczne. Ofiarą tej praktyki padli także w latach 1940-1941 obywatele polscy zamieszkali we wschodniej części II Rzeczypospolitej. Znaczna ich część trafiła do Kazachstanu.

Wraz z wysiedleniem z rodzinnych stron przesiedleńcy tracili cały lub niemal cały majątek: domy i mieszkania, ich wyposażenie, inwentarz gospodarczy żywy i martwy, odzież, biblioteki i inne dobra kultury. Wyraźnie determinowało to ich położenie w nowych miejscach pobytu. Musieli tworzyć od podstaw elementarne warunki bytowania, a okoliczności tego procesu były na ogół ekstremalnie trudne. Całkowicie nowe warunki przyrodnicze, brak odpowiednich kwater, głód i szalejące choroby, wyniszczająca praca - były to czynniki dziesiątkujące zesłańców.

W takich warunkach - na skutek w pełni świadomych decyzji władz państwowych ZSRR - życie codzienne stawało się niekończącym się pasmem udręk, dramatów i tragedii. Każdy niemal dzień większości deportowanych zaczynał się i kończył najbardziej podstawowymi pytaniami: o to co uda się zdobyć do zjedzenia, co założyć na grzbiet i na nogi, czy będzie czym ogrzać kąt mieszkalny. Każdy dzień niósł ze sobą zagrożenie bytu, nieuchronnie rodzące refleksję: co z nami będzie? co stanie się ze mną jako jednostką, z moją rodziną, z grupą, z którą się identyfikuję, z nami jako ludźmi i jako Polakami? Opresyjna rzeczywistość miała odgrywać funkcję degradującą jednostkę ludzką do poziomu siły roboczej, bezwolnie podporządkowującej się nakazom i zakazom, wtopionej w bezkształtną masę "społeczeństwa radzieckiego", jedyny cel widzącej w minimalnym zaspokojeniu najbardziej elementarnych potrzeb. Jakże głęboki sens miało zdanie powtarzane ze srogim ostrzeżeniem przez niższych i wyższych funkcjonariuszy, a z dobrotliwą życzliwością przez prostych ludzi: "nie priwykniosz - podochniosz", będące symbolem tamtejszej codzienności.

Powszedni dzień polskiego zesłańca był więc walką o to, by nie "podochnut'". Jak trudna, dramatyczna była to walka, jak przerażające były warunki, w jakich się toczyła - o tym traktują odpowiednie rozdziały tej książki i nie ma potrzeby powtarzania tam zawartych ustaleń w formule z konieczności ograniczającej się do utartych frazesów. W tej walce sukcesem był każdy kolejny dzień. Nie zawsze kończyła się ona zwycięstwem, a świadectwem tych porażek pozostają kości polskich zesłańców w kazachstańskiej ziemi.

Czy jednak rzeczywistą antynomią śmierci było "przywyknięcie", przystosowanie się do realiów panujących na "nieludzkiej ziemi"? Jest to w istocie pytanie czy owo "przywyknięcie" to zdolność do wykonywania przez kilkanaście godzin dziennie ciężkiej pracy w stepach i kopalniach, spowszednienie obcowania z wszami, pluskwami i karaluchami, przyzwyczajenie się do stałego uczucia głodu, do snu na klepisku w ziemiance, do powszechnego brudu, do chodzenia w łachmanach? W tym sensie zesłańcy zapewne jakoś "przywykli" - wszak nie mieli wyboru - choć ograniczali te dolegliwości jak mogli i jak umieli, "cywilizując", na miarę sił i środków, fizyczne otoczenie, wyczyniając prawdziwe cuda kulinarne, nabierając wprawy i sprawności w wykonywaniu narzuconych robót.

Ale przetrwać oznaczało nie tylko podtrzymać biologiczną egzystencję. Przeciwnie nawet - ta ostatnia w dużej mierze zależała od umiejętności wyzwolenia aktywności czerpiącej swe źródło nie tylko, a może i nie przede wszystkim, z sił fizycznych, ale także z bardziej niewymiernych i trudniejszych do zdefiniowania sił "duchowych". Była to zdolność do przeciwstawienia szokowi wywołanemu już samym aktem wyrwania z rodzinnych siedzib, wtłoczenia w bydlęce wagony i powiezienia w nieznane, a pogłębionemu zetknięciem z obcą, surową przyrodą, z obcym kulturowo i cywilizacyjnie, często wrogim otoczeniem. Ta zdolność oznaczała przyswojenie sobie nowych reguł postępowania, często kolidujących z zakorzenionymi nawykami i wyznawanym systemem norm (np. akceptację kradzieży czy oszustwa), znalezienie rozsądnej proporcji między uległością a sprzeciwem, rezygnację z niejednego życiowego dogmatu i zarazem uchronienie wartości, których wyrzeczenie się oznaczało degradację moralną. Aby przeżyć nie tylko w biologicznym, ale i humanistycznym sensie tego słowa "priwyknut'" można było i wolno było tylko w ograniczonym zakresie, równocześnie stawiając instynktownie czy świadomie opór zewnętrznej opresji. Przejawami tego oporu były i odpowiednie zachowania w pracy, i dbałość o wygląd, i kultywowanie religii, i starania o utrzymanie dzieci w polskości. W tych też kategoriach - choć oczywiście nie tylko - widzieć należy utrzymywanie więzi rodzinnych i środowiskowych, czy tworzenie "domu" nie tylko jako miejsca do spania i jedzenia, ale jako ogniska domowego, skupiającego myśli i uczucia, kształtującego osobowość. Przeciwstawienie się apatii, rezygnacji, ubezwłasnowolnieniu, nawet jeśli żywiołowo przybierało formy zaskakujące - jak choćby owa złudna wiara we Francję i Amerykę, wróżby i seanse spirytystyczne - było warunkiem przetrwania. Pogrążający się biernie w rozpaczy staczali się w końcu i duchowo, i fizycznie.

Jakkolwiek do lata 1941 r. los polskich zesłańców był określany decyzjami centralnych władz ZSRR, szczegółowymi instrukcjami i dyrektywami, co sugerowałoby daleko posuniętą uniformizację sytuacji w czasie deportacji i na zesłaniu, to w praktyce bywało bardzo różnie. Ogromnie wiele zależało od konkretnych warunków lokalnych i od konkretnych ludzi: zarówno tych występujących po stronie umownie nazwanej "radziecką", jak i samych Polaków. Zjawiska typowe łatwiej przy tym wskazać w okresie do sierpniowej amnestii w 1941 r., gdy Polacy - przy wszystkich subtelnych różnicach wynikających z odmienności kategorii - byli formalnie zesłańcami. Obraz ten poważnie komplikuje się w okresie późniejszym, co wynika ze zniesienia ograniczeń nałożonych przez zesłańczy status oraz występującej od jesieni 1941 r. co najmniej do połowy 1942 r. ogromnej ruchliwości Polaków. Po tzw. amnestii w daleko większym stopniu sami zesłańcy mogli wpływać na swój los, choć nie oznaczało to możliwość dokonywania w pełni świadomych i nieskrępowanych wyborów. Wielokrotnie decydował los, przypadek, zbieg różnych, niezależnych od nich okoliczności, ale też istniało dość spore pole dla indywidualnej i grupowej aktywności i zaradności. W każdym razie warunki życia Polaków na skutek działania różnych czynników wyraźnie się różnicowały. Ogromnie utrudnia to określanie jakichś wspólnych mianowników dla większych grup, zwłaszcza, że różnice położenia mierzone mogą być tak specyficznymi kryteriami jak wielkość przydziału chleba czy liczba par butów w rodzinie. Różnica 100 g pieczywa była różnicą ogromną, mogła wręcz wyznaczać granicę między głodem a względną sytością. Oczywiście i wtedy istniały pewne wyznaczniki wspólnoty losu Polaków i w poszczególnych rozdziałach starano się je wskazywać, tyle że rysują się one dość nieostro poprzez znaczne rozszerzenie skali praktycznych wariantów.




Strona główna

Mapa strony

Moje publikacje